Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

1471. dzień wojny. Czy francuski parasol atomowy pozwoli nam uniknąć losu Ukrainy?

Spotkanie premiera Donalda Tuska z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Warszawa, 12 grudnia 2024 r. Spotkanie premiera Donalda Tuska z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Warszawa, 12 grudnia 2024 r. Kancelaria Prezesa Rady Ministrów / mat. pr.
Polska to dla Francji najważniejsza zapora. Choć jej atomowy parasol to jeszcze nie NATO Nuclear Sharing, jedno nie wyklucza drugiego.

Amerykanie przyznali na spotkaniu w Pentagonie, że niszczenie tanich i masowo stosowanych dronów Shahed to poważny problem, z którym Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych sobie nie radzą. Kilkanaście dronów trafiło w ważne obiekty i nie zostało zestrzelonych.

Tymczasem Ukraina zmaga się z nimi dzień w dzień od ponad dwóch lat. Wypracowała metody walki z nimi i ma doskonałe wyniki. Co robiły wtedy Stany Zjednoczone? Biały Dom oświadczył ustami rzeczniczki prasowej, że: „Niestety, przez cztery lata mieliśmy bardzo głupiego i niekompetentnego przywódcę, który oddał za darmo wiele naszej najlepszej broni bardzo odległemu krajowi o nazwie Ukraina”. Nie zwróciła uwagi, że w ten sposób powstrzymywano potencjalną agresję na sojuszników z NATO. Bo podobne kwestie nie zaprzątają dziś głowy Donaldowi Trumpowi.

Sama Ukraina przeprowadziła właśnie zmasowany atak dronowy na Rosję. Co ciekawe, wybuchy słyszano także w pobliżu Suchumi w gruzińskiej Abchazji, która jest separatystyczną, samozwańczą republiką sprzymierzoną z Rosją. Słyszano je też pod Saratowem – w mieście nastąpił black-out, przypuszczalnie trafiono także pobliską rafinerię ropy naftowej.

We wcześniejszych uderzeniach, które ujawniono dopiero teraz, zaatakowano port w Noworosyjsku. W nocy z 1 na 2 marca ukraińskie drony uszkodziły fregatę „Admirał Essen”, trałowiec „Walentin Pikuł” oraz dwie małe korwety: „Jejsk” i „Kasimow”. Niebezpieczne okazało się dla Rosji trzymanie okrętów w Sewastopolu – w najlepszej bazie remontowej. A na Morzu Śródziemnym doszło do groźnego pożaru na rosyjskim tankowcu gazowym „Arctic Metagaz”. Rosja oskarżyła Ukrainę o atak, formułując jednocześnie dodatkowy zarzut o „eskalację”.

Rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji Maria Zacharowa stwierdziła 4 marca, że oświadczenie prezydenta Francji Emmanuela Macrona z 2 marca dotyczące rozbudowy francuskiego arsenału nuklearnego jest „wysoce destabilizujące”. Twierdziła również, że podejmowane przez NATO próby wzmocnienia odstraszania nuklearnego są częścią trendu militaryzacji pod pozorem „antyrosyjskiej” retoryki. Rosja się wścieka. Inicjatywa ta nie jest bowiem w ogóle na rękę Moskwie w świetle jej imperialnych planów.

Na frontach sytuacja bez zmian.

Czytaj także: 1470. dzień wojny. Friendly fire. Zestrzelenia swoich samolotów zdarzają się na każdej wojnie

Program Nuclear Sharing

Od chwili powstania NATO zdawano sobie sprawę z konwencjonalnej przewagi sowieckiej – w liczbie żołnierzy, czołgów, artylerii, pojazdów wojskowych, samolotów (ilości, nie jakości) czy śmigłowców. Właściwie tylko na morzu ZSRR był zdecydowanie i wyraźnie słabszy od państw NATO. Ale na lądzie była to potęga.

W latach 50. nie widziano innego sposobu na powstrzymanie wielkiej sowieckiej armady pancerno-piechotnej niż uderzenia bronią jądrową. Miały to być ataki na szlaki zaopatrzenia wojsk, na węzły komunikacyjne, ale też takie o charakterze strategicznym – czyli na miasta przemysłowe i ośrodki administracyjno-rządowe. Była to tzw. doktryna zmasowanego odwetu (mass retaliation). Działała skutecznie, bo Europy Zachodniej nie zaatakowano w obawie przed takim odwetem. Tu swoje zadanie doktryna wypełniła. Ale działała dość zero-jedynkowo. Ostatecznie ją zmieniono, o czym dalej.

