Cypr, który w tym półroczu sprawuje prezydencję w Radzie UE, był gospodarzem czwartkowo-piątkowego unijnego szczytu, do którego dziś na kilka godzin dołączyli przywódcy Egiptu, Jordanii, Syrii i Libanu. Głównym tematem ich wspólnych obrad była wojna USA i Izraela z Iranem oraz działania wojenne w Libanie. – Cieśnina Ormuz musi zostać natychmiast otwarta, bez żadnych ograniczeń i opłat. Dyplomacja jest jedyną drogą naprzód, a Unia Europejska jest gotowa wnieść swój wkład we wszystkie bieżące działania w tej sprawie. Chodzi o kwestię programu jądrowego oraz pomoc w odbudowie infrastruktury energetycznej w Zatoce Perskiej – zadeklarował przewodniczący Rady Europejskiej António Costa. Wcześniej Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej, ostrzegała liderów UE, że jeśli cieśnina Ormuz nie zostanie wkrótce otwarta, to wedle szacunków Brukseli rosnące ceny energii będą miały długotrwały wpływ na wzrost gospodarczy i inflację w Unii.
Komisja Europejska w tym tygodniu rekomendowała państwom Unii pakiet wąsko zakrojonych cięć podatków od energii oraz krajowych subsydiów w odpowiedzi na rosnące ceny energii, ale von der Leyen usłyszała od wielu krajów na Cyprze, że to nie wystarczy. – Europa musi mieć więcej odwagi – przekonywała włoska premierka Giorgia Meloni. Włochy, podobnie jak Polska, domagają się m.in. luzowania reguł dekarbonizacji dla obniżenia cen.
Ustępujący premier Węgier Viktor Orbán, którego Péter Magyar na czele rządu zastąpi dopiero w maju, uchylił się od przyjazdu na Cypr, gdzie Węgry reprezentował słowacki premier Robert Fico.
Ukraina chce do UE
Natomiast na wczorajszą część obrad doproszono ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który zaapelował na szczycie o mocne przyspieszenie negocjacji na temat wejścia Ukrainy do Unii, do tej pory blokowanych przez Węgry, oraz o określenie daty unijnej akcesji. „To ważne, żeby już w maju otworzyć pierwszy klaster negocjacyjny, a zaraz potem pozostałych pięć. Dążymy do uzyskania takiego samego pełnego członkostwa, jakim cieszą się wszystkie państwa UE od Cypru po Polskę” – podkreślał Zełenski.
Negocjacje akcesyjne Ukrainy w zwykłym trybie potrwałyby grubo ponad dekadę. Kijów chciałby akcesji najdalej do 2030 r., a sam Zełenski czasem publicznie wskazuje na – co zupełnie nierealistyczne – początek 2027 r.
W Unii nie ma jednak obecnie zgody na taką skróconą, zaledwie paroletnią ścieżkę rozszerzeniową dla Ukraińców. To po części zwykłe odsuwanie problemu na później, bo wejście do UE i tak nie jest możliwe bez uprzedniego zakończenia walk oraz ustabilizowania linii rozgraniczającej siły ukraińskie i rosyjskie. Ale swoją rolę odgrywa też niechęć wielu liderów UE do debaty o kosztach rozszerzenia dla dotychczasowych krajów członkowskich.
Z drugiej strony Bruksela jest przeświadczona, że przyszłym rozwiązaniom rozejmowym w Ukrainie musiałaby towarzyszyć – oprócz zachodnich „gwarancji bezpieczeństwa” – obietnica akcesji na tyle bliskiej czasowo, by motywowała do reform oraz osłabiała rozczarowanie ukraińskich wyborców zapewne bolesnymi ustępstwami wobec Moskwy oraz brakiem szans na wejście do NATO. A tym samym stabilizowałaby politycznie powojenną Ukrainę. – Jeśli dojdzie do negocjowanego z udziałem USA i Europy zakończenia walk, temat akcesji w ciągu pięciu-sześciu lat może nabrać aktualności – przekonywał niedawno jeden z wysokich urzędników UE zajmujących się sprawami rozszerzenia.
Reguła wzajemnej pomocy
Cypryjski prezydent Nikos Christodulidis, korzystając z przywileju gospodarza szczytu, doprowadził do wpisania w jego program dyskusji o „operacjonalizacji” art. 42.7 Traktatu o UE, który ustanawia regułę wzajemnej pomocy krajów Unii, jeśli któreś z nich stanie się ofiarą zbrojnej agresji na swym terytorium. Dotychczas tylko Francja zwróciła się o taką pomoc w 2015 r. po atakach terrorystycznych w Paryżu, co miało głównie w wymiarze symbolicznym dopełniać – mało widoczne dla opinii publicznej – współdziałanie europejskich służb wymierzone w tzw. Państwo Islamskie.
Gdy Cypr został w marcu zaatakowany przez irańskie drony – oficjalnie zmierzające w kierunku brytyjskich baz na wyspie – Christodulidis rozważał powołanie się na unijną klauzulę wzajemnej pomocy. Jednak wcześniej Francja, Włochy, Grecja, Hiszpania i Holandia postanowiły wysłać okręty i samoloty dla ochrony Cypru, co jego prezydent uważa jako pierwsze „faktyczne zastosowanie” artykułu 42.7. Zarazem domaga się skonkretyzowania tego artykułu w unijnych procedurach, by w razie kolejnej potrzeby było z góry jasne, kto i jak pomoże krajowi w potrzebie. Cypr nie ma szans na członkostwo w NATO (gwarantowane jest weto Turcji) i stąd szczególne zainteresowanie jego władz unijnymi rozwiązaniami obronnymi.
Polska, podobnie jak większość państw Unii, do art. 42.7 odnosiła się dotychczas bardzo sceptycznie. Nasza dyplomacja tłumaczyła to obawami, że zbyt głośna debata na ten temat wprowadza niepotrzebne zamieszanie wokół art. 5 traktatu NATO o wzajemnej obronie, którego ochrona musi być priorytetem Europejczyków, szczególnie wobec nieprzewidywalności polityki Donalda Trumpa. Dlatego pewnym zaskoczeniem na Cyprze stały się życzliwe, i tym samym niespójne z dotychczasową linią rządu, wypowiedzi premiera Donalda Tuska o art. 42.7. – Nie ulega wątpliwości, że Europa musi liczyć przede wszystkim na własne siły. Takie są deklaracje strony amerykańskiej powtarzane od wielu miesięcy. A Rosja przygotowuje się do kolejnych aktów agresji. Artykuł 42.7 i wszystko, co wiąże się z obroną europejską, musi nabierać konkretnych kształtów. Nie chodzi o decyzje w konfrontacji z NATO. To musi się uzupełniać – tłumaczył Tusk na Cyprze.
Podczas cypryjskich obrad liderów UE debata o art. 42.7 trwała krótko, ale szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas planuje w maju „ćwiczenia” z udziałem ambasadorów 27 krajów UE, a potem ministerstw obrony. Przedstawiciele państw UE zostaną m.in. poproszeni o podanie przewidywanej reakcji ich rządów na prośbę o pomoc któremuś z państw Unii, przykładowo w razie ataku hybrydowego. Takie ćwiczenia na sucho z art. 42.7 przy stole ambasadorskich narad w Brukseli przeprowadzano wcześniej w latach 2019 i 2021.
Dlatego dyplomaci wielu krajów UE przekonywali w ostatnich dniach w Brukseli, że nie należy przeceniać planów Kallas, uprzedzali, że stanowczo za wcześnie jest ogłaszać „mechanizm” wzajemnej obrony unijnej, oraz odżegnywali się od porównań do art. 5 traktatu NATO. Niemcy podkreślają, że należy przygotowywać się do „europeizacji” NATO, czyli do stopniowego przejmowania obowiązków obronnych od USA w ramach sojuszu z Waszyngtonem, a nie budować obronnej alternatywy na bazie Unii. – Jeśli przyszłoby nam bronić się na konwencjonalnym polu bitwy bez udziału USA, to raczej w ramach koalicji kluczowych krajów Europy, a nie struktur unijnych – przekonywał jeden z naszych rozmówców w Brukseli.
Cypr chce zakończyć w czerwcu swą prezydencję w Radzie UE opracowaniem dokumentu precyzującego, jak używać art. 42.7 i w jakim kierunku prowadzić dalsze prace w tej kwestii.
Skąd wziąć kasę?
Szczyt był pierwszą sposobnością do dyskusji przywódców UE o projekcie budżetu unijnego (1,985 bln euro na lata 2028–34), który Komisja Europejska przedstawiła w lipcu 2025 r., ale dotychczas rozmawiali o nim tylko dyplomaci i ministrowie. Szef Rady Europejskiej António Costa chciałby sfinalizować negocjacje budżetowe do końca 2026 r., ale to wydaje się prawie niemożliwe. Parlament Europejski żąda zwiększenia projektowanego budżetu o 10 proc., ale po dyskusji liderów państw UE na Cyprze wydaje się, że jedyną możliwą opcją jest utrzymanie projektu na obecnym poziomie albo jego zmniejszenie. Palącym problemem jest groźba rocznej dziury budżetowej (od 2028 r.) w wysokości do 30 mld euro, powstałej wskutek spłat pożyczki zaciągniętej przez UE na potrzeby Funduszu Odbudowy.
Wspólna unijna kasa jest finansowana w ponad 70 proc. ze składek z budżetów państw UE (ustalanych wedle klucza PKB), ale Komisja Europejska zaproponowała dodatkowe źródła budżetu, a von der Leyen ponaglała liderów na Cyprze, by w najbliższych tygodniach wstępnie opowiedzieli się w tej sprawie. Tyle że Warszawa wraz z dziesięcioma innymi stolicami już w połowie marca podtrzymała sprzeciw – to jeden z pomysłów Komisji – wobec przekazywania do budżetu 30 proc. wpływów z systemu handlu uprawnieniami do emisji (ETS), co miałoby przynieść Brukseli ok. 9,6 mld euro rocznie.
Inne stolice sprzeciwiają się ryczałtowym opłatom od dużych przedsiębiorstw (6,8 mld euro rocznie), a bodaj nikt nie godzi się na oddawanie 15 proc. akcyzy od wyrobów tytoniowych, co dawałoby Brukseli ok. 11,2 mld euro rocznie. – Jednak w piątek powszechnie uznano potrzebę wprowadzenia nowych źródeł dochodów, a przywódcy wykazali gotowość do dalszych prac w oparciu o wniosek Komisji, a niektórzy nie wykluczyli rozważenia dodatkowych opcji finansowania budżetu. Atmosfera była konstruktywna – przekazał jeden ze świadków obrad na Cyprze.