Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Trump nakłada cła na kraje wspierające Grenlandię. Czy Europa teraz się obudzi?

Prezydent USA Donald Trump Prezydent USA Donald Trump Molly Riley / White House
Chodzi o dodatkowe 10-proc. cła na Holandię, Francję, Niemcy, Wielką Brytanię i cztery kraje nordyckie, które wysłały żołnierzy na Grenlandię – choć to były symboliczne siły. To już praktycznie koniec partnerstwa transatlantyckiego.

Czas porzucić eufemizmy. Donald Trump postrzega europejskie kraje w najlepszym razie jako klientów, w najgorszym – jako pełnoetatowych wrogów. Mówi to otwarcie. W długim, chaotycznym i pozbawionym logiki wpisie na platformie TruthSocial ogłosił, że 1 lutego wprowadzi dodatkowe (względem nałożonych w ubiegłym roku) cła na wszystkie produkty importowane z ośmiu krajów, które w ostatnich dniach zdecydowały się wysłać siły zbrojne i sprzęt wojskowy na Grenlandię. W tej grupie znalazły się Finlandia, Dania, Szwecja, Norwegia, Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Holandia. Jeśli konflikt nie zostanie zażegnany do 1 lipca, cła wzrosną do 25 proc.

Jeśli Trump czegoś zapragnie...

Tyle suchych informacji, teraz przełóżmy je z języka prezydenta USA na język faktów i politycznych motywacji. Trump chce przejąć kontrolę nad Grenlandią, półautonomiczną wyspą podlegającą zarządowi Danii. W mediach wielokrotnie on sam i członkowie jego administracji próbowali wytłumaczyć opinii publicznej, że Ameryka w ten sposób chce „zwiększyć swoje bezpieczeństwo” i objąć kontrolę nad złożami metali ziem rzadkich. Te tłumaczenia to zwyczajne bajki. Duńczyków i Amerykanów obowiązuje traktat z 1951 r. – Waszyngton może swobodnie zwiększać swoją obecność wojskową na wyspie, co zresztą kiedyś już miało miejsce. Gdyby firmy z USA naprawdę chciały podjąć się ekstrakcji grenlandzkich złóż, mogą to zrobić bez zgody rządu Danii, bo przyznawanie koncesji wydobywczych leży w gestii władz wyspy, niezależnych od Kopenhagi.

Poza tym Trump napisał na TruthSocial, że Rosja i Chiny „chcą Grenlandii”, na co nie ma żadnych dowodów. Tak samo jak na to, że wyspa „jest otoczona chińskimi i rosyjskimi statkami”.

Trump, postać rodem z totalitarnych fantazji, operuje siłą woli, którą sam – chyba błędnie – zdefiniował w rozmowie z reporterami „New York Timesa” jako „moralność”. Jeśli czegoś zapragnie, użyje wszelkich zasobów, łącznie z armią. Nikt w administracji mu się sprzeciwi, inaczej niż za jego pierwszej kadencji, gdy zwłaszcza były sekretarz obrony James Mattis blokował co bardziej szalone pomysły związane z zaangażowaniem sił zbrojnych.

Teraz takich postaci wokół prezydenta nie ma, są natomiast ludzie działający jak katalizatory jego najgorszych instynktów. Jak Marco Rubio i J.D. Vance, sekretarz stanu i wiceprezydent, którzy w minioną środę spotkali się z duńską i grenlandzką delegacją w Waszyngtonie.

Czytaj też: Misja Europy. Czy scenariusz „bitwy o Grenlandię” jest całkowicie nie do wyobrażenia?

Papierowy członek NATO

Dania nie jest nawet zainteresowana wysłuchaniem oferty zakupu wyspy, co ewidentnie Trumpa złości, wszak uważa, że potrafi zawrzeć najlepsze umowy handlowe na świecie. A Grenlandia to dla niego „wielka biała plama na mapie”, którą chciałby przyłączyć do swojego kraju.

Choć brzmi to absurdalnie, wszelkie absurdy należy już znormalizować – duńscy dyplomaci, zapytani o możliwe ramy czasowe działania Trumpa, najzupełniej poważnie mówią, że ich zdaniem Trump chciałby podpisać dokument o aneksji 4 lipca 2026 r., w 250-lecie amerykańskiej państwowości. Co podobno miałoby zwiększyć szanse na dodanie jego twarzy na Mount Rushmore.

W sobotni wieczór udowodnił, że nie żartuje. Cła zostały nałożone na Danię, która odmówiła oddania Grenlandii, i siedem państw NATO, które wysłały wojska w ramach zwiększenia sojuszniczej obecności militarnej na wyspie. Innymi słowy, amerykański prezydent ukarał Duńczyków za rozmieszczenie własnych wojsk na własnym terytorium, nie zważając na to, że wcześniej... krytykował ich za brak wystarczających inwestycji w zapewnienie Grenlandii bezpieczeństwa.

Pozostałe siedem krajów dostało karne cła za realizowanie zobowiązań w ramach NATO, do którego USA też należą. Od soboty można już chyba stwierdzić, że to członkostwo istnieje wyłącznie na papierze, bo Trump nie czuje, że ma jakieś zobowiązania wobec innych państw Sojuszu. Nie widzi problemu w grożeniu im użyciem siły lub gospodarczym szantażu, jeśli sprzeciwiają się jego woli.

Czytaj też: Świat na zakręcie. USA i Rosja negocjują „tajny protokół”. Byłby to cios dla Ukrainy i Europy

Udobruchać Trumpa – to iluzja

Reakcja na cła Trumpa może się okazać decydująca dla przetrwania europejskiego projektu politycznego, czy to w formie Unii Europejskiej, czy jakiejkolwiek innej zinstytucjonalizowanej konfiguracji. Dla ceł nałożonych teraz przez Amerykanów nie ma żadnego uzasadnienia poza kaprysem prezydenta – i Europa nie może już udawać, że jest inaczej.

W gronie ukaranych państw są dwie największe unijne gospodarki – francuska i niemiecka. Obiema rządzą politycy coraz bardziej świadomi rozpadu więzi transatlantyckich i zwłaszcza Emmanuel Macron wydaje się gotowy przyjąć twarde stanowisko wobec szantażu Trumpa. Do tego należy dodać Wielką Brytanię, której premier Keir Starmer długo liczył na „specjalne relacje” między Londynem i Waszyngtonem. A także kraje nordyckie, w tym Finlandię.

Z ukarania Helsinek i Londynu trzeba wyciągnąć szczególnie ważne wnioski, bo liderzy obu krajów przez ostanie miesiące zrobili naprawdę wiele, żeby udobruchać Trumpa. Starmer zaprosił go na Wyspy, zorganizował wizytę pełną przepychu i spotkanie z królem Karolem, za co został zresztą skrytykowany przez wyborców. Alexander Stubb uchodził z kolei za najskuteczniejszego interlokutora po stronie europejskiej, grał z Trumpem w golfa, wysyłał do niego SMS-y pisane wielkimi literami i z dużą liczbą wykrzykników, komunikując mu w prosty i zwięzły sposób oczekiwania Finlandii i Europy co do Ukrainy.

Dziś widać, że nic z tego nie miało znaczenia. Mogliśmy się przez miniony rok łudzić, że prezydenta USA da się zmanipulować, przekupić, odwrócić jego uwagę albo nawet przeciągnąć na stronę Europy. Dzisiaj wiadomo, że to była iluzja – Trump uznaje Europę za słabą i nic tego nie zmieni.

Czytaj też: Lęk przed drugą Jałtą. Trzech drapieżców gra już nowy koncert mocarstw? Trudny czas dla Europy i Polski

Moment Europy

Co dalej? Wbrew obiegowej opinii Unia Europejska nie jest bezsilna. Może wreszcie użyć słynnego instrumentu antyprzymusowego, czyli narzędzia celnego będącego odpowiedzią na nieuczciwe praktyki gospodarcze innych krajów (cła za brak zgody na oddanie Grenlandii trudno nazwać inaczej). Do uruchomienia go potrzeba tylko większości kwalifikowanej, a nie jednomyślności.

Niespecjalnie przeszkadza też fakt, że Wielka Brytania i Norwegia nie są w Unii, bo do takiej inicjatywy mogłyby dołączyć. Jeśli jednak reakcji nie będzie, w dodatku szybkiej i zdecydowanej, Trump poczuje się ośmielony – i będzie posuwać się dalej. Niewiele zostanie też z europejskiej jedności, w którą wątpić zaczną nawet najwięksi euroentuzjaści.

Moment jest krytyczny, egzystencjalny, nie można go bagatelizować. Jeśli Europie zabraknie woli, by odpowiedzieć na groźby Trumpa, to będzie koniec europejskiego projektu politycznego w jego powojennym wydaniu.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Świat

Lęk przed drugą Jałtą. Trzech drapieżców gra już nowy koncert mocarstw? Trudny czas dla Europy i Polski

Amerykańska interwencja w Wenezueli i zapowiedzi Donalda Trumpa o zagarnięciu Grenlandii zapowiadają inny porządek świata. Fatalny dla takich krajów jak Polska.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
13.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną