Zmiany ustroju nie da się przeprowadzić z powietrza. Nikt nie wie, czy Trump ma pomysł na Iran
W tej chwili w rejonie Bliskiego Wschodu stacjonuje ponad 250 amerykańskich samolotów bojowych, co stanowi ponad połowę całej siły ognia lotnictwa USA. Jak zauważa prof. Robert Pape, wykładowca w katedrze bezpieczeństwa międzynarodowego University of Chicago, to bezsprzeczny dowód na to, że Amerykanie planują długą, systemową kampanię lotniczą – a nie tylko kilka precyzyjnych uderzeń, jak miało to miejsce w ubiegłym roku przy okazji tzw. wojny 12-dniowej. Jednocześnie jest on zdania, że same bombardowania nie doprowadzą do upadku reżimu ajatollahów. Wręcz przeciwnie – Pape od wielu tygodni, odkąd siły amerykańskie zaczęły gromadzić się wokół Iranu, pisze, że przez ostatnie dekady zarówno Tel Awiw, jak i Waszyngton wielokrotnie próbowały przeprowadzać tego typu operacje z powietrza wobec różnych krajów. Z reguły kończyło się to wzmocnieniem tendencji nacjonalistycznych i silnym oporem ze strony bombardowanej władzy.
Czytaj także: Lew zaryczał. Izrael jest gotowy na wszystko, Iran się nie cofnie. „To pierwszy dzień nowej ery”
Dokładnie tego samego zdania jest Bronwen Maddox, dyrektor wykonawcza Chatham House. W swojej szybkiej analizie opublikowanej kilka godzin po rozpoczęciu ataku na Teheran napisała, że „z powietrza nie da się przeprowadzić zmiany ustrojowej”. Zauważa to, co od lat powtarza się w kontekście Iranu – że wbrew powszechnej opinii władza nie leży tam wyłącznie w rękach teokratycznych elit związanych z najwyższym przywódcą Alim Chameneim. Maddox pisze, że Irańska Gwardia Rewolucyjna, niesamowicie szeroko działająca i przede wszystkim bardzo brutalna instytucja polityczno-policyjna, „tak naprawdę jest wielkim kompleksem militarnym, który przy okazji kontroluje najważniejsze sektory tamtejszej gospodarki”. Trudno sobie wyobrazić, nawet w przypadku śmierci Chameneiego, żeby gwardziści nie próbowali przejąć kontroli nad krajem, przynajmniej tymczasowo.
„Perła w koronie” Trumpa
Z kolei Marion Messmer, ekspertka od spraw bezpieczeństwa międzynarodowego, również związana z Chatham House, zauważa, że decyzja o ataku może negatywnie wpłynąć na pozycję Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. „Ewidentne jest, że Trump teraz atakuje każdego, z kim negocjuje i nie jest w stanie się dogadać”. Zdaniem Messmer może to doprowadzić do sytuacji, w której coraz mniej krajów będzie chciało w ogóle siadać z Amerykanami do stołu negocjacyjnego, w obawie, że jeśli natychmiast nie uda się spełnić wszystkich żądań Trumpa, dojdzie do eskalacji militarnej. Co ciekawe, jak na razie w Waszyngtonie nie pojawił się żaden znaczący głos sprzeciwu wobec amerykańskiego zaangażowania na Bliskim Wschodzie – a wielu ekspertów spodziewało się takiego obrotu spraw, zwłaszcza ze strony części elit ruchu MAGA. W końcu, pisze Messmer, Trump obiecywał zakończenie, a nie rozpoczynanie nowych konfliktów, nie mówiąc o permanentnym zaangażowaniu amerykańskich żołnierzy poza granicami kraju.
Nancy Youssef i Jonathan Lemire na łamach magazynu „Atlantic” podkreślają, że operacja przeciwko irańskiemu reżimowi przeprowadzana jest „przy bardzo niewielkim poparciu społecznym w USA oraz sporym zaniepokojeniu amerykańskich sojuszników”. Co więcej, autorzy zauważają, że decyzja o ataku wydaje się podjęta także „pomimo sceptycyzmu i sprzeciwu” ważnych osób w bezpośrednim otoczeniu amerykańskiego prezydenta. Jego zastępca J.D. Vance, uznawany za największego izolacjonistę w tej administracji, od dłuższego czasu apelował o powściągliwość wobec Iranu, a dowódcy wojskowi przestrzegali przed możliwą eskalacją w regionie, a przede wszystkim – przed wysokim ryzykiem ofiar wśród amerykańskiego personelu wojskowego. Youssef i Lemire piszą wprawdzie, że Iran jest osłabiony dwoma latami konfliktów na Bliskim Wschodzie, w które jest bezpośrednio zaangażowany, choć nadal ma znaczące zdolności balistyczne, dronowe i morskie. To jednak nie powstrzymało Trumpa, który zdaniem autorów „coraz bardziej postrzega stosunki międzynarodowe jako formę testu osobowościowego”. Zdaniem dziennikarzy „Atlantica” prezydent powiedział swoim współpracownikom, że chce zmiany ustrojowej w Iranie, bo miałoby to być „perłą w koronie” jego osiągnięć w polityce zagranicznej i czymś, co nie udało się wielu jego poprzednikom.
Kto zapłaci cenę za atak Trumpa
Z kolei Paul Poast, profesor stosunków międzynarodowych i ekspert Chicago Council on Global Affairs, zwraca uwagę na kluczowy aspekt interwencji – czyli fakt, że Trump w swoim nagraniu wideo na portalu Truth Social wezwał Irańczyków do buntu przeciwko własnym władzom. Może się więc wydawać, pisze Poast, że amerykański prezydent chce dokonać obalenia ajatollahów rękami irańskiego społeczeństwa i w ten sposób uniknąć konieczności wysyłania tam swojego wojska. Tyle że przeprowadzenie takiej operacji albo nawet czegoś na kształt interwencji w Caracas, gdzie po prostu wyciągnięto z układanki jeden element, czyli dyktatora Nicolása Maduro, ale reżim pozostawiono nietkniętym, będzie niesłychanie trudne. Iran to nie Wenezuela. To ponad 90-milionowy kraj, bardzo zróżnicowany etnicznie, w którym spora część populacji nadal popiera islamską teokrację. Nie mówiąc już nawet o zdolności tamtejszego reżimu do siłowej pacyfikacji wszelkich form społecznego nieposłuszeństwa. Dlatego, pisze Poast, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem w tej chwili jest dłuższa kampania lotnicza, która jednak doprowadzi do destabilizacji w regionie – Iran już przeprowadził uderzenia odwetowe, m.in. na Abu Dhabi.
Czytaj także: Dlaczego Izrael nie poszedł na całość? Uderzył w Iran celnie, ale ostatecznego ciosu nie zadał
Z kolei Nate Swanson z Atlantic Council pisze, że jak na razie „znany jest tylko cel amerykańskich działań – i niewiele poza nim”. Zauważa, że atak na Iran „ma chwiejne podstawy prawne”, podobnie jak inni eksperci wskazuje też na wysokie prawdopodobieństwo odwetu i przejęcia władzy przez Gwardię Rewolucyjną, co zintensyfikowałoby represje w kraju. Na kwestie prawne zwraca też uwagę prof. Oona Hathaway, wykładowczyni prawa międzynarodowego na Yale University. W felietonie dla „New York Timesa” pisze, że brak podstaw prawnych i nieistnienie jakiegokolwiek bezpośredniego zagrożenia dla narodu amerykańskiego ze strony Iranu, podobnie zresztą jak miało to miejsce w przypadku Wenezueli, po raz kolejny udowadnia, że Trump bardzo gardzi prawem międzynarodowym i tworzy w nim gigantyczne wyłomy.
Reżim depcze prawa człowieka
Wreszcie – na ważny wątek w tej interwencji uwagę zwróciła Hanna-Lucinda Smith, korespondentka magazynu „Monocle” na Bliskim Wschodzie. Podkreśliła, że przy całej zasłużonej krytyce amerykańskich działań wobec Iranu nie można zapomnieć, że w Teheranie „rządzi reżim, który od czterech dekad systematycznie depcze prawa kobiet”. Smith zaapelowała do światowego ruchu feministycznego, by ten „w obliczu wszystkich zmian, takich jak ruch MeToo” nie zapomniał o sytuacji kobiet w innych, niezachodnich częściach świata – np. właśnie w Iranie. Nie można, pisze Smith, relatywizować praw kobiet i usprawiedliwiać opresji wobec nich słowami o „poszanowaniu tamtejszych norm kulturowych czy religijnych”, zwłaszcza kiedy przemoc dzieje się tak często i od tak wielu lat.