„Mogę co najwyżej schować się pod łóżkiem”. Palestyńczycy płacą za wojnę USA i Izraela z Iranem
Każdy piątek w Jerozolimie jest dniem szczególnym, a piątek w czasie ramadanu czymś naprawdę wyjątkowym. Zwykle na modlitwy na Wzgórzu Świątynnym tego dnia przychodzą dziesiątki tysięcy osób. Nietrudno o iskrę, zwłaszcza wieczorem, kiedy w kierunku Ściany Płaczu idą religijni Żydzi na powitanie szabatu. W piątki w czasie ramadanu policja postawiona jest w stan najwyższej gotowości, a patrole, zwykle kilkuosobowe, wzmacniane są do siedmiu, ośmiu uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy. Jeszcze rok temu w czasie ramadanu było normalnie. Mimo trwającej wojny w Strefie Gazy zarówno muzułmanie, jak i Żydzi mieli swobodny dostęp do swoich świętych miejsc. Obyło się bez poważniejszych incydentów.
Rakietą w Kopułę
W tym roku sytuacja jest bardziej skomplikowana. Dokładnie tydzień temu izraelskie i amerykańskie siły rozpoczęły bombardowania w Iranie, co wywołało natychmiastową reakcję Teheranu. W kierunku Izraela oraz amerykańskich baz na Bliskim Wschodzie (i nie tylko) lecą rakiety i drony, także w kierunku Jerozolimy, gdzie mieszka ok. 370 tys. izraelskich Arabów, czy – jak sami mówią – Palestyńczyków. I to tu znajduje się trzecie po Mekce i Medynie najważniejsze dla muzułmanów miejsce na świecie, czyli Kopuła na Skale, skąd w nocną podróż do Nieba miał udać się prorok Mahomet.
Od tygodnia nie ma w zasadzie dnia czy nocy, by w Jerozolimie nie rozlegały się alarmy. Już drugiego dnia wojny zaledwie kilkaset metrów od murów Starego Miasta i Wzgórza Świątynnego, na którym znajduje się Kopuła na Skale, spadła część irańskiej rakiety. Trudno sobie nawet wyobrazić, co by było, gdyby uderzyła w słynną złotą kopułę lub pobliski Meczet Al-Aksa. – Palestyńczycy o tym nie wiedzą, te informacje nie przedostają się do opinii publicznej. A nawet jeśli część ludzi przeczyta o tym w zagranicznych mediach, to nie chcą wierzyć w te informacje – mówi znajomy Palestyńczyk, chrześcijanin.
Jego słowa potwierdza Abu Omar ze Starego Miasta w Jerozolimie: – A skąd mamy wiedzieć, że to na pewno była irańska rakieta? Może Izraelczycy specjalnie chcą wywołać chaos, niszcząc nasze święte miejsce? Nie ufam żadnym politykom, ani naszym, ani irańskim, a już na pewno nie Netanjahu czy Trumpowi.
W pierwszy piątek wojny izraelska policja zamknęła wszystkie bramy prowadzące na Stare Miasto, przepuszczano jedynie mieszkańców. – Wojna, nie wejdziesz – rzucił mi młody funkcjonariusz. Odpowiadam, że przecież dwa dni temu też była wojna i było otwarte. – Co ci poradzę? – mówi z uśmiechem. Bramy zostały otwarte dopiero w sobotę po południu.
Palestyńczykom nie jest jednak do śmiechu. Niemal każdy mówi to samo: to nie nasza wojna, znaleźliśmy się w pułapce między jednymi a drugimi. Kolejna wojna jest kolejnym ciosem dla ledwie wiążących koniec z końcem sklepikarzy na Starym Mieście. Najpierw covid, potem wojna w Gazie, zeszłoroczna wojna z Iranem, teraz kolejna. To odstrasza turystów, czyli klientów. W związku z wojną w Jerozolimie nakazano zamknięcie miejsc, które nie są krytyczne z punktu widzenia mieszkańców. Otwarte są głównie punkty gastronomiczne, sklepy spożywcze i apteki, ale o ile w zachodniej części miasta można natknąć się na otwarte sklepy z odzieżą czy butami, o tyle na Starym Mieście pracują tylko piekarze, sprzedawcy przypraw i aptekarze.
– Nie mają wyjścia – dodaje Abu Omar, który sam od kilkudziesięciu lat prowadzi kawiarenkę na Via Dolorosa. – Normalnie w czasie ramadanu wszystko jest otwarte, jest wielu klientów, ale w tym roku wszystko znowu się posypało.
Palestyńczycy mają dość
Podobnie jest w Ramallah na Zachodnim Brzegu. Wprawdzie w sobotę, która jest dniem roboczym, sklepiki są raczej otwarte, ale na ulicach prawie nie ma ludzi, mało osób robi zakupy. – To dobija nasze biznesy, ciągle coś – mówi jeden ze sprzedawców w centrum Ramallah. – Ludzie się po prostu boją chodzić po mieście, bo nie wiadomo, co się wydarzy. Owszem, jest mniej nalotów izraelskiego wojska, pewnie są zajęci gdzieś indziej, ale te rakiety na niebie to nic przyjemnego. Chociaż się nie boimy, wierzymy, że jakaś siła wyższa nad nami czuwa.
Zahran Jaghab prowadzi w Ramallah niewielkie muzeum palestyńskiego dziedzictwa w domu należącym do jego rodziny od pokoleń, na Starym Mieście. Od wielu dni nikt tu nie zajrzał, ale Zahran z przyzwyczajenia najpierw otwiera wielkie metalowe drzwi, potem ciężkie drewniane. W kilku pomieszczeniach domu o solidnych, grubych murach znajdują się eksponaty należące do rodziny: elementy stroju jednej z żon ojca, wielkie dzbany na oliwę i wino, małe gliniane podgrzewacze do kawy – kawałek palestyńskiej i osobistej historii.
– Podczas zeszłorocznej wojny, kiedy też leciały rakiety, ludzie jakoś to bardziej przeżywali, wychodzili na ulicę, nagrywali filmiki, teraz jakby to spowszedniało. Będzie, co ma być, nic od nas nie zależy. A my tak naprawdę myślimy tylko o jednym: jak przetrwać kolejny kryzys. Chcielibyśmy, by wojna zakończyła się jak najszybciej, ale przecież to nie od nas zależy – mówi.
Schron pod łóżkiem
W Ramallah nie ma schronów ani systemu ostrzegania przed rakietami. Owszem, czasem słychać syreny alarmowe, ale to dźwięk niosący się z pobliskich żydowskich osiedli, chronionych systemami izraelskiej obrony powietrznej. – Mamy świadomość, że coś się dzieje, ale cóż możemy zrobić? Mogę co najwyżej schować się pod łóżkiem – śmieje się Mohammed, trzydziestoparolatek z Ramallah.
Czasem elementy zestrzelonego pocisku spadają na tereny palestyńskie. Niedawno odłamki spadły w pobliżu Ramallah, Nablusu i Dżeninu, raniąc kilka osób. Jak to możliwe, że Palestyńczycy mają taki chłodny stosunek do tej wojny? – My jesteśmy sunnitami, oni szyitami. Niezbyt im ufamy, chociaż prawda jest taka, że „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem” – tłumaczy Mohammed. – Chociaż to skomplikowane. Zwróciłem zwłaszcza uwagę na oświadczenie naszych władz, w którym potępiono ataki na kraje Bliskiego Wschodu, ale nie wspomniano o Iranie. Przypadek?
Dla niego osobiście to, co dzieje się choćby w Dubaju, jest nie do wyobrażenia. Przez ponad rok tam mieszkał i pracował, jak mówi – to prawie raj na ziemi. – Do tej pory wszyscy chcieli zaznać tego raju, teraz znajomi płacą ciężkie pieniądze, by z niego uciec – mówi.
W autobusie do punktu kontrolnego Kalandia, w kierunku Jerozolimy, jest może dziesięć osób. Tuż przed Beit Hanina telefony pasażerów wibrują, pojawia się ostrzeżenie o alarmie w ciągu kilku minut i wskazówka, by znaleźć bezpieczne miejsce. Kierowca ani podróżni nie reagują. Autobus jedzie dalej.