Zamieszki trwają drugi tydzień. To, co zaczęło się od strajku sklepikarzy na Wielkim Bazarze w Teheranie, wywołanym przez pikującego riala w praktyce uniemożliwiającego handel, znów nabrało cech społecznego buntu. „Znów”, bo podobne niepokoje wstrząsają Iranem regularnie, co trzy–cztery lata. Ostatnie wybuchły po tym, jak w 2022 r. policja obyczajowa zabiła młodą Irankę za nieobyczajny wygląd.
Władze wyłączają internet
Czy te obecne jakoś się wyróżniają? Z klikbajtowego punktu widzenia wypadałoby napisać: „Czy to koniec reżimu ajatollahów?”. Są pewne symptomy nadzwyczajności.
Największy związek zawodowy pracowników przemysłu naftowego w Kanganie, gdzie znajduje się duży kompleks petrochemiczny, poinformował, że jego członkowie w dwóch rafineriach rozpoczęli w czwartek strajk, dołączając do protestujących przeciwko rządowi. Sektor naftowy ma niebagatelne znaczenie – to główne źródło dochodów państwa. Protesty „nafciarzy” przyczyniły się do upadku szacha w 1979 r.
W czwartek sklepikarze rozpoczęli strajki w ponad 30 miastach na terenach zdominowanych przez Kurdów w zachodnim i południowym Iranie – to znaczące rozszerzenie terytorialne protestów. Dziś już w Iranie nie ma w zasadzie ani jednej spokojnej prowincji. W starciach z rządowymi bojówkami zginęło już ponad 30 osób, ponad 2 tys. trafiło do aresztów. W nocy z czwartku na piątek reżim wyłączył internet w kraju, a to – jak mówi irańska znajoma – nieomylny znak, że dzieje się coś poważnego.
Protesty, jak wiele poprzednich, miały swój początek w problemach ekonomicznych Irańczyków. A te szczególnie pogorszyły się po tzw. wojnie 12-dniowej, gdy w czerwcu Izrael i USA zaatakowały Iran. Amerykańskie sankcje i galopująca inflacja, widoczna w spadającej wartości riala, z dnia na dzień zubaża Irańczyków. A ci – to znów proces, który powtarza się przy kolejnych protestach – szybko dochodzą do wniosku, że problem jest zasadniczo polityczny. I żeby się polepszyło, trzeba zmienić władzę.
Czytaj też: Rewolucja irańska 1979: dlaczego wybuchła, co będzie po niej. Najpierw było poczucie krzywdy
Bez wody i prądu
A ta władza to już widmo, cień samej siebie. Przecież z tej ostatniej, stojącej na nogach „nowożytnej” rewolucji (może poza kubańską) pozostała wydmuszka. Irańczycy to jedno z najbardziej zeświecczonych społeczeństw na świecie. Ajatollahowie już nawet nie próbują egzekwować symbolu swojej władzy – czyli chust na głowach Iranek. Ich reżim wciąż woła o „śmierć dla Izraela”, a nie potrafi zapewnić dostaw wody i prądu dla własnych obywateli.
Jak napisał zaprzyjaźniony irański dziennikarz, „to, co przetrwało, to widmowy reżim, który niczym zjawa w nawiedzonym domu skazany jest na trwanie w obliczu własnego upadku”. Problem w tym, że duchy nie potrzebują takich rzeczy jak woda w kranie czy prąd w gniazdku, a ludzie już tak. Zwłaszcza ci, którzy rozglądają się po krajach takich jak Turcja, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska, i widzą olśniewający dobrobyt, rosnący poziom życia i po prostu normalność.
Czytaj też: Iran enty raz dostał po twarzy i udaje twardziela. Pięć paradoksów reżimu Chameneiego
„Niech żyje szach!”
Paradoks polega na tym, że w trakcie obecnych protestów nad Iranem zamajaczyło drugie, alternatywne widmo. „Niech żyje szach!” – można było usłyszeć w ostatnich dniach w kilku irańskich miasta. Część prasy pisze o „monarchistycznych nastrojach” wśród demonstrantów. Tym widmem jest Reza Pahlawi, 65-letni syn ostatniego szacha Iranu, który ma być alternatywą dla władzy ajatollahów.
Jeszcze kilka lat temu Pahlawi był powszechnie wyśmiewany przez Irańczyków. Widzieli w nim wychowanego w dobrobycie „synka” poprzedniego reżimu, który całe życie nie musiał pracować, bo żył z majątku wywiezionego z kraju przez swojego ojca. „Młody” Pahlawi (to była powszechna opinia) nie ma zielonego pojęcia o Iranie, w którym nie był od ponad 40 lat. Żyje sobie spokojnie na przedmieściach Waszyngtonu i niech tam pozostanie.
Pahlawi nie dawał jednak za wygraną. Zaczął się proponować jako „ojciec opatrznościowy” demokratycznej transformacji w przypadku zawalenia się reżimu ajatollahów. Zaproponował 100 dni „przejścia”. Coraz częściej pojawiał się w zachodnich mediach. Elegancki, wykształcony, mówiący o prawach kobiet. Ale widma są złudnie.
Dwóch „ktosi”
Wiele wskazuje na to, że dziś w Iranie następuje coś w rodzaju ramowania (ang. framing), czyli takiego manipulowania postrzeganiem rzeczywistości, by odbiorca skupił się na konkretnym aspekcie danego zagadnienia albo – jak w tym przypadku – sztucznie ograniczonych alternatywach. To taka manipulacja punktem odniesienia, by zmienić sposób myślenia odbiorcy.
W tym przypadku ktoś próbuje przekonać Irańczyków, że w zasadzie jedyną alternatywą dla ajatollahów jest monarchia i Reza Pahlawi. I widzę dwóch takich „ktosi”. Po pierwsze, ajatollahowie, którzy po prostu straszą tych wszystkich, którzy skorzystali na rewolucji 1979 r. (a jest ich niemało), że przyjdzie „straszny szach” i wszystko im odbierze.
Drugim „ktosiem” może być sam Donald Trump, który nie ukrywa, że chętnie obaliłby również ajatollahów. A w takim przypadku będzie mu potrzebna alternatywa. Pahlawi doskonale tu pasuje. Zna się od lat z Trumpem, podobnie jak prezydent USA jest niespełnionym biznesmenem, ale potrafi mówić „biznesowym” językiem, który trafia do Trumpa.
Tylko że z punktu widzenia protestujących Irańczyków Pahlawi, który nie ma w zasadzie żadnych kontaktów czy struktur w Iranie, to takie samo widmo jak ajatollahowie. Jeden prymitywny i zamordystyczny reżim w miejsce drugiego prymitywnego i zamordystycznego reżimu. To również ustawianie Irańczyków w pozycji trzody, którą ktoś musi się zaopiekować. W roli bezwolnej masy, której potrzeba oświeconego władcy.