Zanim to jednak nastąpiło, ze względu na wielką liczbę planowanych uderzeń na wroga postanowiono wciągnąć do współpracy w atakowaniu za pomocą broni jądrowej sojuszników. W ramach porozumienia o składowaniu oraz porozumienia „dual-key” (podwójny klucz do użycia, czyli amerykańsko-sojuszniczy) podpisano dwustronne umowy z kilkoma państwami. Państwa te zgodziły się wystawić „nosicieli” w postaci własnych samolotów myśliwsko-bombowych do wykonania uderzeń jądrowych, a w zamian miały współdecydować o użyciu broni jądrowej składowanej na ich terytorium.

Takie porozumienia podpisano z: Wielką Brytanią (3 lipca 1958 r.), Francją (7 maja 1959 r.), Niemiecką Republiką Federalną (27 marca 1959 r.), Holandią (6 maja 1959 r.), Turcją (7 maja 1959 r.), Kanadą (22 maja 1959 r.), Grecją (6 maja 1959 r.), Włochami (3 grudnia 1960 r.) i Belgią (17 maja 1962 r.). Chociaż pierwsze dwa państwa miały własną broń jądrową, zgodziły się jednak składować u siebie amerykańską i współdecydować o jej użyciu. Francja wycofała się z tego programu w 1966 r., Kanada w 1984 r., a Grecja w 2001 r. Pozostałe państwa nadal uczestniczą w tym programie.

Problem polega na tym, że Amerykanie nie planują poszerzenia swojego programu Nuclear Sharing o inne państwa, zwłaszcza te położone bliżej Rosji – co niemal automatycznie wyłącza Polskę. Amerykanie obsesyjnie obawiają się bowiem wywołania wojny z użyciem broni jądrowej. Jak powiedział zastępca sekretarza obrony Elbridge Colby podczas spotkania w prestiżowym think tanku Council on Foreign Relations: „Stany Zjednoczone nie poprą rozwoju niezależnych zdolności nuklearnych przez takie kraje jak Polska, Niemcy czy państwa skandynawskie”.

Czytaj także: Bomba atomowa zapewniła światu dekady pokoju. Czy ta era właśnie się kończy?

Radziecka broń jądrowa w Polsce

Ciekawostką jest to, że Polska zaczęła otrzymywać środki przenoszenia broni jądrowej już w 1961 r., choć przez sześć kolejnych lat kwestia użycia tej broni nie była uregulowana. Były to głównie rakiety balistyczne: 24 wyrzutnie R-11M o zasięgu 170 km dla czterech brygad – po sześć w każdej. Rok później zaczęto otrzymywać pierwsze z 21 wyrzutni 2K6 Łuna o zasięgu 35 km.

Dopiero 25 lutego 1967 r. podpisano formalne porozumienie w ramach programu „Wisła” (nie mylić ze współczesnym programem rakiet Patriot). Zostało ono podpisane w Moskwie przez ministrów obrony: marsz. Mariana Spychalskiego (PRL) i marsz. Andrieja Greczkę (ZSRR). Zgodnie z tym programem do 1969 r. ukończono trzy magazyny głowic jądrowych, gdzie składowano zapasy przeznaczone dla Polski: Obiekt 3001 Podborsko (koło Białogardu), Obiekt 3002 Brzeźnica-Kolonia (koło Jastrowia) i Obiekt 3003 Templewo (koło Międzyrzecza).

Jednocześnie w latach 1964–1972 dostarczono do 3. Pomorskiego Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Bydgoszczy 36 samolotów Su-7 (i sześć szkolno-bojowych Su-7U), które były głównym lotniczym nosicielem broni jądrowej. W latach 1974–1976 dostarczono do 7. Brygady Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego w Powidzu 26 Su-20. One również były nosicielami broni jądrowej, ale ich głównym zadaniem było prowadzenie rozpoznania na rzecz Frontu Polskiego, w tym wyszukiwanie celów do uderzeń jądrowych dla Su-7 z Bydgoszczy.

Kiedy w latach 1984–1988 dostarczono aż 90 Su-22M4 i 20 szkolnych Su-22UM3K, choć wszystkie były nosicielami broni jądrowej, szkolenie w zrzucie bomb atomowych stopniowo wygaszano. Właściwie prowadzono je już siłą inercji, bo – jak dowiedzieliśmy się po latach – ZSRR przestał przewidywać udostępnianie broni jądrowej sojusznikom już latem 1986 r., choć formalne zakończenie programu „Wisła” nastąpiło w 1990 r.

Jeszcze w 1967 r. rozpoczął się program przezbrajania brygad rakiet operacyjno-taktycznych z systemów R-11M na R-17 Elbrus o zasięgu 300 km, przenoszące głowice o mocy 3, 20 lub 100 kT. Zwiększono przy tym liczbę wyrzutni w brygadach z sześciu do ośmiu, co oznaczało łącznie 32 bojowe wyrzutnie. Równolegle starsze Łuny wymieniono na 52 wyrzutnie 9K52 Łuna-M o zasięgu 65 km, zwiększając liczbę wyrzutni w dywizjonie do czterech i przydzielając po jednym dywizjonie 12 dywizjom pancernym i zmechanizowanym oraz 7. Łużyckiej Dywizji Desantowej. Jedynie 7. Dywizjon Rakiet Taktycznych z 20. Warszawskiej Dywizji Pancernej ze Szczecinka zdążył otrzymać cztery wyrzutnie najnowszego typu 9K79 Toczka (niemal identyczną zatopiono rosyjski okręt desantowy w Berdiańsku w 2022 r.).

W 1991 r. Sowieci wywieźli z Polski całe zapasy broni jądrowej. Dziś magazyn w Podborsku jest filią Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu i można go zwiedzać.

Czytaj także: Francuski parasol jądrowy? Czy może polska bomba? Najlepiej niewiele mówić, wiele robiąc

Francuski parasol atomowy

Propozycja francuska nie ma nic wspólnego z Nuclear Sharing. Nie zakłada udostępniania Polsce czy innym krajom francuskich ładunków jądrowych. Zakłada natomiast, że w razie zaatakowania Polski Francja, rozmieszczając swoje wojska w obronie naszego kraju, automatycznie staje się stroną konfliktu i rezerwuje sobie prawo (w porozumieniu z władzami Polski) do użycia broni jądrowej przeciwko celom w Rosji.

Program francuskiego parasola atomowego nie zamyka nam drogi do programu Nuclear Sharing – to dwie różne sprawy. Trzeba jednak odnotować, że obecnie Amerykanie nie widzą interesu w obronie Europy. Europa ma sama wziąć odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Tym bardziej nie chcą dać się wciągnąć w wojnę z użyciem broni jądrowej. Z francuskiego punktu widzenia wygląda to inaczej: jeśli Rosję zatrzymamy w Polsce lub w Niemczech, nie dotrze ona do Francji. Polska jest dla Francji najważniejszą zaporą.

Ktoś powiedział, że Francja nie zaryzykuje utraty Paryża dla Polski. A czy Amerykanie analogicznie zaryzykują utratę Waszyngtonu, Nowego Jorku, Chicago, Los Angeles i San Francisco dla Polski? A teraz popatrzmy na to oczami Moskwy. Czy zaryzykują zniszczenie Moskwy i Petersburga dla zniszczenia Paryża? Czy szybciej zaryzykują to dla zniszczenia pięciu wymienionych miast amerykańskich? Francja ma jednak dość zasobów jądrowych, by zniszczyć zarówno Moskwę, jak i Petersburg.

Oczywiście nikt niczego nie będzie ryzykował. Jeśli Francja użyje swojej broni jądrowej w śmiertelnym pojedynku z Rosją, będzie to poprzedzone wyraźnymi ostrzeżeniami. A pierwszym celem nie będzie Moskwa, tylko na przykład największe zgrupowanie wojsk – czyli najpewniej ucierpiałyby okolice Brześcia. Rosjanie zapewne odpowiedzieliby atakiem jądrowym gdzieś na terenie Polski, choć raczej nie w duże miasta, by nie sprowokować odwetu.

Tyle że nic takiego zapewne nie nastąpi. Sam fakt wyrażenia gotowości to dodatkowy czynnik ograniczający rosyjskie planowanie ewentualnej agresji na Polskę. Rosjanie będą musieli trzy razy się zastanowić, zanim podejmą działania wobec kraju chronionego francuskim parasolem atomowym. Groźba użycia takiej broni jest praktycznie zerowa, ale w planowaniu trzeba taką możliwość uwzględnić.

Gdyby Ukraina miała taki parasol zamiast niesławnego memorandum budapeszteńskiego, być może w ogóle nie doszłoby tam do wojny. Posiadanie własnej broni jądrowej nie jest więc całkowicie pozbawione sensu.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Tragedia na torach. Takiego wypadku nie było w Polsce od lat, robi się groźnie. Kto zawinił?

Takiego wypadku nie było w Polsce od lat. Niedawno na przejeździe kolejowo-drogowym w Ziębicach zginęło młode małżeństwo. Nie zadziałały nie tylko rogatki, ale doszło też do awarii sygnalizacji świetlnej. Iwona i Krystian osierocili dwuletnią córeczkę. Czy przejazdy kolejowe w Polsce to przejazdy śmierci?

Katarzyna Kaczorowska
10.02.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną