Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Salwy Kima przestają być na pokaz. USA otwierają parasol atomowy nad Seulem

Prezydent USA Joe Biden gości w Białym Domu prezydenta Korei Południowej Yoon Suk Yeola. 27 kwietnia 2023 r. Prezydent USA Joe Biden gości w Białym Domu prezydenta Korei Południowej Yoon Suk Yeola. 27 kwietnia 2023 r. Ewelina Hockstein / Forum
Korea Południowa uzyskała nuklearne wsparcie Waszyngtonu. To symbol znaczenia tego kraju, ale niekoniecznie strachu przed reżimem Kimów. Seul uzyskał status podobny, a może przewyższający Australię. Będzie mieć odnowiony amerykański parasol atomowy.

Amerykańskie okręty podwodne uzbrojone w pociski z głowicami jądrowymi będą okresowo gościć w południowokoreańskich portach – głosi nowe porozumienie między Stanami Zjednoczonymi a Koreą Płd. podpisane w czasie wizyty prezydenta Yoon Suk Yeola w Waszyngtonie. Według Joe Bidena ma to być dodatkowy środek odstraszania wobec nowych gróźb Korei Północnej i rosnącego w regionie poczucia zagrożenia, wynikającego z rozwoju technologii nuklearnej i rakietowej reżimu Kim Dzong Una.

Czytaj także: Kim pokazał swoją córkę. To sygnał dla świata czy dla obywateli?

Kim może nie strzelać tylko na pokaz

Korea Północna w ostatnich miesiącach intensywnie testuje pociski rakietowe różnych zasięgów, od taktycznych – mogą posłużyć do ataku na Koreę Południową czy Japonię, po strategiczne – mogące sięgnąć całego terytorium USA. Najnowszym osiągnięciem Północy jest pocisk międzykontynentalny na paliwo stałe, które eliminuje konieczność napełniania zbiorników przed startem, a przez to sprawia, że rakieta umieszczona na mobilnym podwoziu może być odpalona skądkolwiek, z minimalnym wyprzedzeniem wywiadowczym. Jeszcze większy niepokój budzą próby z pociskami odpalanymi spod wody, będącymi najwyższym stadium zaawansowania techniki nuklearno-rakietowej. Stan zasobów atomowych Pjongjangu nie jest w pełni rozeznany, ale amerykańscy analitycy przyjmują, że przez ostatnie ponad 20 lat przeszły one znaczną ewolucję od „urządzeń wybuchowych” do w pełni bojowych głowic, przynajmniej jeśli chodzi o rozmiary możliwe do zamontowania na rakietach. Oznacza to, że salwy Kim Dzong Una – choć wydają się głównie na pokaz – muszą być traktowane jak realne testy realnej broni, co budzi najwyższe zaniepokojenie.

„Jakikolwiek atak nuklearny Korei Północnej na Amerykę czy jej sojuszników jest niedopuszczalny i będzie oznaczać koniec reżimu, jakikolwiek on będzie” – przestrzegał więc Joe Biden, unikając retoryki Donalda Trumpa o „piekielnym ogniu”, jaki sprowadzi na Koreę Północną, ale nie pozostawiając wątpliwości co do rodzaju ewentualnej odpowiedzi. „Nasze kraje uzgodniły schemat konsultacji prezydenckich w razie ataku i zobowiązały się odpowiedzieć szybko, zdecydowanie i z miażdżącą siłą” – uzupełniał koreański prezydent Yoon. Bronią zastosowaną do tej odpowiedzi ma być amerykański arsenał nuklearny, a symboliczną demonstracją jego zaangażowania po stronie południowokoreańskiej będą czasowe rotacyjne pobyty amerykańskich okrętów podwodnych z bronią jądrową na pokładzie.

To właśnie symbol i demonstracja, bo w przypadku realnego konfliktu broń konwencjonalna, a tym bardziej jądrowa, zostałaby użyta z dystansu i bez narażania najcenniejszych zasobów – a takimi są atomowe okręty podwodne – na kontakt z siłami nieprzyjaciela. Korea Północna posiada flotę podwodną, której możliwości także nie są w pełni znane, ale których lepiej nie testować w realnej sytuacji. A zatem Korea Południowa uzyskała od USA dodatkową deklarację gwarancji bezpieczeństwa oraz jej praktyczny wyraz. W pewnym sensie broń jądrowa wraca na południe półwyspu koreańskiego, po tym jak ponad 30 lat temu została z niego wycofana, a obie Koree zobowiązały się do denuklearyzacji. Reżim Kimów rzecz jasna porozumienia nie szanował, a Południe czuło rosnącą grozę sytuacji. Jako kraj posiadający cywilne zdolności nuklearne mogli chcieć pójść własną drogą. Deklaracja Bidena hamuje jakiekolwiek hipotetyczne zapędy w tym kierunku, o których – co trzeba zastrzec – nic oficjalnego nie wiadomo.

Widać natomiast, że Ameryka rozciąga na Koreę Południową schemat znany już z porozumienia AUKUS z Australią, w którym uczestniczy również Wielka Brytania. Australia od 2027 r. ma otrzymać strategiczną osłonę w postaci rotacyjnego stacjonowania okrętów podwodnych o napędzie atomowym (potencjalnie również z bronią jądrową). Ma to być punkt wyjścia do kupna i budowy własnych atomowych okrętów podwodnych, póki co przewidzianych jedynie w roli nosicieli konwencjonalnego uzbrojenia dalekiego zasięgu, jak pociski Tomahawk. Choć AUKUS ma głównie na celu powstrzymywanie i ewentualną obronę przed atakiem z Chin w rejonie zachodniego Pacyfiku, zagrożenie ze strony Korei Północnej też ma na uwadze. W przypadku układu amerykańsko-koreańskiego proporcje są odwrócone – chodzi głównie o Koreę Północną, a w drugiej kolejności o Chiny. Jednak mechanizm jest podobny – Stany Zjednoczone umacniają i reorganizują swoje sojusze wojskowe na Dalekim Wschodzie. Nowym porozumieniom towarzyszy sprzedaż ważnego uzbrojenia, w tym najnowocześniejszych wersji pocisków dalekiego zasięgu, a także budowa nowych baz, powstających również w krajach do tej pory mniej chętnie widzących u siebie amerykańskie wojska, jak Filipiny. „Pakiety nuklearne” przewidziane są dla najważniejszych sojuszników, którzy są nimi zainteresowani. Korea Południowa uzyskała więc status podobny, a może przewyższający Australię. Będzie mieć odnowiony amerykański parasol atomowy, a okręty podwodne i tak buduje sama. Trzeci najistotniejszy sojusznik USA, Japonia, z powodów historyczno-politycznych nie wchodzi na nuklearną ścieżkę, ale właśnie zmienił politykę obronną i zbrojeniową, w praktyce decydując o skokowym dozbrojeniu. Amerykańskie bazy morskie i lotnicze Japonia i tak posiada, czasami zawijają do nich również atomowe okręty podwodne. Nad Koreą do tej pory ćwiczyły wyłącznie bombowce, obecność morska jest więc uzupełnieniem nuklearnej triady odstraszania.

Czytaj też: Wielka zapaść Korei Północnej

Między dwoma Koreami

Koreańczycy z Południa żyją bowiem w dziwnym świecie – potencjalnego zagrożenia, choć raczej nie codziennego strachu, połączonego ze strategią nadziei i optymizmu opartej na własnych sukcesach. Atmosferę tę mam wciąż okazję chłonąć, biorąc udział w kilkudniowej konferencji dziennikarskiej, połączonej z wizytami w różnych miejscach kraju. Mimo że to kraj od ponad 70 lat znajdujący się formalnie w stanie wojny, którego potencjalny przeciwnik co kilka miesięcy demonstruje coraz groźniejsze rodzaje broni, widmo realnej wojny wydaje się bardzo odległe, a nuklearne groźby Kima z Północy nie wydają się przynosić pożądanego efektu zastraszenia. Koreańczycy do nich przywykli, na co dzień zajęci są rozwojem jednej z najbardziej dynamicznych gospodarek świata, a w dłuższym terminie zachowują i pielęgnują wizję pokojowego zjednoczenia i dobrobytu całego półwyspu. Widać to najbardziej w przygranicznej strefie zdemilitaryzowanej, gdzie hasła zjednoczenia widnieją na każdym posterunku wojskowym (a jest ich sporo) i gdzie wolność, pokój i jedność narodu koreańskiego – tylko tymczasowo podzielonego między dwa państwa – jest przesłaniem obowiązującym uzbrojonych po zęby żołnierzy i trzymających wojskową dyscyplinę cywilów.

Z góry, z której obserwowałem graniczną linię, roztacza się sielankowy widok na zieleniejącą dolinę. Na linii demarkacyjnej nie ma żadnego płotu, zasieków czy paskudnych betonowych bunkrów. Ogrodzenie i wojskowe instalacje zaczynają się dopiero dwa kilometry na północ i południe od linii podziału. Przez lornetki widać jednak północnokoreańskie posterunki, a w drodze do punktu obserwacyjnego było kilka check-pointów strony południowej. Młodzi żołnierze 1. dywizji piechoty sprawdzają nazwiska i paszporty, ale z rutyną wskazującą, że to robota raczej urzędnicza. Codziennie setki turystów ciekawych wrażeń i dreszczu emocji wjeżdżają na górę, by spojrzeć kilkanaście kilometrów na północ. Widok jest nieco „rozczarowujący”. Żadnych czołgów, dział, widocznych wojsk – gołym okiem nie widać najmniejszych oznak militaryzacji Korei Północnej. Wyludniony pejzaż, opustoszałe miasto fabryczne w zasięgu wzroku. To miejsce, gdzie wcześniej istniał jedyny transgraniczny park przemysłowy, dzięki któremu Korea Południowa mogła korzystać z taniej siły roboczej, a rząd Kimów miał ekstra dochody w walucie. Skończyło się to po którejś z poprzednich eskalacji w 2016 r. Później znowu przyszło okresowe ocieplenie. W 2018 r. odbyły się trzy koreańsko-koreańskie spotkania na szczycie i podpisano dwie deklaracje. Miejsce tych spotkań, najbardziej znany punkt granicy w Panmundżonie, też widać z popularnego obserwatorium. Po pięciu latach nie ma jednak wielkiego postępu w procesie normalizacji, a Kim z Północy znowu potrząsa rakietowo-nuklearną szabelką. Może nie jest dużo gorzej, ale lepiej też nie.

Korea Południowa nie porzuca więc strategicznej wizji integracji i pokoju, ale jest przygotowana na najgorszy scenariusz – nowej wojny. Ze wzmocnionym amerykańskim wsparciem będzie to łatwiejsze, a sam Seul buduje coraz nowocześniejszy potencjał obronny i ma zasoby pozwalające spać spokojniej. 10-milionową stolicę dzieli od granicy jednak zaledwie 45 km, a w przygranicznej prowincji mieszka jedna czwarta ludności kraju. Zagrożenie, nawet jeśli nie wisi nad głowami Koreańczyków na włosku, to ma egzystencjalny charakter.

Można jednak z nim żyć w miarę normalnie. Przyjeżdżających do strefy zdemilitaryzowanej DMZ najbardziej musi dziwić wesołe miasteczko tuż przy granicy. Latem tłumnie odwiedzane. Dzieci robią sobie zdjęcia na tle wojskowych pomników i idą na karuzelę obok. Można się też przejechać kolejką linową nad rzeką płynącą z północy przez granicę. Jak opowiadają przewodnicy, były czasy, gdy tą rzeką płynęły ciała nieszczęśników, którzy przecenili swoje siły albo zostali zabici w czasie ucieczki. Teraz Korea Północna też się uszczelniła. Brawurowe ucieczki są rzadkością, żeby wydostać się z kraju, najlepiej polecieć do Wietnamu, Tajlandii, Kambodży. Przez Chiny są małe szanse, zbyt ścisły dozór.

Napięcie wojenne przy samej granicy też zelżało. Zbudowany potajemnie tunel inwazyjny służy dziś wyłącznie jako kolejna atrakcja. Wyłączono gigantofony po obu stronach. Maszty zagłuszające ponoć wciąż działają, ale po południowej stronie jest internet i łączność komórkowa. Armia kontroluje teren i ludzi, jest nadal godzina policyjna i patrole zaglądają do domów. Ale w zamian za uciążliwości są benefity. Nie trzeba służyć w wojsku (a każdy koreański mężczyzna idzie na dwa lata do armii), państwo wspiera lokalne rolnictwo, które świetnie żyje z ekologicznych upraw soi i żeń-szenia czy ręcznej produkcji tofu. Istnieje wręcz coś w rodzaju turystyczno-rozrywkowego przemysłu żyjącego ze stanu formalnej wojny. Opuszczona amerykańska baza zamieniona w muzeum symbolizuje uzyskanie przez Koreę Południową wojskowej samodzielności.

Żołnierze z 1. dywizji piechoty mają na ramieniu oznaczenia bardzo przypominające amerykańską „wielką czerwoną jedynkę”. Starsze ciężarówki to wręcz kopie amerykańskich. Nowsze opancerzone terenówki są już bardziej koreańskie z wyglądu, ale na dachu mają wciąż sprawdzone 40-milimetrowe granatniki z USA. Skrzynki po amunicji do nich robią za śmietniki w bazie-muzeum. Amerykańska obecność wojskowa w Korei to dziś 28 tys. żołnierzy, ułamek tego, co Amerykanie zostawili na półwyspie po wojnie koreańskiej. Ale dołożenie elementu w postaci atomowego okrętu podwodnego jest kolejnym dowodem zwrotu USA ku Azji i symbolem powrotu Ameryki do Korei. Miejscowi zawdzięczają w końcu USA ocalenie przed komunizmem, co dało początek bezprecedensowemu rozwojowi. Będą to w tym roku przypominać.

70. rocznicy wybuchu wojny koreańskiej w czerwcu 2020 r. nie było jak obchodzić z powodu pandemii. Tym ważniejsze będzie tegoroczne upamiętnienie 70 lat od jej zakończenia – rozłożone na kilka miesięcy, z kulminacją 27 lipca (rocznica podpisania rozejmu). Strefa zdemilitaryzowana i porozumienie, które ją ustanowiło, znowu znajdą się w centrum zainteresowania świata, zwłaszcza w kontekście innej trwającej wojny, Rosji z Ukrainą. Chociaż wojna koreańska bywa przywoływana jako punkt odniesienia, historyczne analogie nie mają pełnego zastosowania. Kijów nie został zdobyty w kilka dni błyskawiczną inwazją przeważających sił, a w obecną wojnę nie weszły na pełną skalę przeciwstawne bloki mocarstw. Ukraina nie dostała międzynarodowego wsparcia w postaci wojsk interwencyjnych. Jednak „scenariusz koreański” na zakończenie wojny bywa rozważany w międzynarodowej prasie przez ekspertów doradzających politykom. W dużym skrócie: koreański rozejm nastąpił po dwóch latach zastoju na froncie, który przyszedł po roku niezwykle intensywnych i niszczących kampanii, w których przewagę mieli raz agresorzy, innym razem obrońcy. Wygląda to dość podobnie do sytuacji z Ukrainy, choć bardzo wielu elementów ówczesnej układanki brakuje: silnego bezpośredniego zaangażowania USA (z groźbami użycia broni jądrowej włącznie), wielonarodowej koalicji walczącej z bronią w ręku w obronie napadniętego kraju, wiodącej roli ONZ w próbach rozwiązania konfliktu. Ukraińskiego Panmundżomu na mapie na razie nie widać, ale mogą być chętni, by go poszukać. Zamrożenie tamtego konfliktu okazało się bowiem zaskakująco trwałe. O ile jednak południowokoreańska przyszłość dla Ukrainy mogłaby być marzeniem dla niej samej i jej sąsiadów, o tyle koreanizacja na wzór północny tego, co ewentualnie mogłaby oderwać Rosja, byłaby koszmarem dla wszystkich. Historia w tej wersji powtórzyć się nie powinna.

Czytaj też: Korea Północna odbudowuje ośrodek rakietowy

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Fotoreportaże

Richard Serra: mistrz wielkiego formatu. Przegląd kultowych rzeźb

Richard Serra zmarł 26 marca. Świat stracił jednego z najważniejszych twórców rzeźby. Imponujące realizacje w przestrzeni publicznej jednak pozostaną.

Aleksander Świeszewski
13.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną