Świat

Lula wychodzi z więzienia. Brazylijska lewica dostała wiatru w żagle

Lula da Silva w otoczeniu sympatyków Lula da Silva w otoczeniu sympatyków Rodolfo Buhrer / Forum
Chcieli uwięzić ideę, ale idei nie da się zamknąć ani zabić – powiedział były prezydent Brazylii Lula da Silva w spontanicznym przemówieniu do sympatyków, wygłoszonym tuż po wyjściu poza bramy więzienia.

Za kratami więzienia w Kurytybie na południu Brazylii Lula siedział 19 miesięcy – dokładnie 580 dni. Przez cały ten czas przed ogrodzeniem czuwali sympatycy byłego prezydenta, trzymający banery z hasłami „Uwolnić Lulę”. Wczoraj o godzinie 17:42 doczekali się.

Poruszony, a zarazem pełen energii i gniewu Lula przemówił: „Drodzy towarzysze i drogie towarzyszki, nie macie pojęcia, co znaczy dla mnie to, że jestem z wami tu i teraz. Jesteście solą demokracji, której potrzebowałem, by stawić opór szalbierstwu i podłości zgniłej część państwa brazylijskiego”.

„Wychodzę bez nienawiści. W wieku 74 lat w moim sercu jest miejsce tylko na miłość” – mówił dalej. Ostrzegł jednak tych, którzy go uwięzili, dumnymi słowami: skoro jego, biednego chłopca, który przybył z północno-wschodniej Brazylii do São Paulo, nie zabił głód, to nic go nie pokona.

Czytaj także: Watergate w Brazylii

Najpopularniejszy prezydent Brazylii

Lula pochodzi z najniższych warstw społecznych jednego z najbiedniejszych regionów kraju; od dziecka pracował, był m.in. ulicznym handlarzem. W São Paulo zatrudnił się w zakładach metalurgicznych, gdzie w latach 80., w czasie dyktatury wojskowej, zaczęła się jego polityczna kariera – najpierw jako lidera związkowego, a potem przywódcy powstającej Partii Pracujących. Prezydentem został dopiero w XXI w. – w latach 2003–06 i 2007–10. Jako przywódca cieszył się największą popularnością w historii kraju.

Motywem przewodnim jego rządów była inkluzja społeczna najbiedniejszych. Dzięki doskonałej koniunkturze gospodarczej na brazylijskie surowce i produkty rolne rząd Luli uruchomił ponad setkę rozmaitych programów socjalnych, zmierzających do zmniejszenia przepaści majątkowych. On sam stał się idolem wielu ruchów kontestacji na świecie, a równocześnie cieszył się prestiżem wśród liderów politycznych i biznesowych.

Autorytet Luli wspomógł w sukcesie jego sukcesorkę Dilmę Rousseff, również dwukrotnie wybraną na przywódczynię Brazylii. Rousseff straciła władzę w 2016 r. w wyniku impeachmentu. Prawica rozdmuchała rutynowe, choć nieformalne operacje budżetowe jej rządu – które praktykowali wszyscy wcześniejsi prezydenci – do rangi przestępstwa konstytucyjnego.

Wielu komentatorów nazwało ten impeachment parlamentarnym zamachem stanu. Jego inicjatorom pomógł narastający kryzys gospodarczy oraz fatalna atmosfera wokół polityków rządzącej Partii Pracujących, uwikłanych w aferę korupcyjną m.in. w państwowej firmie naftowej Petrobras.

Odpryskami tej afery – politycznie najważniejszymi – były właśnie procesy Luli. Po zakończeniu dwóch prezydenckich kadencji nie zamierzał wracać do czynnej polityki. Jego postanowienie zmienił dopiero impeachment Rousseff – wiadomo było, że prędzej niż później Lula wróci do gry. Żeby utrzymać władzę po jej usunięciu, prawica musiała wykluczyć z gry przede wszystkim jego. Wciąż był najpopularniejszym politykiem w kraju.

Czytaj także: Brazylijskie 500 plus

Wątłe poszlaki w procesie Luli

Skazanie i uwięzienie Luli 7 kwietnia 2018 r. sprawiło, że nie mógł ponownie kandydować w wyborach prezydenckich, w których – według wszystkich sondaży – był absolutnym pewniakiem do zwycięstwa. Jego przewaga nad drugim w kolejności kandydatem – Jairem Bolsonaro, faszyzującym populistą, który ostatecznie został przywódcą państwa – była miażdżąca.

Lulę skazano za handel wpływami, korupcję i pranie pieniędzy na niezwykle wątłych poszlakach (najpierw na 12 lat, w kolejnej instancji wyrok zmniejszono do ośmiu). Sprawę prowadził sędzia Sergio Moro, który od początku wielkiej operacji antykorupcyjnej posługiwał się wątpliwymi, a nieraz otwarcie bezprawnymi metodami; zdradzał też oznaki własnych aspiracji politycznych.

Natychmiast po zwycięstwie Bolsonaro Moro przyjął propozycję objęcia funkcji ministra sprawiedliwości. Kilka miesięcy temu przywódca kraju wygadał się publicznie, że Moro ma być jego kandydatem do Sądu Najwyższego (po przejściu na emeryturę jednego z sędziów). Wielu w Brazylii przypuszcza, że ambicje tego drugiego sięgają wyżej – chce być w przyszłości prezydentem.

Niedawno internetowy magazyn „The Intercept”, założony przez słynnego amerykańskiego prawnika i dziennikarza Glenna Greenwalda, ujawnił treść esemesów, jakie wymieniali między sobą ówczesny sędzia Moro i prokuratorzy oskarżający Lulę. Wynika z nich, że Moro szczegółowo instruował oskarżycieli, jak mają prowadzić sprawę, aby można było Lulę w wiarygodny sposób skazać.

Czytaj także: Brazylia w objęciach populizmu

Lula twarzą zbuntowanych Brazylijczyków

W piątek wieczorem, tuż po wyjściu z więzienia, Lula zapowiedział powrót do polityki i na samym starcie sprzeciwił się „oddawaniu kraju w obce ręce”, co było aluzją do rządowych planów szerokiej prywatyzacji, m.in. giganta naftowego Petrobras.

Samo wyjście na wolność nie kończy kłopotów z sądami. Nie uwolniono go jako człowieka uznanego przez wymiar sprawiedliwości za niewinnego, lecz w oparciu o decyzję o charakterze formalno-prawnym. Dzień wcześniej Sąd Najwyższy – przewagą tylko jednego głosu – uznał, że kary więzienia powinni odsiadywać jedynie ludzie skazani prawomocnymi wyrokami. A w Brazylii procesy karne mają aż cztery instancje.

Możliwe więc, że Lula do więzienia wróci, chyba że wątłe poszlaki zostaną obalone w kolejnych instancjach (jak również w kolejnych procesach odpryskowych głośnej afery korupcyjnej). Cała historia ukazała dobitnie, że brazylijski wymiar sprawiedliwości jest potężnie uwikłany w rozgrywki o władzę. Można spodziewać się dowolnych – niekoniecznie związanych z nakazami prawa – decyzji, zależnych od politycznej koniunktury.

Uwolnienie Luli i jego zapowiedzi mogą dać lewicowej opozycji wobec rządu Bolsonaro potężnego wiatru w żagle. A wiatr ten może z kolei uruchomić trudną dziś do przewidzenia dynamikę zdarzeń. Przykład zbuntowanego Chile – a ekipa rządząca w Brazylii opiera swoje plany polityki społeczno-ekonomicznej m.in. na chilijskich wzorach – może okazać się zaraźliwy. Jednak inaczej niż w Chile zbuntowani w Brazylii mieliby swojego przywódcę. Brazylijski bunt miałby – już po raz kolejny w historii tego kraju – twarz Luli.

Czytaj także: Jak Brazylię skazano na rządy prawicy

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Życie w strefie anty-LGBT

W ostatnich miesiącach miasteczko Tuchów w Małopolsce jest jak wierna miniatura współczesnej Polski – społecznie, politycznie, religijnie, środowiskowo i nerwowo.

Marcin Kołodziejczyk
25.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną