Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Wenezuela nie powinna przysłonić Ukrainy. Czy armie Europy zechcą stanąć do walki?

Koalicja chętnych Koalicja chętnych Ludovic Marin / Forum
Wielu apelowało o energiczniejsze wzmacnianie potencjału Europy – trochę w duchu Donalda Tuska, który zwrócił uwagę, że więcej pieniędzy na obronę wydanych to mniej wylanej krwi w przyszłości. Chcę jednak zwrócić uwagę na wypowiedź chyba w Polsce przeoczoną.

Dziś Wenezuela jest na tapecie: tak przyciągnęła uwagę mediów, iż zdaje się, że zapominamy o prawdziwej wojnie za progiem. Atakowana bez przerwy Ukraina dzielnie się broni, ale nastała zima, warunki życia są trudne, tymczasem Trump wciąż wydaje się wierzyć – wbrew oczywistościom – że Putin dąży do porozumienia. Europa deklaruje wsparcie Ukrainie, ale wiadomo, że bez udziału Ameryki wsparcie nie będzie wystarczające.

Faza przedwojnia

Koniec ubiegłego roku przyniósł w krajach europejskich nasilenie poważnych ostrzeżeń przed agresywną Rosją. I to ze strony samych wojskowych, szefów sztabów różnych europejskich armii, którzy – z natury swych obowiązków – powinni najlepiej orientować się w naszych przygotowaniach do obrony. Nasz generał Wiesław Kukuła po groźnym sabotażu na ważnej linii kolejowej w Polsce w listopadzie powiedział otwarcie, że weszliśmy w fazę przedwojnia. Wielu apelowało o energiczniejsze wzmacnianie potencjału Europy – trochę w duchu Donalda Tuska, który zwrócił uwagę, że więcej pieniędzy na obronę wydanych to mniej wylanej krwi w przyszłości. Chcę jednak zwrócić uwagę na wypowiedź chyba w Polsce przeoczoną.

Bo najostrzej w tej sprawie wypowiedział się szef sztabu generalnego Francji gen. Fabien Mandon. Na kongresie merów Francji pod koniec listopada Mandon ocenił, że kraj – wobec groźby, jaką stwarza Rosja – powinien być „gotów zaakceptować, iż będzie tracić własne dzieci”. Najbardziej nam brakuje – wyjaśnił – siły ducha, by z góry zgodzić się na cierpienia, które obroniłyby to, kim jesteśmy.

Słowa generała wywołały szok we Francji. Lewacki trybun, szef Francji Niepokornej Jean-Luc Mélenchon oświadczył, że całkowicie się nie zgadza z takim podejściem. Ze strony Zjednoczenia Narodowego, partii sięgającej we Francji po władzę, padły głosy, że nie ma wojny, której nie można by uniknąć. Rzecznik rządu zapewnił, że „nasze” (czyli francuskie) dzieci nie pójdą walczyć i umierać w Ukrainie. Luc Ferry, francuski filozof i publicysta, który był przed laty ministrem edukacji, powiedział wprost: „Moje dzieci nie pojadą na wojnę, by bronić Ukrainy. I mam dość tego, że pod pretekstem naszego dążenia do pokoju wmawia mi się, iż jesteśmy zwolennikami Monachium i defetyzmu”. Chyba jedynie eurodeputowany Raphaël Glucksmann potępił w mediach społecznościowych „wysyp strusi” – jak określił ludzi odmawiających spojrzenia niebezpieczeństwu w oczy.

Czytaj też: Co nowy rok przyniesie na polu walki? Rozjechały się wszystkie plany i prognozy

Czy Francuzi będą umierać za Gdańsk?

Sam gen. Mandon, mianowany na swoją funkcję we wrześniu ubiegłego roku, apelował na forum parlamentu o zwiększenie wydatków na obronę. Powiedział, że czuje się przyparty do muru przez obecne zagrożenie, gdyż absolutnie musi przygotować Francję na starcie z Rosją w ciągu trzech lub czterech lat. Jeśli mamy chęć się bronić – powiedział posłom – to Rosja nie może u nas wzbudzać strachu. Co więcej, przypomniał, że chociaż zgadza się z diagnozą, że Rosja już prowadzi przeciw Europie „wojnę hybrydową”, to sam termin „hybrydowa” przesłania nam realny charakter wojny, która jest krwawa, okrutna i przynosi masowe cierpienia.

Polemika we Francji przypomina nam stawiane wcześniej historyczne pytanie: czy Francuzi będą umierać za Gdańsk? I szerzej: czy w razie potrzeby armie europejskie staną do walki?

Wkrótce we Francji ukaże się książka historyka wojskowości i analityka zjawisk masowych Stéphane’a Audoin-Rouzeau pt. „Notre deni de guerre” (Nasze zaprzeczanie wojnie). Autor od pewnego czasu w wypowiedziach publicznych zwraca uwagę, iż obecnie wojna w Ukrainie nie jest sprawą naprawdę zaprzątającą umysły Francuzów. I gorzej jeszcze: że społeczeństwo w ogóle wykazuje niemoc „w spojrzeniu wojnie w oczy” i w zaakceptowaniu jej poważnych konsekwencji politycznych, moralnych i czysto ludzkich.

Nawet uroczyste ostrzeżenia polityków pozornie tylko przeczą temu zaprzeczaniu czy wypieraniu wojny – twierdził profesor historii współczesnej na Sorbonie Pierre Vermeren, który tak argumentuje: „jeśli konfrontacja z Rosją naprawdę rychło się zbliża, to w dyskusji nad budżetem (we Francji ciągle nie jest uchwalony wskutek sporów politycznych – przyp. mój) trzeba odłożyć na bok wszystkie inne sprawy”. W przeciwnym razie deklaracje to czysta polityka…

To, co się dzieje w Ukrainie, pokazuje, że trzeba mieć współczesne i szersze wyobrażenie o wojnie pojmowanej nie tylko jako sprawa wojska. Wojna niesie za sobą zaangażowanie całego społeczeństwa, wymaga siły wytrwania i niezwykłej odporności zwykłych cywilów.

Z drugiej strony wszystkie obecne sondaże poglądów i nastrojów opinii publicznej, zwłaszcza pytania: „Czy będziemy walczyć?”, nie mają wielkiego sensu, gdyż historia dowodzi, że postawy potrafią ulegać błyskawicznej zmianie w wypadku zmiany okoliczności i bezpośredniego zagrożenia.

Czytaj też: Aleksander Kwaśniewski dla „Polityki”: Spokojnie nie będzie, a może być groźnie. Nie ma czasu na oddech

Czy Putin ma naturę hazardzisty?

Oczywiście nie znamy przyszłości. Rozsądek każe przypuszczać, że skoro Rosja nie mogła przez cztery lata zrobić w pełnoskalowej wojnie więcej, niż zdobyć kawałek Ukrainy, to nie może przecież opanować wiele od niej silniejszej i bogatszej Europy.

Tu przytoczę inny argument (z zastrzeżeniem, że nie zanotowałem, skąd ten fragment wyczytałem, i przepraszam nieznanego autora). „Nie znamy natury Putina, wiemy tylko, że zgromadził wielką jednoosobową władzę i panuje nad otoczeniem. Stalin – jak sam przyznawał – jest dla niego wzorem, bardzo mu imponuje. Warto tu przytoczyć ważne spostrzeżenie historyka Volkera Ulricha, który porównywał Stalina do Hitlera. »Stalin – pisał – w odróżnieniu od Hitlera nie miał natury hazardzisty; zawsze pilnie baczył na polityczne realia i działał na tym polu niezwykle ostrożnie«. Dlatego przypisując Hitlerowi taką samą racjonalność, jaką się sam kierował, Stalin uważał za nieprawdopodobne, że Hitler napadnie na Rosję w 1941 r., i ignorował ostrzeżenia. Trzeba zapytać, czy naturę hazardzisty ma Putin i czy nie porwie się na jeszcze szerszą wojnę, nawet wbrew zimnej kalkulacji? To dodatkowy argument za energicznym przygotowaniem i wzmacnianiem obronności Europy”.

W konkluzji chciałem zwrócić uwagę, że politycy – tak w Polsce, jak i gdzie indziej w Europie – powinni poważnie rozważyć, jak mobilizować społeczeństwa do wysiłków dla wzmocnienia obrony. Za bardzo straszyć – źle, ale znów uspokajać – też niedobrze.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Tradwife wraca. To więcej niż wybór stylu życia z przeszłości. „Trudno tu nie widzieć hipokryzji”

Ruch tradwife to nie tylko kontrowersyjny powrót do roli kobiety wyłącznie jako żony i matki, ubranej w skromne sukienki retro i fartuszki. Pastelowe influencerki tworzą sielankową przestrzeń do propagowania radykalnych, ultrakonserwatywnych ideologii. A przy okazji zarabiają. Często lepiej niż ich mężowie.

Agnieszka Sowa
16.12.2025
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną