Monachium: w oczekiwaniu na powrót przeszłości
Tęsknota za światem opartym na znanych do tej pory zasadach wybrzmiała na tegorocznej konferencji głośniej niż pomysły na stworzenie nowych zasad. A gdy stare reguły nieuchronnie słabną, do czasu stworzenia nowych najłatwiej mają najsilniejsi.
Mike Pence i Angela Merkel
Michael Dalder/Forum

Mike Pence i Angela Merkel

To jest nadal najważniejsze i nadal najciekawsze z najbliższych nam międzynarodowych forów. Tylko monachijska konferencja ma status i moc przyciągania wystarczająco silną, by gromadzić przedstawicieli USA, Rosji i Chin nie tylko w jednym dniu, ale wręcz na jednej scenie, w jednym panelu. Tylko tam przyjeżdżają najważniejsi politycy i eksperci ze wszystkich kontynentów, by przez trzy dni drążyć tematy europejskie, transatlantyckie i światowe. Monachium to nie tylko wydarzenie, to instytucja – starsza od Unii Europejskiej, jaką znamy, niewiele młodsza od NATO – od 55 lat filar europejskiego porządku i stały termin w kalendarzu setek bardzo ważnych osób. Ale jak wiele elementów świata stworzonego w XX w., u schyłku drugiej dekady wieku XXI wydaje się nie nadążać za rzeczywistością. Wrażenie to było w tym roku głębsze niż wcześniej, przynajmniej – co zastrzegam – obserwując debatę z perspektywy Warszawy.

USA, Chiny, Rosja. Nowa układanka sił na świecie

Może to kwestia szoku poznawczego. Miniony tydzień w Polsce upłynął pod znakiem konferencji bliskowschodniej i kierunków polityki, jakie narzucili jej główni gracze: Stany Zjednoczone, Izrael i ich arabscy sojusznicy. Wyłoniła się z niej nowa – na razie polityczna – koalicja przeciwko Iranowi, Stany Zjednoczone otwarcie zaprezentowały się jako mocarstwo prowadzące własną politykę bez szerokiej konsultacji, Izrael i Arabowie przezwyciężyli trwające pół wieku podziały i przynajmniej na razie zawiązali taktyczny sojusz.

Niewiele z tej nowej układanki pasuje do szablonu sprzed 20 lat. Stary szablon staje się tym bardziej nieaktualny, jeśli spojrzymy na zdarzenia z większego dystansu. Kilka tygodni przed Monachium USA i Rosja wyrzuciły do kosza jeden z kluczowych traktatów rozbrojeniowych, słodki owoc zimnej wojny. Chiny weszły z impetem na światową scenę dawno temu, ale dopiero w ostatnich tygodniach doczekały się czegoś na kształt wypowiedzenia wojny – na razie wymierzonej przeciwko ich ekspansji cyfrowej. Rosja zamiast partnera stała się wrogiem Zachodu i tylko najbardziej zainteresowani innymi aspektami tego partnerstwa nie mogą od ponad dekady (liczę od wojny z Gruzją) przejrzeć na oczy. Do ładu sprzed 20 lat po prostu nie ma powrotu, chyba że odwróci się zdarzenia nieodwracalne.

Ameryka traci przywództwo na świecie

Tymczasem w Monachium niemal w każdej debacie słychać było żal za tym utraconym porządkiem. Wielostronna konsultacja, przewidywalność Ameryki, doprowadzenie do dialogu z Rosją, „business as usual” z Chinami – brzmiały jak pakiet niespełnialnych obecnie życzeń. Nawet ciepłe słowa byłego wiceprezydenta Joe Bidena o tym, że Ameryka kiedyś powróci, kiedy „to” minie, w komentarzach przyjęto z niedowierzaniem. Przemówienie Bidena było piękne, nostalgiczne, wzniosłe, chwilami wzruszające. Ale nawet kojarzony z demokratami (a na pewno niewspierający Trumpa) politolog Ian Bremmer napisał, że wiara w powrót amerykańskiego przywództwa na świecie jest mrzonką.

Powrotu do tamtych reguł nie ma, za wiele się zmieniło. A prawda jest taka, że w świecie osłabionych reguł i nadwerężonego porządku najlepiej czują się ci, którzy niezależnie od sytuacji dysponują realną siłą – nie tylko militarną. Dlatego najbardziej swobodnie na monachijskiej scenie czuli się przedstawiciele światowych potęg: USA, Chin, Rosji i Niemiec, podczas gdy reszta uczestników spotkania wyrażała głównie obawy, że świat, jaki dał im poczucie bezpieczeństwa, zdaje się znikać. Trzymajmy się tego, co znamy, bo nic innego nie mamy – to wydaje się recepta na przetrwanie. Dlatego odbiór pomysłów nowych lub tylko na nowo opakowanych zależał od tego, kto je wygłaszał. Promowana przez USA polityka z pozycji siły, przecięcie więzi Zachodu ze Wschodem – Rosją czy Chinami – nie zyskiwały poklasku, przyjmowała je konsternująca cisza. Co innego promocja europejskiej siły – miękkiej i twardej, utrzymywanie transatlantyckiej jedności, wielostronne konsultowanie kluczowych decyzji. Monachijska publiczność ma swoje gusta i są one aktorom dobrze znane. A może ci aktorzy nie znają innych ról.

Czytaj także: USA ograniczają swoją globalną rolę

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj