Palestyńskie wybory lokalne. „Tu nie ma Matki Teresy, potrzebujemy swojego Ben Guriona”
AGNIESZKA ZAGNER: W beduińskiej wiosce Dżaba na Zachodnim Brzegu grupa osadników podpaliła budynek. Żołnierze przyjechali, ale nie podjęli żadnej interwencji – przeciwnie, sprawiali wrażenie, jakby ochraniali napastników. To tylko jeden z wielu przykładów eskalacji przemocy. Co zrobić, żeby powstrzymać tę spiralę nienawiści?
SAMER SINIJLAWI: Wziąć za to polityczną odpowiedzialność. Pierwszym krokiem powinno być szczere przyznanie się do słabości. Imponuje mi postawa prezydenta Zełenskiego, który w jednym z wywiadów przeprosił ukraińskie dzieci za to, że państwo ich nie obroniło. W naszym kierownictwie takie poczucie misji nie istnieje. Gdybym był na miejscu prezydenta Abbasa i wiedział, że 10 km dalej trwa pogrom, natychmiast wsiadłbym w konwój i pojechał na miejsce.
Dlaczego Abbas tego nie robi? Trudno uwierzyć, że po prostu go to nie obchodzi.
Proszę przestudiować historię korupcji na świecie – to ona zabija empatię. Kiedy stajesz się częścią skorumpowanego układu, zmieniasz się w człowieka o lodowatym sercu. Jedyne, co się liczy, to utrzymanie wpływów i korzyści.
Mówimy o korupcji finansowej?
Oczywiście. To jedyne paliwo, które napędza ten system. Wnuki Abbasa mieszkają w Ammanie, do szkoły jeżdżą opancerzonymi Mercedesami klasy G. Dlaczego miałby się przejmować losem mieszkańców wioski Dżaba? W Ramallah widać to na każdym kroku – przez miasto ciągle przejeżdżają konwoje dygnitarzy. Choć palestyńska państwowość nie istnieje, a suwerenność jest fikcją, ci ludzie czują się, jakby wywalczyli niepodległość 20 lat temu. Mają „czerwone karty” (vipowskie przepustki), które pozwalają im na wszystko.
Abbas współpracuje z Izraelem?
Współpracuje w każdym zakresie, który jest niezbędny do utrzymania władzy.
Brzmi jak opis strategii Beniamina Netanjahu. Są podobni?
Są dla siebie partnerami idealnymi. Mogą się nie znosić, udawać wrogość przed kamerami, ale robią wszystko, by ten drugi nie upadł. Karmią się nawzajem, żeby politycznie przeżyć. Netanjahu potrzebuje kogoś takiego jak Abbas: skorumpowanego, słabego, pozbawionego energii i wizji, a przede wszystkim nienawidzącego Hamasu. To wyjaśnia, dlaczego rząd Bibiego przez lata wspierał obecność Hamasu w Gazie. To strategia bidud – izolacji. Silny, zjednoczony ruch palestyński byłby zagrożeniem. Skłócony i skorumpowany układ jest Izraelowi na rękę.
Czy można legitymizować władzę, która pozwala na upokarzanie własnych obywateli i twierdzi, że „nic się nie da zrobić”?
Jeśli nic się nie da zrobić, to po co tam jesteście? Jesteście bezużyteczni. Nie akceptuję liderów, którzy widzą, że naród żyje w terrorze i niesprawiedliwości, ale rozkładają ręce.
Hamas 7 października pokazał, że „coś” da się zrobić. Przerwał ten marazm.
Ale to nie było to, co należało zrobić. Tę wojnę możemy wygrać tylko pod jednym warunkiem: jeśli przestaniemy ją toczyć. Istnieją mury, które runą tylko wtedy, gdy odłożysz broń. Hamas uważa się za „ruch oporu”, podczas gdy Fatah określa się jako „ruch wyzwoleńczy”. Te pojęcia dzieli przepaść. Wyzwolenie to próba przetrwania opresji do momentu, aż znajdzie się bezpieczne wyjście. Opór w wydaniu Hamasu to po prostu czysta przemoc.
Wydaje się, że światowi decydenci od lat próbują znaleźć klucz do tego konfliktu i ponoszą klęskę.
Bo oceniają nas przez pryzmat porażek, a nie intencji. Większość polityków w Europie, z którymi miałem do czynienia, to ludzie pozbawieni odwagi. Kochają raporty, analizy i „policy papers”, ale boją się decyzji. Są konserwatywni, dbają o kariery. Przez tę ospałość Europa stała się w tym konflikcie graczem nieistotnym. Przyznam szczerze: jestem fanem stylu zarządzania Donalda Trumpa. On zastępuje procedury rezultatami. Europa krzyczy, że Trump niszczy światowy ład, ale rachunek za jej bierność płacą inni. My płacimy krwią.
Wróćmy do relacji z Izraelem. Na powierzchni widać tylko nienawiść. Gdzie szukać nadziei?
Obie strony zachowują się strasznie. Tu nie ma Matki Teresy. Czy mam być dumny z tego, że 7 października porywano starsze kobiety i niemowlęta? Nie zamierzam tego usprawiedliwiać. Tak samo jak żaden Izraelczyk z minimum empatii nie powinien usprawiedliwiać śmierci dziesiątek tysięcy Palestyńczyków w Gazie. Oficjalne statystyki mówią o 70 tys., ale pod gruzami leżą kolejne tysiące.
Jeśli przebijemy się przez tę warstwę brzydoty, odkryjemy wspólne pokłady człowieczeństwa. Musimy połączyć oba narody właśnie na tym poziomie. Nowy palestyński lider musi wiedzieć, jak rozmawiać z Izraelczykami. Musi zmienić narrację. Jeśli będziemy dalej zaprzeczać historycznym prawom Żydów do tej ziemi, nigdy nie zatrzymamy radykalizacji. Zmiana podręczników w szkołach to za mało – liczy się to, o czym będzie się dyskutować w domach.
Żydzi są tu od 3,5 tys. lat, ale nigdy nie byli tu sami. Zawsze towarzyszyli im inni – i tymi innymi jesteśmy my. Przez 3,4 tys. lat współistnieliśmy. Ostatnie sto lat to błąd. Nigdy nie było religijnej wojny między muzułmanami a Żydami; wspólnie walczyliśmy m.in. przeciw krzyżowcom. Nie jesteśmy naturalnymi wrogami.
Proponuje pan klasyczne rozwiązanie dwupaństwowe?
Jeśli uznamy wzajemnie nasze historyczne więzi z tą ziemią, konflikt przestanie być pytaniem o to, kto do niej przynależy, a kto nie. Stanie się pytaniem o to, jak możemy przynależeć do niej wszyscy. Rozwiązanie dwupaństwowe to jedyne możliwe wyjście. Każde inne oznacza, że jedna strona musi pokonać drugą.
Po stronie izraelskiej poparcie dla takiego rozwiązania drastycznie spada. Sondaże mówią o zaledwie 20 proc.
Badania pokazują, że aż 85 proc. Izraelczyków odrzucających ideę dwóch państw robi to z obawy o własne życie, a tylko 15 proc. z przyczyn ideologicznych. Jak zatem usunąć ten lęk? Palestyńczycy mają moc, której nie ma nikt inny na świecie: tylko my możemy przekonać Izraelczyków, że mają partnera do rozmów. Że nie stanowimy dla nich egzystencjalnego zagrożenia.
Po 7 października ten „klimat” wyparował. Sporo osób, które dawniej należały do obozu pokojowego, dziś przesunęło się na prawo. Jak chce pan budować zaufanie po takiej traumie?
Musimy dotrzeć do ich umysłów i serc, udowodnić zmianę czynami. Proszę zauważyć pewną asymetrię: Izrael reaguje na śmierć 1,2 tys. osób w sposób skrajnie traumatyczny, podczas gdy my, mając dziesiątki tysięcy ofiar, wydajemy się na to mniej wrażliwi. Szybciej się podnosimy, oni – dysponując potężną machiną państwową – trwają w traumie, bo siła militarna daje im złudne poczucie, że mogą jej dalej używać jako jedynego narzędzia. My nie mamy tej siły, musimy odwołać się do czegoś innego: do wspólnego człowieczeństwa.
Buduje pan ruch roboczo nazywany Palestyńską Partią Umiarkowania, startujecie w wyborach lokalnych na Zachodnim Brzegu i – co brzmi niemal niewiarygodnie – w Dajr al-Balah w Gazie.
Na razie jesteśmy ruchem, ponieważ wciąż nie mamy ustawy o partiach politycznych. Wystawiamy listy w największych miastach, by przetestować nasze idee i sprawdzić reakcję społeczeństwa. To będzie nasz poligon przed wyborami narodowymi.
Według założeń wybory prezydenckie i parlamentarne powinny odbyć się rok po zawieszeniu broni. Wierzy pan, że do nich dojdzie? Wielu Palestyńczyków jest sceptycznych.
Te wybory muszą się odbyć. Czy Abbas rozpisze je dobrowolnie? Nie. Czy wymaga to potężnej presji międzynarodowej? Tak. Ale czy społeczność międzynarodowa jest dziś gotowa tę presję wywrzeć? Obawiam się, że wciąż nie. Niemniej to jedyna droga, by wyjść z tego układu zamkniętego, w którym liderzy karmią się konfliktem, a zwykli ludzie płacą za to najwyższą cenę.
Zachodnie potęgi – te same, które uważają się za ojców chrzestnych liberalnej demokracji – wstrzymują się przed naciskaniem na palestyńskie wybory.
To szczyt hipokryzji. Kiedy rozmawiam z dyplomatami z Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec, słyszę: „Nie możemy ingerować, to wasza sprawa”. Pytam ich wtedy: dlaczego więc ingerujecie w nasze programy nauczania? Dlaczego kontrolujecie pensje, które wypłacamy? Nie mówię, że nie powinni, ale jeśli już to robią, niech biorą cały pakiet.
Wierzy pan, że ten impas zostanie przełamany?
Abbas kurczowo trzyma się władzy, ale czuję coraz silniejszy nacisk ze strony Amerykanów i państw arabskich. Wierzę, że wybory odbędą się jeszcze w tym roku. I wielu się zdziwi. Na scenę wejdą nowe twarze, a nie „zwykli podejrzani”. Sondaże dają dziś Hamasowi 44 proc., Fatahowi 30 proc., ale to fikcja. Podam przykład: jeśli spytać Palestyńczyków, czy popierają opór zbrojny, 90 proc. powie „tak”. Ale gdy spytasz, czy pozwoliliby wziąć w nim udział synowi lub bratu, 80 proc. odpowie „nie”. Ludzie krzyczą z gniewu, ale przy urnie, mając w pamięci to, co stało się z Gazą, pomyślą sto razy.
Poznaliśmy „plan Kushnera” dla Gazy: szklane wieżowce, porty, parki. Wygląda bardziej jak projekt deweloperski niż plan ratunkowy dla narodu.
W latach 80. Dubaj był pustynią zamieszkaną przez pasterzy. Zobaczmy, co tam powstało bez pomocy Amerykanów. Jared Kushner wprowadził do tej gry wyobraźnię. Jego plan jest konkretniejszy niż cokolwiek, co oferowali nam inni. Podczas gdy Europa wciąż debatuje o „utrzymywaniu instytucji Autonomii Palestyńskiej” – co w praktyce oznacza finansowanie korupcji i status quo – Trump i Kushner po prostu działają. Doprowadzili do zawieszenia broni, przepchnęli rezolucję w Radzie Bezpieczeństwa ONZ bez weta. Zbudowali „Radę Pokoju”, przy jednym stole usiedli Katarczycy, Turcy, Bibi i Putin. To nie jest kwestia instytucji, ale charakteru.
Gaza ma być centrum palestyńskiej polityki?
Tak, środek ciężkości przesuwa się z Ramallah do Gazy. To tam będzie zarządzany największy budżet w naszej historii – mówi się o 110 mld dol. w ciągu dekady. To naturalny proces. Widzę to po wizytach dyplomatycznych: ministrowie z Egiptu spotykają się z komitetem w Gazie, podczas gdy do Ramallah przyjeżdżają już tylko konsulowie generalni.
Urodził się pan w 1972 r. na Starym Mieście w Jerozolimie. Chodził pan do chrześcijańskiej szkoły, modlił się rano z chrześcijanami, a wieczorem z dziadkiem w meczecie. A potem przyszła pierwsza intifada.
I raptem wszystko było częścią tożsamości. W telewizji widziałeś „ich” w mundurach z M-16 i „nas” w kefiach z kamieniami. Ten konflikt penetruje cię jak wirus, jest tlenem, którym oddychasz. Nikt nas nie rekrutował do rzucania kamieniami – to było w powietrzu. Jako nastolatek trafiłem do izraelskiego więzienia. Siedziałem pięć lat.
Co więzienie robi z 15-letnim chłopcem?
Uczy niezależności i cierpliwości. Przestajesz walczyć z czasem, oddajesz mu władzę nad sobą. Ale przede wszystkim zaczynasz odkrywać drugą stronę. Strażnicy byli jedynymi Izraelczykami, z którymi miałem kontakt. Byli jak koledzy ze szkoły: jednych lubisz, innych nienawidzisz. Nie możesz uogólniać. Zacząłem uczyć się hebrajskiego, by zrozumieć wroga, a zrozumiałem sąsiada. Im lepiej ich znasz, tym lepiej rozumiesz konflikt i trzeźwiej myślisz. Więzienie było moją szkołą dojrzałości. To tam zrozumiałem, że dopóki nie uleczymy lęku Izraelczyków, nigdy nie będziemy wolni. Tylko my możemy dać im bezpieczeństwo, którego tak desperacko szukają pod mundurem.
Nie boi się pan zarzutów o przejście „na drugą stronę”?
Nie przeszedłem na drugą stronę. Po prostu kiedy lepiej rozumiesz sąsiada, łatwiej ci wytłumaczyć mu swoje racje i na odwrót. Stajesz się pośrednikiem. Zaraz po wyjściu z więzienia zostałem wybrany na szefa młodzieżówki Fatahu. Postawiłem warunek: zaczynamy dialog z mainstreamową młodzieżówką izraelskiej Partii Pracy. W 1996 r., kiedy lewica przegrała z Likudem, nie przerwałem rozmów. Poprosiłem amerykański konsulat – ten, który Trump później zamknął – o pomoc w kontakcie z prawicą. Likudziści powiedzieli: „Dobrze, spotkamy się, jeśli przyjedziecie do naszej kwatery głównej”. Pojechaliśmy tam w ośmiu. Do dziś mam świetne relacje z ówczesnym szefem młodzieżówki Likudu Uri Alonim. Rozmawiam z każdym: od skrajnej lewicy po prawicę, z akademikami i politykami.
Wciąż identyfikuje się pan z Fatahem, mimo że buduje pan własny ruch?
Fatah jest jak publiczny autobus. Wsiadasz, ale możesz w każdej chwili zadzwonić dzwonkiem i wysiąść. Moje pokolenie zrozumiało, że reforma od środka jest niemożliwa. Dlatego tworzymy nową strukturę z nową strategią.
Jest pan realistą czy optymistą?
Realistą. Wierzę, że od pokoju dzieli nas tylko jeden palestyński lider i jedne izraelskie wybory. Nadchodzące głosowanie w Izraelu będzie kluczowe – zdecyduje, czy chce rozwiązać kwestię palestyńską przez aneksję, czy przez separację. I wtedy musi się objawić palestyński lider, który zrozumie, że my też musimy wybrać.
Jaki to wybór?
Między rozwiązaniem dwupaństwowym a prawem do powrotu. Nie możemy mieć obu tych rzeczy. To najtrudniejsza lekcja dla naszego narodu. Tu nie ma Matki Teresy, potrzebujemy swojego Ben Guriona.
Podważa pan autorytet wszystkich dotychczasowych przywódców, z Arafatem włącznie?
Żaden z nich nie był w pełni wykwalifikowanym liderem. Potrzebowaliśmy Ben Guriona – kogoś, kto rozumie, że polityka to sztuka odszukania tego, co możliwe, a nie tego, co pożądane. Ja jestem pragmatykiem.
A co z Hamasem? Wierzy pan, że może po prostu zniknąć z polityki?
Hamas nie zniknie całkowicie, ale jego główny atut – zakładnicy – w końcu zniknie. Sondaże wciąż pokazują wysokie poparcie dla niego, ale to wyraz gniewu na Izrael. Izrael po masakrze miał wybór. Mógł zbudować koalicję, działać z chłodną głową, tak jak Amerykanie po 11 września, zamiast reagować „z brzucha”.
Gdyby żył Icchak Rabin, mógłby zostać bohaterem stulecia. Mógłby ewakuować cywilów do namiotów na pustyni Negew i tam ich chronić, zamiast pozwalać na to, co dzieje się teraz. Ale Netanjahu to nie Rabin. On kieruje się ideologią.
To cygaro, które pan pali, jest kubańskie?
Tak, choć o prawdziwe kubańskie cygara coraz trudniej, bo Chińczycy wykupują wszystko. Ale to jedna z tych małych rzeczy, które pozwalają zachować dystans, gdy świat wokół płonie.
***
Samer Sinijlawi (ur. 1972) – prezes Funduszu Rozwoju Jerozolimy i wieloletni aktywista ruchu Fatah. Mieszka we Wschodniej Jerozolimie, stanął na czele ruchu liberalnego, który ma być trzecią drogą przy dwóch największych palestyńskich ugrupowaniach: Fatahu i Hamasie.