Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Iran wrze. Władze wyłączyły internet, to znak, że dzieje się coś poważnego

Irańczycy blokują ulice podczas protestów w mieście Kermanszah, 8 stycznia 2026 r. Irańczycy blokują ulice podczas protestów w mieście Kermanszah, 8 stycznia 2026 r. Middle East Images / ABACA / Abaca Press / Forum
Z klikbajtowego punktu widzenia wypadałoby napisać „Czy to koniec reżimu ajatollahów?”. Są pewne symptomy nadzwyczajności.

Zamieszki trwają drugi tydzień. To, co zaczęło się od strajku sklepikarzy na Wielkim Bazarze w Teheranie, wywołanym przez pikującego riala w praktyce uniemożliwiającego handel, znów nabrało cech społecznego buntu. „Znów”, bo podobne niepokoje wstrząsają Iranem regularnie, co trzy–cztery lata. Ostatnie wybuchły po tym, jak w 2022 r. policja obyczajowa zabiła młodą Irankę za nieobyczajny wygląd.

Władze wyłączają internet

Czy te obecne jakoś się wyróżniają? Z klikbajtowego punktu widzenia wypadałoby napisać: „Czy to koniec reżimu ajatollahów?”. Są pewne symptomy nadzwyczajności.

Największy związek zawodowy pracowników przemysłu naftowego w Kanganie, gdzie znajduje się duży kompleks petrochemiczny, poinformował, że jego członkowie w dwóch rafineriach rozpoczęli w czwartek strajk, dołączając do protestujących przeciwko rządowi. Sektor naftowy ma niebagatelne znaczenie – to główne źródło dochodów państwa. Protesty „nafciarzy” przyczyniły się do upadku szacha w 1979 r.

W czwartek sklepikarze rozpoczęli strajki w ponad 30 miastach na terenach zdominowanych przez Kurdów w zachodnim i południowym Iranie – to znaczące rozszerzenie terytorialne protestów. Dziś już w Iranie nie ma w zasadzie ani jednej spokojnej prowincji. W starciach z rządowymi bojówkami zginęło już ponad 30 osób, ponad 2 tys. trafiło do aresztów. W nocy z czwartku na piątek reżim wyłączył internet w kraju, a to – jak mówi irańska znajoma – nieomylny znak, że dzieje się coś poważnego.

Protesty, jak wiele poprzednich, miały swój początek w problemach ekonomicznych Irańczyków. A te szczególnie pogorszyły się po tzw. wojnie 12-dniowej, gdy w czerwcu Izrael i USA zaatakowały Iran. Amerykańskie sankcje i galopująca inflacja, widoczna w spadającej wartości riala, z dnia na dzień zubaża Irańczyków. A ci – to znów proces, który powtarza się przy kolejnych protestach – szybko dochodzą do wniosku, że problem jest zasadniczo polityczny. I żeby się polepszyło, trzeba zmienić władzę.

Czytaj też: Rewolucja irańska 1979: dlaczego wybuchła, co będzie po niej. Najpierw było poczucie krzywdy

Bez wody i prądu

A ta władza to już widmo, cień samej siebie. Przecież z tej ostatniej, stojącej na nogach „nowożytnej” rewolucji (może poza kubańską) pozostała wydmuszka. Irańczycy to jedno z najbardziej zeświecczonych społeczeństw na świecie. Ajatollahowie już nawet nie próbują egzekwować symbolu swojej władzy – czyli chust na głowach Iranek. Ich reżim wciąż woła o „śmierć dla Izraela”, a nie potrafi zapewnić dostaw wody i prądu dla własnych obywateli.

Jak napisał zaprzyjaźniony irański dziennikarz, „to, co przetrwało, to widmowy reżim, który niczym zjawa w nawiedzonym domu skazany jest na trwanie w obliczu własnego upadku”. Problem w tym, że duchy nie potrzebują takich rzeczy jak woda w kranie czy prąd w gniazdku, a ludzie już tak. Zwłaszcza ci, którzy rozglądają się po krajach takich jak Turcja, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska, i widzą olśniewający dobrobyt, rosnący poziom życia i po prostu normalność.

Czytaj też: Iran enty raz dostał po twarzy i udaje twardziela. Pięć paradoksów reżimu Chameneiego

„Niech żyje szach!”

Paradoks polega na tym, że w trakcie obecnych protestów nad Iranem zamajaczyło drugie, alternatywne widmo. „Niech żyje szach!” – można było usłyszeć w ostatnich dniach w kilku irańskich miasta. Część prasy pisze o „monarchistycznych nastrojach” wśród demonstrantów. Tym widmem jest Reza Pahlawi, 65-letni syn ostatniego szacha Iranu, który ma być alternatywą dla władzy ajatollahów.

Jeszcze kilka lat temu Pahlawi był powszechnie wyśmiewany przez Irańczyków. Widzieli w nim wychowanego w dobrobycie „synka” poprzedniego reżimu, który całe życie nie musiał pracować, bo żył z majątku wywiezionego z kraju przez swojego ojca. „Młody” Pahlawi (to była powszechna opinia) nie ma zielonego pojęcia o Iranie, w którym nie był od ponad 40 lat. Żyje sobie spokojnie na przedmieściach Waszyngtonu i niech tam pozostanie.

Pahlawi nie dawał jednak za wygraną. Zaczął się proponować jako „ojciec opatrznościowy” demokratycznej transformacji w przypadku zawalenia się reżimu ajatollahów. Zaproponował 100 dni „przejścia”. Coraz częściej pojawiał się w zachodnich mediach. Elegancki, wykształcony, mówiący o prawach kobiet. Ale widma są złudnie.

Dwóch „ktosi”

Wiele wskazuje na to, że dziś w Iranie następuje coś w rodzaju ramowania (ang. framing), czyli takiego manipulowania postrzeganiem rzeczywistości, by odbiorca skupił się na konkretnym aspekcie danego zagadnienia albo – jak w tym przypadku – sztucznie ograniczonych alternatywach. To taka manipulacja punktem odniesienia, by zmienić sposób myślenia odbiorcy.

W tym przypadku ktoś próbuje przekonać Irańczyków, że w zasadzie jedyną alternatywą dla ajatollahów jest monarchia i Reza Pahlawi. I widzę dwóch takich „ktosi”. Po pierwsze, ajatollahowie, którzy po prostu straszą tych wszystkich, którzy skorzystali na rewolucji 1979 r. (a jest ich niemało), że przyjdzie „straszny szach” i wszystko im odbierze.

Drugim „ktosiem” może być sam Donald Trump, który nie ukrywa, że chętnie obaliłby również ajatollahów. A w takim przypadku będzie mu potrzebna alternatywa. Pahlawi doskonale tu pasuje. Zna się od lat z Trumpem, podobnie jak prezydent USA jest niespełnionym biznesmenem, ale potrafi mówić „biznesowym” językiem, który trafia do Trumpa.

Tylko że z punktu widzenia protestujących Irańczyków Pahlawi, który nie ma w zasadzie żadnych kontaktów czy struktur w Iranie, to takie samo widmo jak ajatollahowie. Jeden prymitywny i zamordystyczny reżim w miejsce drugiego prymitywnego i zamordystycznego reżimu. To również ustawianie Irańczyków w pozycji trzody, którą ktoś musi się zaopiekować. W roli bezwolnej masy, której potrzeba oświeconego władcy.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Już jedna trzecia Polaków to single. Związki wydają się dziś ciężką harówką, dane są zatrważające

Prof. Tomasz Szlendak o tym, że miłość i związki coraz częściej traktuje się jako ciężką pracę, a romantyczne uniesienia ciągle pozostają pożądane, ale nie są doświadczane.

Joanna Podgórska
06.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną