Według ostatnich średnich sondażowych opublikowanych w narzędziu „Poll of Polls” serwisu Politico, agregującym wyniki badań opinii z różnych pracowni, TISZA ma w tej chwili 52 proc. poparcia, Fidesz może liczyć na 37 proc. Nie da się jednak węgierskim sondażom przypisywać całkowitej wiarygodności. Po pierwsze, nawet takie agregaty, jak instrument Politico, opierają się na danych wejściowych z pojedynczych sondażowni. A te na Węgrzech są rzadko niezależne. Większość prywatnych centrów badań ma powiązania, przynajmniej na poziomie personalnym, z byłymi i obecnymi politykami opozycji. Z kolei działające na Węgrzech firmy zagraniczne to często podmioty z amerykańskim, jednoznacznie konserwatywnym, popierającym MAGA i Orbána kapitałem. W rezultacie wyniki pojedynczych badań opinii mogą się wahać od kilkunastoprocentowej przewagi partii Petera Magyara do 4–5 pkt przewagi Fideszu.
Orbán czy Magyar?
Orbán ewidentnie czuje na karku oddech swojego przeciwnika. Według krążącej obecnie w mediach społecznościowych analizy symulacyjnej (przeprowadzonej metodą Monte Carlo, w ramach której specjalnie stworzony model statystyczny „rozgrywa” głosowanie wielokrotnie, akurat w tym wypadku 40 tys. razy) w ponad 70 proc. przypadków triumfuje TISZA. Większość konstytucyjną, potrzebną do odwrócenia reform ustrojowych 16 lat rządów Orbána, partia Magyara uzyskuje jednak w zaledwie 13 proc. symulacji. Przy zwykłej większości i całkiem prawdopodobnym dwupartyjnym parlamencie Węgry czeka całkowity paraliż administracyjny. Nawet jeśli Magyar zostanie premierem, jego działalność blokować będą lojaliści Fideszu w trybunale konstytucyjnym, pałacu prezydenckim, prokuraturze, regulatorze mediowym czy służbach.
I choć pełen triumf proeuropejskiej opozycji jest mało prawdopodobny, w dotychczas monolitycznym reżimie Orbána zaczynają pojawiać się pęknięcia. Wynikają one nie tylko z widma jego porażki, ale też ze społecznej niezgody na niektóre metody kampanijne wykorzystywane przez Fidesz, by utrzymać się u władzy. Takiej kampanii wyborczej, jaka obecnie ma miejsce na Węgrzech, w demokratycznej, powojennej erze europejskiej historii jeszcze nie było. A będzie zapewne jeszcze gorzej, wszak przed nami decydujące dwa tygodnie.
Węgry łapią „szpiegów”
Zaczęło się od publikacji „Washington Post” o kontaktach wysokich rangą przedstawicieli rządu Orbána, na czele z szefem MSZ Péterem Szijjártó, nawiązywanych z rosyjskimi politykami zaraz po szczytach unijnych. O tym, że węgierski dyplomata nierzadko natychmiast po spotkaniach ministrów spraw zagranicznych krajów członkowskich UE bierze do ręki telefon i przekazuje Kremlowi odręcznie zrobione notatki z brukselskich dyskusji, w „Polityce” pisaliśmy już w kwietniu ubiegłego roku. Naszym źródłem byli wówczas dyplomaci z Polski i krajów bałtyckich, ale wśród bacznych obserwatorów unijnej polityki była to wiedza dość powszechna. Zresztą po publikacji „Posta” Szijarto przyznał, że komunikował się też z przedstawicielami innych pozaeuropejskich państw. Wymienił chociażby premiera Izraela Benjamina Netanjahu. W wielu europejskich stolicach wywołało to falę oburzenia, choć, jak pokazały kolejne dni, było to najmniej kontrowersyjnym wydarzeniem na finiszu węgierskiej kampanii.
Choć Szijarto przyznał się do rozmów z Ławrowem, stwierdzając bezceremonialnie, że są „po prostu dowodem na działalność dyplomatyczną”, władza szybko znalazła innego winnego afery: o szpiegostwo i zdradę stanu oskarżyła najbardziej dziś znanego węgierskiego dziennikarza śledczego. Szabolcs Panyi, związany z platformą Direkt36 oraz środkowoeuropejskim kolektywem śledczym VSquare, od wielu lat publikuje teksty stawiające Orbána i jego świtę w niekorzystnym świetle. Tym razem oskarżono go o współpracę z obcym wywiadem, dzięki czemu Panyi miał wejść w posiadanie nagrań zdobytych przez podsłuchiwanie telefonu Szijarto. Na poparcie tej tezy przedstawiono zmontowany fragment rozmowy telefonicznej, w której dziennikarz pyta informatora o numer telefonu ministra. Nawet z tych urywków trudno wnioskować, że chodzi o podsłuch, natomiast samo nagranie wskazuje, że to dziennikarz był inwigilowany.
Panyi zaprzeczył oskarżeniom, w jego obronie stanęły światowe organizacje dziennikarskie, w tym związani z Fundacją Reporterów polscy dziennikarze śledczy Wojciech Cieśla i Anna Gielewska. Rządowa propaganda na Węgrzech jednak ruszyła, Panyi jest oczerniany na każdym kroku, a cytowany przez „Guardiana” szef gabinetu Orbána Gergely Gulyás triumfuje, mówiąc, że „z każdym dniem rośnie liczba złapanych na Węgrzech szpiegów”.
Orbán na wojnie z Europą
Wokół dziennikarzy pracujących przy tematach węgierskich zrobiło się jednak nerwowo nie tylko w Budapeszcie. Brukselska redakcja portalu Politico poinformowała, że rozmowa telefoniczna jednego z reporterów portalu z europejskim dyplomatą, w której poruszono m.in. tematy Węgier i wojny w Ukrainie, została nielegalnie nagrana i umieszczona na YouTube. Każdy, kto może Orbánowi zaszkodzić, jest więc podsłuchiwany. A Bruksela jest akurat do tego doskonałym miejscem, bo coraz bardziej zdesperowany premier zaczyna wymachiwać szabelką w kierunku Komisji Europejskiej. Tak bardzo, że niedługo skończy mu się „drabina eskalacyjna”.
Najpierw zablokował 90 mld euro pomocy unijnej dla Ukrainy, wstrzymywał też sankcje wobec Rosji. Teraz chce wstrzymać uchwalenie budżetu całej Wspólnoty, stwierdzając, że jest on nielegalny, bo ma wbudowany mechanizm warunkowości. Trudno takie oskarżenia brać na poważnie, a obstrukcja budżetowa jest już opcją nuklearną, bo paraliżuje działanie Unii na wszystkich frontach. Tyle że trudno zrozumieć, co Orbán w tej wojnie z Brukselą chce osiągnąć.
Na tym etapie kampanii trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym Fidesz, strasząc Brukselą, przekonuje do siebie wyborców niezdecydowanych. Rolę głównego nemezis reżimu przejął teraz Wołodymyr Zełenski, a Orbán straszy elektorat wizjami stania się „kolonią Ukrainy” w przypadku wygrania przez Kijów wojny z Rosją, jednak polityką zagraniczną wyborów się nie wygrywa. Z kronikarskiego obowiązku trzeba odnotować te starania – ale raczej nie przypudrują one katastrofalnego stanu węgierskiej gospodarki czy coraz większej korupcji, z której społeczeństwo zdaje sobie sprawę.
Ze wsparciem Kremla, MAGA i Trumpa
Do Budapesztu swoich doradców wyborczych i spin doktorów wysłał już kilka tygodni temu Kreml. Orbána odwiedził amerykański sekretarz stanu Marco Rubio, przed wyborami pojawi się tam też wiceprezydent J.D. Vance. Rosyjskie farmy trolli zalewają węgierski internet botami rozsiewającymi teorie spiskowe – jak ta, że Magyar wzywa swoich sympatyków do mordowania członków Fideszu.
Jakby tego było mało, Direkt36 opublikował w czwartek wyniki innego swojego śledztwa – pokazujące, jak służby specjalne na zlecenie rządu chciały zdyskredytować i rozwalić od środka partię TISZA, a policjanci, którzy się o tym dowiedzieli, byli uciszani. Wiarygodność tej historii potwierdził Bence Szabo, sygnalista ze służb. Nagranie wideo z jego wywiadem zgromadziło milion odsłon w zaledwie 30 godz. po premierze. Orbán naprawdę chwyta się wszystkich dostępnych mu brzytew.
Pytanie – co dalej? Nawet gdyby wygrał, jak wyobraża sobie dalsze współistnienie z Unią Europejską? Zablokował albo zagroził blokadą dosłownie wszystkiego. Nikt mu nie ufa, reszta kontynentu ma go za pachołka Rosji i MAGA oraz Trumpa. Bez względu na wyniki wyborów z 12 kwietnia coś na Węgrzech się zmienia. Nie wiadomo tylko, czy na lepsze.