Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Świat

Biden upomina Netanjahu. Wojna w Gazie wystawia na próbę relacje USA z Izraelem

Prezydent USA Joe Biden i premier Izraela Beniamin Netanjahu. Tel Awiw, 18 października 2024 r. Prezydent USA Joe Biden i premier Izraela Beniamin Netanjahu. Tel Awiw, 18 października 2024 r. Cameron Smith / The White House / Flickr CC by SA
Joe Biden zaostrza kurs wobec rządu Izraela, ale głównie w sferze symbolicznej. Jego ekipa nie decyduje się na krok, który miałby największe praktyczne znaczenie dla wojny w Gazie.

Trwająca już blisko pół roku wojna w Gazie wystawia na niespotykaną dotychczas próbę sojusznicze stosunki USA z Izraelem. Ofensywa w odpowiedzi na atak bojówek Hamasu 7 października i zabójstwo 1400 cywilów nie zniszczyła do tej pory tej terrorystycznej organizacji, ale przyniosła śmierć ponad 30 tys. Palestyńczyków. Rośnie krytyka administracji Joe Bidena, który popiera odwetową akcję, choć wzywa do powściągliwości i minimalizacji ofiar cywilnych. Amerykański prezydent wydaje się ostatnio zaostrzać kurs wobec izraelskiego rządu, ale głównie w sferze retoryki i posunięć raczej symbolicznych, co – jak podkreślają krytycy – nie zmieni sposobu prowadzenia przez niego wojny.

Biden wolałby innego premiera w Jerozolimie

W czwartek Biden rozmawiał przez telefon z izraelskim premierem Beniaminem Netanjahu, wyrażając oburzenie zbombardowaniem samochodu World Central Kitchen, w wyniku którego zginęło siedmiu pracowników tej organizacji humanitarnej, w tym Polak Damian Soból. Już poprzedniego dnia Biden wygłosił oświadczenie potępiające to zabójstwo. W rozmowie z Netanjahu, jak informował Biały Dom, starał się go przekonać, żeby ofensywa przeciw Hamasowi była prowadzona tak, by minimalizować cywilne ofiary. Nalegał także na „natychmiastowe zawieszenie broni” w Gazie i zagroził nieokreślonymi bliżej konsekwencjami, jeśli Izrael nie zminimalizuje ofiar cywilnych i nie ułatwi pomocy humanitarnej.

W reakcji na telewizyjne obrazy zniszczeń i rzezi w Gazie w Ameryce narasta niechęć do Izraela, głównie wśród lewicowych wyborców Partii Demokratycznej. Mnożą się incydenty antysemickie. W połowie marca przywódca demokratycznej większości w Senacie Chuck Schumer oświadczył, że Netanjahu jest „przeszkodą na drodze do pokoju” na Bliskim Wschodzie, obciążył go odpowiedzialnością za kryzys humanitarny w Gazie i wezwał Izrael do nowych wyborów. W Waszyngtonie nikt nie ma wątpliwości, że senator ogłosił swój bezprecedensowy apel w porozumieniu, a w każdym razie za zgodą Białego Domu. Nie ulega kwestii, że Biden także wolałby widzieć w Jerozolimie innego premiera, ale jako prezydent nie może tego powiedzieć.

Jego administracja zdecydowała się jednak na wysłanie pod adresem Izraela dwóch sygnałów ostrzegawczych, rzadko stosowanych w stosunkach amerykańsko-izraelskich. Pod koniec lutego nałożyła sankcje na trzech żydowskich osadników na okupowanych terytoriach Zachodniego Brzegu, znanych z zaciekłego atakowania Palestyńczyków. 25 marca rząd USA wstrzymał się od głosu, umożliwiając Radzie Bezpieczeństwa ONZ uchwalenie rezolucji domagającej się „natychmiastowego zawieszenia broni” w Gazie w czasie ramadanu. W przeszłości Waszyngton z reguły wetował rezolucje krytyczne wobec Izraela.

Czytaj też: Strefa Gazy. Węzeł sprzecznych oczekiwań

USA krytykują Izrael, ale wysyłają mu broń

Ekipa Bidena nie decyduje się jednak na krok, który miałby największe praktyczne znaczenie – wywarcie presji przez ograniczenie lub wstrzymanie dostaw broni i sprzętu wojskowego. Tego dnia, kiedy izraelskie pociski spadły na samochód World Central Kitchen, USA wysłały Izraelowi 1800 ważących tonę bomb, zdolnych do starcia z powierzchni ziemi bloków mieszkalnych i pozostawienia kraterów o głębokości 11 m. Dostawy Kongres zatwierdził w zeszłym tygodniu, podobnie jak nowe dostawy samolotów bojowych. Krytycy administracji podkreślają, że zbombardowanie pojazdu organizacji humanitarnej nie było odosobnionym przypadkiem tego rodzaju, i potępiają wyjaśnienia tragedii przez Netanjahu (powiedział, że takie rzeczy „zdarzają się na wojnie”).

Po śmierci pracowników World Central Kitchen w USA narastają głosy, żeby dalszą pomoc wojskową dla Izraela obwarowywać warunkami, np. zakazać używania niektórych rodzajów broni do pacyfikacji protestów Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu albo nie dostarczać takich typów uzbrojenia, które powodują najwięcej ofiar cywilnych. Zwraca się uwagę, że Izrael dysponuje technologiami pozwalającymi na „chirurgiczne” uderzenia w cel i minimalizację cywilnych ofiar. W czwartek do wstrzymania dostaw wezwała prominentna senator Elizabeth Warren, liderka lewicy w Partii Demokratycznej. Wcześniej w podobnym duchu wypowiadał się należący do tego samego nurtu Bernie Sanders. Apele o wstrzymanie pomocy militarnej od dawna ogłaszają demokratyczni kongresmeni i kongresmenki w Izbie Reprezentantów.

Dla Netanjahu liczą się czyny

W Waszyngtonie panuje jednak przekonanie, że Biden do tego nie dopuści. Prezydent podkreśla za każdym razem, że Ameryka nie zrobi nic, co „ograniczyłoby zdolność Izraela do obrony”. To kurs polityki USA od dziesięcioleci, którym obecny prezydent podąża – jak przypominają eksperci – z osobistego przekonania. Po rozmowie telefonicznej Biden–Netanjahu sekretarz stanu Antony Blinken dał wprawdzie do zrozumienia, że polityka ta może się zmienić, mówiąc, że „będzie zależna od działań Izraela w najbliższej przyszłości” na rzecz ochrony ludności cywilnej i zwiększenia pomocy humanitarnej.

Trudno jednak ocenić, czy te ogólnikowe stwierdzenia zapowiadają rzeczywistą zmianę. Bezwarunkowe dostawy broni i sprzętu dla Izraela od dawna zapewnia również Kongres, gdzie popierają je niemal wszyscy Republikanie. A ewentualna zmiana kursu może też spowodować utratę głosów części amerykańskich Żydów. 70 proc. diaspory w USA tradycyjnie popiera Partię Demokratyczną, ale jej segment ciążący ku Republikanom może się powiększyć, jeśli powstanie wrażenie, że demokratyczny rząd Bidena opuszcza Izrael.

Jeżeli pomoc wojskowa nie zostanie uzależniona od tego, co robi Izrael, nie można liczyć na zmianę jego polityki w Gazie. Żadne dotychczasowe upomnienia czy apele nie wpływają na postępowanie Netanjahu. „Dla niego nie liczy się to, co Biden mówi, tylko to, co robi”, powiedział były zastępca doradcy Baracka Obamy ds. bezpieczeństwa narodowego Ben Rhodes.

Czytaj też: Szanse Bidena dziś wyglądają dość mizernie. Czy Taylor Swift mu pomoże?

Biden ma sporo do stracenia

Kontynuacja bezwarunkowej pomocy dla Izraela jest dla Bidena niezwykle kosztowna politycznie. W demokratycznych prawyborach w stanie Wisconsin prawie 48 tys. wyborców oddało głos na „innego kandydata”. Podobnie w Michigan, a w obu tych stanach w 2020 r. ważyły się wyniki. W Wisconsin Biden pokonał wtedy Trumpa różnicą zaledwie 20 tys. głosów. Sondaże wskazują, że gdyby wybory odbyły się dziś, uległby w Michigan rywalowi, podobnie jak w paru innych stanach „swingujących”. Z analiz wynika, że jednym z głównych powodów cofnięcia poparcia jest niechęć demokratycznej lewicy do jego proizraelskiej polityki. W Michigan Biden stracił zwłaszcza głosy amerykańskich Arabów, najliczniej zamieszkujących ten stan.

Biały Dom zaznacza, że poparcie dla Izraela nie oznacza poparcia polityki Netanjahu, szczególnie jego brutalnego sposobu prowadzenia wojny w Gazie. Administracja prywatnie przypomina, że w Izraelu nie cieszy się popularnością premier oskarżony o korupcję, który – jak się podejrzewa – przedłuża wojnę, wiedząc, że tylko ona pozwala mu utrzymać się na stanowisku. Ekipa Bidena liczy prawdopodobnie, że w Izraelu dojdzie do przyspieszonych wyborów, a Netanjahu zastąpi bardziej umiarkowany Benny Ganc. Zdaje sobie jednak sprawę, że sama ofensywa w Gazie i zwycięstwo nad Hamasem wszelkimi środkami cieszy się większościowym poparciem izraelskiej opinii publicznej.

Nadzieje Bidena na pomyślniejszy obrót spraw, na to, że lewicowi demokraci poprą go jednak w listopadowych wyborach, opierają się w ostatecznym rachunku na tym, że wojna w Gazie się zakończy i przestanie być tematem gorącym dla amerykańskich wyborców.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Każde „nie” to głos szatana. Przemoc księży egzorcystów wychodzi na światło dzienne

W czasie śledztwa zamiast skupić się na tym, że odebrano mi wolność i molestowano, zajmowano się udowodnieniem, czy umiem mówić po aramejsku. Gdyby zmienić słowa „oprawca ksiądz” na „oprawca mężczyzna”, optyka na to, co się stało, byłaby zupełnie inna – mówi Irena, egzorcyzmowana wbrew woli przez kilkunastu księży.

Agata Szczerbiak
13.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną