Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Świat

Dlaczego Sunak to zrobił? Wybory w Wielkiej Brytanii już 4 lipca. Torysom grozi klęska

Premier Wielkiej Brytanii Rishi Sunak, 22 maja 2024 r. Premier Wielkiej Brytanii Rishi Sunak, 22 maja 2024 r. Lucy North / PA Images / Forum
Rishi Sunak zdecydował się rozpisać wybory znacznie szybciej, niż spodziewała się większość ekspertów – spekulowano, że odbędą się późną jesienią. A jednak premier postawił na 4 lipca. To próba oszukania przeznaczenia, bo torysi są bez szans.

Przedwyborcze symulacje jednoznacznie wskazują, że Partia Konserwatywna nie bardzo ma skąd czerpać nadzieje. Agregowane wyniki sondaży dają dziś laburzystom 44 proc. poparcia – torysom 23 proc. Ponieważ jednak w wyborach do Westminsteru obowiązują jednomandatowe okręgi wyborcze bez minimalnego progu zwycięstwa (wygrywa po prostu kandydat z najwyższym odsetkiem głosów), porażka w lipcowym starciu będzie jeszcze dotkliwsza, niż sugerowałby ogólnokrajowy rozkład preferencji partyjnych. Według organizacji Electoral Calculus gdyby głosowanie odbyło się dzisiaj, Partia Pracy zgarnęłaby aż 479 mandatów w 650-osobowej Izbie Gmin. Torysom przypadłyby 92 miejsca – aż 184 mniej niż obecnie.

Czytaj też: Rishi Sunak. Jak syn Indii został premierem Wielkiej Brytanii

Sunak na celowniku

Na tym nie koniec problemów. Już w bieżącej kadencji partię opuszczają raz po raz kolejni politycy, rozczarowani przywództwem Sunaka i postępującym marazmem. Energia w szeregach torysów coraz częściej zużywana jest na walki frakcyjne i utrzymanie względnej jedności, a nie rządzenie państwem. Na początku maja na dość brawurowy ruch zdecydowała się Natalie Elphicke, posłanka z południowego okręgu Dover, która przeszła z Partii Konserwatywnej do laburzystów. Tłumaczyła, że jej macierzyste ugrupowanie „jest chore od środka i niezdolne spełnić własnych obietnic wyborczych”, za to Partia Pracy jest teraz lepszym projektem politycznym, bo „w przeciwieństwie do torysów patrzy w przyszłość”. Ten transfer jest o tyle ciekawy – i należy go odczytywać jako osobisty policzek dla Sunaka – że okręg posłanki Elphicke to teren newralgiczny z punktu widzenia polityki migracyjnej.

To właśnie Dover i okoliczne miasteczka są często pierwszymi miejscami kontaktu migrantów bez dokumentów z brytyjską rzeczywistością, w tym prawną. Urzędujący premier z ograniczenia nielegalnej imigracji uczynił priorytet, przepychając kolanem kontrowersyjną ustawę o deportacjach do Rwandy. Jak argumentował, rozwiąże dzięki temu problem napływu przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu, którzy już nie będą chcieli przeprawiać się na Wyspy.

Partia Pracy atakowała za zaburzoną jej zdaniem hierarchię priorytetów. Yvette Cooper, typowana na szefową MSW w przyszłym lewicowym rządzie, krzyczała w Westminsterze, że to kreowanie sztucznego problemu: Sunak woli się zajmować migrantami, których jeszcze na Wyspach nie ma, zamiast odblokować zapchany system rozpatrywania aplikacji tych, którzy już są na miejscu. Zdaniem laburzystów osób oczekujących na decyzje władz może być nawet 100 tys.

Trzecia droga: Reformy, czyli Brexit Party

Wcześniej z Partii Konserwatywnej odszedł kontrowersyjny poseł Lee Anderson, znany kłamca klimatyczny. Jego kariera w ostatnich latach była naznaczona licznymi ksenofobicznymi i rasistowskimi wypowiedziami. W końcu przeszedł do Reform, nowego wcielenia Brexit Party. Ta radykalnie prawicowa formacja ma ambicje zagrożenia dominacji torysów w konserwatywnym elektoracie, zwłaszcza w jego bardziej skrajnej części. W sondażach plasuje się już jako trzecia siła w kraju, ze średnim poparciem na poziomie 12 proc., ale najpewniej nie przełoży się to na żaden mandat w Westminsterze – chyba że właśnie Anderson obroni swoje miejsce, a do Reform dołączą inni znani politycy.

Nigel Farage, twarz brexitu, zaprzeczył wprawdzie, że będzie startował z list tej partii do parlamentu, ale jego deklaracje trudno brać zawsze na poważnie, wszak to polityk do kości wręcz antyestablishmentowy, lubiący łamać konwencje, a często też słowo dane wyborcom.

Czytaj też: Dwóch władców i trzech premierów. Wielka Brytania w kryzysie

Na co Sunak liczy

Po zarysowaniu takiego krajobrazu politycznego nasuwają się więc dwa pytania. Po pierwsze: dlaczego Sunak zdecydował się na wyznaczenie tak wczesnej daty wyborów? I po drugie: czy ma to jakiekolwiek znaczenie, skoro porażka konserwatystów wydaje się nieuchronna?

Odpowiedzi są powiązane, obie za punkt wyjścia biorą to, co Sunakowi względem własnej partii może się jeszcze wydawać możliwe. Stefan Boscia z portalu „Politico” oraz Jessica Elgot, wiceszefowa działu politycznego „Guardiana”, niezależnie od siebie napisali w czwartek, że ruch premiera ewidentnie świadczy o tlącej się w nim jeszcze nadziei na pokonanie laburzystów. Dwójka cytowanych tu dziennikarzy różni się jednak w ocenie powodów, dla których Sunak może tak myśleć. Boscia twierdzi, że optymizm torysów wynika z coraz lepszego stanu gospodarki. Inflacja na Wyspach wynosi już tylko 2,3 proc., niewiele więcej, niż wynosi cel inflacyjny Banku Anglii (2 proc.). Sunak sam określił ten poziom mianem „normalnego dla zdrowej gospodarki”.

Dodatkowo stawia na ostrą retorykę w obszarach, które tradycyjnie były zdominowane przez Partię Konserwatywną i pozostają ważne dla jej macierzystego elektoratu: bezpieczeństwie publicznym i obronności. W kwietniu, podkreśla „Politico”, rząd zapowiedział spory wzrost wydatków na zbrojenia, latem mają ruszyć wspomniane deportacje do Rwandy.

Partia Pracy spokojnie czeka

Elgot pisze natomiast – i trudno się z nią nie zgodzić – że Sunak po prostu ucieka do przodu i chce pójść do wyborów z ugrupowaniem mniej lub bardziej, ale jednak zjednoczonym, wciąż przez niego kontrolowanym. Wewnętrzna opozycja rośnie mu praktycznie z tygodnia na tydzień. BBC opisało niedawno aż cztery najważniejsze frakcje, które regularnie zagrażają pozycji lidera, na czele z European Research Group, radykalizującą się grupą konserwatystów. Już przy okazji głosowania nad ustawą deportacyjną pojawiły się głosy, że jeśli nie przejdzie, Sunak zapłaci stanowiskiem.

Miałoby to oczywiście wymiar wyłącznie symboliczny, bo nowy premier (lub premierka, spekulowano o Penny Mordaunt) rządziłby maksymalnie kilka miesięcy, ale pokazałoby, że partia skręca coraz mocniej w prawo. Do tego stopnia, że w niektórych kręgach konserwatywnych elit mówi się o całkowitym rozpadzie ugrupowania po tegorocznych wyborach. Jeśli wymiary klęski byłyby tak wielkie, jak pokazują dzisiejsze rozkłady mandatów, mogłoby to doprowadzić do największego kryzysu w historii tej formacji – co w tym przypadku oznacza prawie dwieście lat.

Rishi Sunak jest więc w potrzasku. Z jednej strony usiłuje przekonać współpracowników i wyborców, że jeśli doprowadzi do konfrontacji z laburzystami na własnym boisku, ścierając się w dobrze znanych mu obszarach, to jest jeszcze w stanie wygrać. Z drugiej może okazać się grabarzem Partii Konserwatywnej, bo bunt narasta, a frustracje się kumulują.

Tymczasem Partia Pracy spokojnie czeka i powtarza, że na Wyspach po prostu nadszedł czas na zmiany. Po 14 latach nieprzerwanych rządów torysów oraz jej własnych, często kuriozalnych błędów ten postulat być może w zupełności wystarczy.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kraj

Czy oddawać Ukrainie polskie patrioty? NATO naciska, presja rośnie, Warszawa odmawia

Międzynarodowa presja na Polskę nie maleje – zapewne będzie rosła do szczytu w Waszyngtonie, któremu potrzeba „sukcesu". W którymś momencie Warszawa może być nawet napiętnowana za opór, zwłaszcza jeśli na podarowanie Ukrainie świeżo kupionych patriotów zdecydują się Rumunia lub Szwecja.

Marek Świerczyński, Polityka Insight
14.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną