Ludzie i style

Twarz stała się narzędziem walki w Hongkongu. Kto kogo przechytrzy?

Protesty na ulicach Hongkongu trwają od czerwca 2019 r. Protesty na ulicach Hongkongu trwają od czerwca 2019 r. Forum
Władze Hongkongu wykorzystują nowe technologie, żeby namierzyć i ukarać demonstrantów. Ale to broń obosieczna. Walka, choć nierówna, chwilami przypomina grę protestujących z władzą i policją.

Hongkończycy kilka miesięcy temu wyszli na ulice w obronie swojej było nie było autonomii. Ich zapał nie gaśnie, protesty na zmianę nasilają się i słabną. W samą niedzielę 18 sierpnia demonstrowało prawie 2 mln osób. Przypomnijmy okoliczności: Hongkong formalnie jest miastem demokratycznym, ale wciąż zależnym od Chin, zwłaszcza że zawsze rządzi w nim jakiś zwolennik lub zwolenniczka Pekinu (obecnie Carrie Lam). W czerwcu bezpośrednim impulsem do wybuchu protestów była procedowana właśnie zmiana prawa dotycząca ekstradycji, zdaniem Hongkończyków wprowadzana po to, by okrężną drogą pozbyć się przeciwników komunistycznych władz ChRL.

Obrazki z demonstracji robią wrażenie nie tylko ze względu na skalę. Protestujący zakładają łańcuchy na nadgarstki, dość czytelne symbole zniewolenia. Solidarnie ubierają się w czerń. Zasłaniają twarze plakatami z wizerunkiem Lam. W ramach bojkotu lekarze i nauczyciele opuszczają miejsca pracy. A policja? Używa gazu łzawiącego i gumowych kul. Poza tym, i to chyba najciekawsze, obie strony korzystają z nowych technologii i próbują się nawzajem przechytrzyć. Ot, starcie na miarę XXI w.

Czytaj także: Skąd się biorą kolory poszczególnych protestów

Smartfon – broń w dłoń

Kiedy w Polsce protestuje grupka antyfaszystów, policja bez trudu formuje się w kordon, otacza niepokornych, legitymuje i wynosi z ulicy. Ale miliona osób już tak łatwo przepędzić się nie da. Służby w Hongkongu sięgają więc po to, co wrażliwe, intymne i łatwo dostępne – po dane biometryczne. Twarze. Dzięki nowym technologiom dane te są im podawane na tacy. Wystarczy, że wrzuciło się do sieci własne zdjęcie albo zostawiło gdzieś numer telefonu. Najpierw więc ustala się tożsamość, a dopiero potem – po nitce do kłębka – szuka człowieka z krwi i kości.

Funkcjonariusze przeczesują internet, żeby zlokalizować i przykładnie ukarać liderów hongkońskich protestów. Jak powszechnie wiadomo, smartfony śledzą swoich użytkowników – służby śledzą więc smartfony, by szybciej do nich dotrzeć. Jednego z mężczyzn – pisał o tym incydencie „New York Times” – policjanci namierzyli i wyciągnęli z auta za fraki. Żeby się upewnić, czy mają do czynienia z właściwym człowiekiem, przystawili mu do twarzy jego własny telefon. Smartfony nowej generacji da się odblokować spojrzeniem, bo twarz jest na tyle unikalna, że zabezpiecza lepiej niż zwykłe hasło z liter i cyfr. To był ten przypadek. „Obudź się!” – krzyczeli policjanci do mężczyzny i siłą otwierali mu oczy. Ten słaniał się i zaciskał powieki, a na koniec, intensywnie się gimnastykując, zablokował w telefonie funkcję Face ID.

W ten sposób twarz i tożsamość stały się w Hongkongu narzędziem walki, skutecznym, bo banalnie prostym w użyciu. Protestujący szybko się w tym oczywiście zorientowali. Zasłaniają się, chowają pod parasolami i wdziewają maski niczym bohaterowie serialowego „Domu z papieru”. Unikają monitoringu. Nie chcą się dać zidentyfikować, a w efekcie aresztować. Siłą Hongkończyków jest zaś ich masa, bo w tłumie łatwiej się schować i skutecznie zmylić przeciwnika. Metody są zresztą coraz bardziej wyszukane – żeby oślepić kamery, demonstranci sięgają po lasery i kolorowe spreje. Blokują też prewencyjnie opcje Face ID i Touch ID w telefonach. Nie korzystają z publicznego Wi-Fi, a czasem w ogóle nie mają przy sobie urządzeń elektronicznych.

Oczywiście wszystko to pod warunkiem, że znają przepisy. Zgodnie z prawem Hongkończycy w konfrontacji z policją mogą odmówić wykonania czynności, która by ich obciążyła, np. podania numeru PIN. Przepisy nic jednak nie mówią o technice rozpoznawania twarzy (prawo rozwija się widać wolniej niż nowe technologie). I właśnie tę lukę policja wykorzystuje, gdy przystawia demonstrantom do twarzy ich własne telefony.

Żeby oślepić kamery, demonstranci sięgają po lasery i kolorowe spreje.ForumŻeby oślepić kamery, demonstranci sięgają po lasery i kolorowe spreje.

Czytaj także: Jak sprawdzić, co wie o nas smartfon, i jak pozbawić go tej wiedzy

Chodźmy łapać pokemony. Czyli na protest

Policja też się zresztą chowa. Funkcjonariusze od jakiegoś czasu nie noszą identyfikatorów, w razie gdyby ich także ktoś próbował namierzyć. W sieci tworzone są – rzecz jasna nielegalnie – bazy z danymi policjantów oraz ich krewnych, nękanych albo obśmiewanych w odwecie za to, jak brutalnie rozpędzają demonstrantów. A że nie da się ich zidentyfikować wprost na ulicy, wobec nich też stosuje się technikę face-recognition. W internecie lądują potem ich wizerunki z kompletem danych i prywatnych zdjęć.

Poza tym internauci przekazują sobie w sieci protestacyjne know-how, instruują się wzajemnie, jak używać laserów, strzelać z procy albo jak z pomocą aluminium zabezpieczyć dokumenty tożsamości. Korzystają z zaszyfrowanych aplikacji tekstowych i piszą w sposób zawoalowany. Zamiast skrzykiwać się oficjalnie na protest, dla niepoznaki umawiają się na... wspólne łapanie pokemonów. Albo zbiorowe czytanie Biblii. Albo na piknik.

Wezwania do strajku są zresztą rozmaite. Dzięki opcji AirDrop w smartfonach od Apple można dać sygnał protestu – z mapą w załączniku – połowie pasażerów w metrze. Wystarczy uruchomić Bluetooth, żeby wzajemnie się ostrzec, gdzie czyha policja, podać dalej, gdzie udziela się pomocy, rozdaje wodę albo maski przeciwgazowe. Z odsieczą przybywają też niektórzy kierowcy Ubera. Ewakuują strajkujących do domów. Oczywiście tuż po tym, jak wyłączą GPS.

Lokalizacja jest kluczowa tak dla demonstrantów (gdzie protestować), jak dla służb (gdzie szukać protestujących). Dlatego informacje przekazywane są naokoło, np. za pośrednictwem Tindera czy portalu Twitch, który służy zwykle zgoła innym celom: oglądaniu, jak inni grają w gry.

Owa, by tak rzec, dywersyfikacja dróg mobilizacji nie ułatwia władzy zadania. Grupy – te od Pokemonów, Biblii, z Tindera itd. – są w sieci rozproszone. „Protest nie ma wyraźnych liderów – opowiadał jeden z jego uczestników portalowi BBC. – Dlatego trudniej nas namierzyć i ukarać. Policjanci nie są w stanie wszystkich aresztować. Jeśli aresztują członka jakiejś grupy, doprowadzi on ich tylko do tej jednej grupy”. Mężczyzna puentuje, parafrazując słynne zdanie z „Pokemonów”: „They can’t catch them all”, wszystkich ich nie złapią.

Czytaj także: Spieszmy się kochać Hongkong

Hongkong nie chce przeobrazić się w Chiny

Ze względu na wyrafinowane metody o protestach w Hongkongu mówi się, że to poruszenie zwłaszcza młodego pokolenia, zapatrzonego w ekrany, cyfrowo zaawansowanego, sprytnego. Daje to niejakie wyobrażenie o tym, jak mogą wyglądać protesty w przyszłości także w innych stronach świata, gdy technologie są tak rozwinięte, że mogą posłużyć za broń: do walki, ale i do samoobrony. Sami Hongkończycy też uczą się na błędach. Tzw. parasolowa rewolucja z 2014 r. również wylęgła się w sieci, ale internauci korzystali z aplikacji łatwych do wyśledzenia, z Facebooka, Twittera czy WhatsAppa. Teraz są ostrożniejsi.

Orwell się kojarzy? I słusznie. Po obu stronach sporu walczą także nowe technologie i choć obserwuje się to wszystko z mieszaniną fascynacji i niepokoju, to w tle kołacze pytanie o granice prywatności. Hongkong obawia się, że wzorem Chin tę prywatność, i autonomię przy okazji, już całkiem utraci. Społeczeństwo ChRL jest w końcu monitorowane w sposób jawny i na szeroką skalę. Technologia rozpoznawania twarzy, rozwijana wszędzie na świecie, tam jest szczególnie inwazyjna. Kamery są wszechobecne. Wirtualna aktywność obywateli to w zasadzie jeszcze jeden zestaw linii papilarnych, które pomogą człowieka, np. domniemanego przestępcę, zidentyfikować i odszukać.

Poza tym Chiny testują właśnie system punktowania za osiągnięcia i karania nawet za drobne uchybienia. Miejsce w ogólnym rankingu przynosi obywatelowi wstyd albo chlubę, ale przede wszystkim realne konsekwencje, takie jak... zakaz opuszczania kraju. Na podróże trzeba sobie zasłużyć. System ma działać już powszechnie od 2020 r. Mówi się nie bez powodu i nie bez przesady, że to największy eksperyment społeczny na świecie.

Hongkong obawia się, że pójdzie podobną drogą, a prawo dotyczące ekstradycji jeszcze ten proces przyspieszy. Stawia więc opór. I na razie, przynajmniej w dziedzinie nowych technologii, protestujący są bardziej przebiegli od służb. Gorzej, jeśli się okaże, że dostęp do ich danych mają już np. władze Chin.

Czytaj także: Władza lubi nas widzieć. Patrzą na nas kamery z rejestratorami wideo, a czasem i mikrofonami

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Janusz Dzięcioł w szponach szołbizu

Wyluzowany Janusz Dzięcioł powtarza do kamery, że nie lubiłby siebie, gdyby się zmienił, dlatego się nie zmieni, chociaż kto wie, co sława przyniesie. Szołbiznes, mówią ludzie, jest jak walec, każdego rozgniecie, każdą głębię duchową zniweluje. Czy normalny człowiek po wygraniu bardzo popularnego programu telewizyjnego może z wygranym półmilionem złotych w kieszeni wrócić do bloków, do pracy?

Sławomir Mizerski
30.06.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną