Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Kraj

Płynie Odra, płynie. Nie tylko po polskiej krainie. Kogo by tu obwinić?

Rzeka Odra. Siadło Dolne Rzeka Odra. Siadło Dolne Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl
PiS ma dużego farta, że ekokatastrofa nie wydarzyła się na Wiśle, bo wtedy nie byłoby z kim dzielić się problemem, a w przypadku Odry Czesi i Niemcy są na podorędziu. Pech dobrozmieńców polega na tym, że wiedza na temat katastrofy się poszerza.

Zgodnie z zapowiedzią kontynuuję uwagi o zatruciu Odry. Dobrozmieńcy mają dużego farta, że ekokatastrofa nie wydarzyła się na Wiśle, bo wtedy nie byłoby z kim dzielić się problemem, a w przypadku Odry Czesi i Niemcy są na podorędziu. Kiedyś w Piwnicy pod Baranami Andrzej Warchał wygłaszał monolog, który zaczynał się chyba tak: „Ktoś nam w nocy spuścił wodę z morza. Ale kto? Bo naokoło są sami przyjaciele, a ci z południa to nawet bracia”.

Gdyby brać pod uwagę również dopływy, z Wisłą byłby problem, bo tylko fragment Bugu mógłby być brany pod uwagę jako źródło zatrucia z zagranicy, a reszta dorzecza królowej rzek polskich znajduje się na przyjaznym terytorium. Odra liczy sobie 840 km, z tego ok. 100 km płynie w Czechach, a potem przez Polskę, stanowiąc granicę polsko-niemiecką na odcinku 160 km. Uznanie Czech za truciciela byłoby niezbyt polityczne, chociażby z uwagi na Grupę Wyszehradzką, i tego wątku nikt nie bierze poważnie pod uwagę. Nawet się okazało, że próbki pobrane z Czech są zbieżne z polskimi, czyli jest inaczej niż w sprawie Turowa. Wprawdzie nie podano, pod jakim względem to podobieństwo zachodzi, ale to, że ma miejsce, potwierdza przyjaźń polsko-czeską.

Z Niemcami sprawa wygląda inaczej, a jak ostatnio stwierdził europoseł p. Krasnodębski, UE (z Niemcami na czele) bardziej nam zagraża niż Rosja (powtórzę, że jak go się słucha, to można zdębieć na krasno). Skoro tak, to skierowanie uwagi na przyczyny (lub współprzyczyny) ekokatastrofy na Niemcy jest jak najbardziej zasadne, co już zresztą uczyniła p. Pawłowicz.

Na dodatek tzw. Trójkąt Weimarski legł w gruzach w przeciwieństwie do Grupy Wyszehradzkiej, a więc nie ma powodu, aby się nim przejmować. Ktoś może stwierdzić, że diagnoza o zatruciu przez Germańców działających na szkodę Polski jest absurdalna, bo zakłada odwrócenie biegu Odry, ale rzecz nie tylko w efektywnym skażeniu, a również w staraniach, aby sytuację opanować, co jest znaczące po prawej stronie Odry (co za szczęśliwy zbieg okoliczności), czyli polskiej, a znikome po lewej, by nie powiedzieć „lewackiej”, czyli niemieckiej.

Czytaj też: Kto zabił Odrę? Rzeka będzie martwa przez co najmniej 10 lat

Polski step

Trochę sobie wyżej podworowałem, ale tylko gwoli wprowadzenia. Sprawa jest poważna. Gdy wybuchła afera z Odrą, byłem parę dni w Soczewce, kiedyś prestiżowej miejscowości letniskowej nieopodal Płocka. Jest tam jezioro, w którym nie można się kapać z uwagi na obecność sinic, a nie należy pić wody z kranu, bo zawiera zbyt wiele żelaza. Ogólniej ok. 97 proc. wód w Polsce jest, zdaniem niektórych ekspertów, nadmiernie zanieczyszczonych. Katastroficzne przewidywania powiadają, że za sto lat Polska będzie stepem z powodu braku wody. Przypominam sobie, że już w latach 50. odradzano kąpiel w Wiśle w Krakowie z powodu brudnej wody. Równocześnie wskazywano, że w Odrze jest inaczej (sam kąpałem się tam jeszcze w latach 80.), a ponadto chwalono, że ta druga rzeka jest uregulowana, a pierwsza nie.

Kryzys ekologiczny narastał, a dotyczyło to nie tylko wód. Mój przyjaciel, profesor prawa z Finlandii, odwiedził Polskę w 1974, a potem w 1978 r. Za tym drugim razem odbierałem go na dworcu w Krakowie. Wysiadł z pociągu i od razu zapytał: „Co się stało w Krakowie, że powietrze jest takie złe?”. Wakacje spędzałem często w Suchej Beskidzkiej i pamiętam kolonie letnie w tej miejscowości. Teraz jest po tym tylko wspomnienie. Poprawa „ekologiczna” nastąpiła na początku lat 90. z uwagi na zamknięcie wielu fabryk, ale potem wszystko wróciło do „normy”. Niektórzy komentatorzy trwożnie pytają, czy grozi nam zatrucie Wisły. Rzecz nie w tym, że jest możliwe, ale trzeba je uznać za wysoce prawdopodobne. Co do regulacji rzek – w Polsce przyjęto najprostszy sposób, mianowicie ekologicznie szkodliwe betonowanie brzegów.

Czytaj też: Odra to nie powietrze. Dlaczego tak trudno badać jakość wód?

Działania i zaniechania

Być może odrzańska ekokatastrofa zdarzyłaby się za rządów innej partii, ale ma miejsce akurat teraz i to na Zjednoczonej Prawicy spoczywa odpowiedzialność za to, co dzieje się na Odrze. Wszelako trzeba sprecyzować, co to znaczy. Aby nie wchodzić w niepotrzebne szczegóły, przyjmijmy, że odpowiedzialność w tym przypadku może (nie musi) dotyczyć: (a) wystąpienia katastrofy, (b) działań w kierunku jej opanowania, (c) skutków na przyszłość i (d) sposobu informowania o sytuacji przez przedstawicieli władzy i media zależne od niej.

Dla porządku dodam, że czym innym jest odpowiedzialność reszty podmiotów, np. opozycji i mediów niezależnych – pomijam te kwestie. Nadto odpowiedzialność może być całkowita (co jest rzadkie w kwestiach społeczno-politycznych) lub częściowa (co jest częstsze, ale wymaga określenia jej stopnia). Ważne jest to, że odpowiedzialność może dotyczyć zarówno działań pozytywnych, jak i zaniechań. W polityce jest jak w prawie karnym, tj. odpowiada się także za skutki niepodjęcia stosownych działań, o ile istnieje obowiązek ich wykonania. Nie jest wtedy rzeczą istotną, czy zobowiązany chciał czy nie chciał, wiedział czy nie wiedział itd. Jeśli dróżnik zaśnie, nie zamknie przejazdu kolejowego, co skutkuje wypadkiem na torach – odpowiada za to, co się wydarzyło, zupełnie niezależnie od stanu własnej świadomości (pomijam tutaj znany problem przyczynowości zaniechania).

Podobnie jest w przypadku polityka – odpowiada nie tylko za skutki swoich czynów, ale również za to, co stało się z powodu zaniechań. I tak np. p. Glapiński odpowiada również za niepodjęcie we właściwym czasie stosownych działań antyinflacyjnych, nawet jeśli przyjąć, że wysoka inflacja w Polsce jest genetycznie wywołana wyłącznie przez okoliczności zewnętrzne. Typowym sposobem realizacji odpowiedzialności jest dymisja, często w postaci podania się do niej. W typowym ładzie demokratycznym to drugie jest stosunkowo częste i oznacza przyznanie się do winy. W praktyce polskiej jest to rzadkie, wedle mojej wiedzy tylko p. Ćwiąkalski, minister sprawiedliwości w rządzie p. Tuska, podał się do dymisji, gdyż uznał, że odpowiada za to, co stało się w jednym z więzień. Dla kontrastu p. Glapiński, odpowiedzialny za fatalną (taka jest opinia wszystkich poza nim samym i innymi dobrozmieńcami) politykę finansową NBP, uważa, że domaganie się jego ustąpienia jest celowym działaniem dla interesów wrogów Polski.

Czytaj też: Zdarzyło się Odrze i może się powtórzyć

Dobre sprawowanie się przy Odrze

Pierwsze doniesienia o zatruciu Odry pojawiły się w marcu 2022 r., aczkolwiek nie wskazywały na ekokatastrofę. Powaga sytuacji była już znana w czerwcu, a tony śniętych ryb zaczęto wydobywać od 26 lipca. Pan Morawiecki zabrał głos 11 sierpnia, zapowiadając surowe kary dla trucicieli, a więc po dwóch tygodniach – TVP informowała nader oszczędnie o ekokatastrofie, np. 15 sierpnia, gdy rzecz już była głośna, główne wydanie dziennika ledwie napomknęło o sprawie, gdzieś pomiędzy obszerną relacją z uroczystości maryjnych i święta Wojska Polskiego, a w paskach informujących o tym, co dzieje w kraju i reszcie świata, dominowały wiadomości z Ukrainy.

Wyglądało na to, że tzw. telewizja publiczna stara się przykryć ekokatastrofę doniesieniami o czymś innym. Program „W Tyle (Tyłku) Wizji” też zajmował się głównie poszukiwaniem związków Tuska z Niemcami. Można z tego wyprowadzić cztery wnioski. Po pierwsze, p. Morawiecki (ogólnie rząd) dość późno zareagował na katastrofę. Po drugie, chociaż na początku grzmiał o surowym ukaraniu trucicieli, potem złagodniał i ograniczył się do zdymisjonowania dwóch wysokich urzędników instytucji o nazwie Wody Polskie, ale ich były szef ma pobierać 40 tys. pensji do listopada, zapewne w nagrodę za dobre sprawowanie się, np. polegające na tym, że udziela takich informacji, jakie są potrzebne.

Po trzecie, dość szybko okazało się, że z tym zatruciem to nie jest takie pewne, czy w ogóle było, a jeśli tak, to kto za nie odpowiada, nawet pomijając rewelacje przesympatycznej panny Krysi (pucio, pucio). Po czwarte, jeśli państwowe środki masowego przekazu skąpo informują o danej sprawie, to znaczy, że chcą ją ukryć, a przynajmniej zbagatelizować, przynajmniej do czasu. Wyszło szydło (nomen omen) z worka, gdy dobrozmieńcy ustalili swą narrację w kierunku poszukiwania sposobu okazywania „winy Tuska”. Wtedy relacje np. TVP(Dez)Info stały się obszerniejsze, ale ich treść wskazywała na niezwykłą ofiarność służb państwowych i przeszkadzanie w tym zbożnym dziele przez totalną opozycję. Podobnie było w 1986 r. w związku z komentowaniem awarii w Czarnobylu, aczkolwiek przypominam, że praktyczne działania (podawanie dawek jodu) były skuteczne.

PiS z ręką w nocniku

Dobrozmieńcy początkowo forsowali hipotezę o naturalnych przyczynach ekokatastrofy, co miało chyba znaczyć, że Odra sama wyprodukowała złote algi. To jednak rychło okazało się mało wiarygodne i uznanie znalazła tzw. teoria hybrydowa – rzeczone glony rozwinęły się na bazie substancji toksycznych. Pozostał problem określenia, jakich i skąd wzięły się w wodzie.

Pan Zbyszek (pardon za poufałość) powołał zespół do zbadania sprawy, ale kto wie, co to gremium ustali (na razie ściga wędkarzy). Wszak przedmiotowe badanie dotyczy faktów empirycznych, ustalenia na ten temat są niepewne (co innego, gdy np. jakaś zdradziecka morda powiesiła tęczową flagę na świątyni) i trzeba je korygować, a wiadomo, że (prawie) nikomu nie można stawiać zarzutów, gdy towarzyszy im nawet maleńki cień wątpliwości. W tej sytuacji niekoniecznie się ustali, kto zatruł, a niewykluczone, że podstawi się jakiegoś jelenia, nagrodzonego pobieraniem pensji jeszcze przez długie miesiące.

Pech dobrozmieńców polega na tym, że wiedza się poszerza i okazało się, że w Odrze pływa coraz więcej rozmaitych toksyn, a co gorsza, notuje się wtórne zatrucie amoniakiem, równie groźne z ekologicznego punktu widzenia. Poselska kontrola wykazała, że Wody Polskie (instytucja powstała w 2018 r.) wydały 429 pozwoleń na wyprowadzanie ścieków do Odry i jej dopływów. Wykryto też 282 nielegalne wloty ściekowe (w całym kraju – 1432). Dane te świadczą o tym, że instytucja powołana do kierowania gospodarką wodną w Polsce nader hojnie szafuje pozwoleniami na odprowadzanie ścieków do rzek i niezbyt rzetelnie kontroluje istniejące urządzenia wylotowe.

Tak więc państwo, tj. Wody Polskie i zwierzchność tej agendy, nie tylko obudziło się z przysłowiową ręką w nocniku, ale wiele uczyniło, aby dłoń tam właśnie spoczęła. Może się okazać, że nie ustali się truciciela w sensie zakładu pracy, np. kopalni, spuszczającego truciznę do Odry – podejrzani już udają, że nie wiedzą, o co biega. Ta sytuacja na pewno leży w interesie rozmaitych podmiotów gospodarczych i administracyjnych, ponieważ liberalizacja standardów ekologicznych ułatwia woluntarystyczną politykę ekonomiczną, mającą zatykać budżetowe niedomogi, a także sprzyja spółkowaniu, tj. intratnym posadom w państwowych spółkach.

Tedy odpowiedzialność władz państwowych za zaniechanie działań w pierwszym okresie ekokatastrofy, a także za tolerowanie zatruwania Odry w ostatnich latach, niezależnie od tego, czy tak było wcześniej, czy nie, przy czym wiele wskazuje na to, że w ostatnich siedmiu latach nastąpiło zwiększenie toksyn w tej rzece. Nawet jeśli się okaże, że szkody wypływające ze zbyt późnego podjęcia działań antykatastroficznych nie są możliwe do oszacowania, nie ma wątpliwości, że nastąpiły. Do tego dochodzą możliwe odszkodowania w skali międzynarodowej za zatrucie rzeki, a niewykluczone, że również morza.

Czytaj też: Odra. Kto zaczyna liczyć straty wywołane katastrofą?

Ustawa jest dobra na wszystko

Dobrozmieńcy starają się uciec od odpowiedzialności. Pan Morawiecki znowu bajdurzy o wyłącznie naturalnej przyczynie zatrucia i szybkim odradzaniu się rzeki. Wtóruje mu pracowity wojewoda Obremski, który zniósł zakaz łowienia ryb w Odrze, co jest posunięciem tyleż bezsensownym, co szkodliwym. Chociaż dobrozmieńcy chyba już nie wierzą, że uda się podzielić winą z Niemcami, ten motyw jest ciągle w tle.

Wygląda na to, że władza (reprezentowana przez jednego ze swych najpierwszych orłów, mianowicie p. Kowalczyka) zaczyna mrugać do UE: „No tak, mamy katastrofę na Odrze, a wy nie dajecie nam pieniędzy z KPO”. Inną metodą jest bieg do przodu (znany z czasów PRL), polegający na gadaniu, że wszystko jest OK lub idzie we właściwym kierunku – p. Adamczyk, minister infrastruktury, planuje nawet autostrady wodne.

Oczywiście winni są też „nasi” poprzednicy. W szczególności nie wyciągnięto wniosków ze skażenia Bugu w 2009 r., nie zbadano, czy była to przyducha, czy coś innego, nie zbudowano odpowiedniego systemu monitorowania i kontrolowania, co wymusiło powołanie Wód Polskich, których pracownicy, wspomagani przez odpowiednie służby, ofiarnie i skutecznie pracują nad oczyszczeniem rzeki wbrew histerycznym „wrzaskom” Tuska i innych panikarzy (też znana kategoria z czasów PRL – wtedy to były siły antysocjalistyczne). Przygotowuje się nową ustawę o monitoringu wód, a więc rząd panuje nad sytuacją, bo ustawa jest dobra na wszystko. Zresztą skoro Jego Ekscelencja nie uznał za stosowne odnieść się do ekokatastrofy, to znaczy, że jej nie ma.

Czytaj też: Wędkarze nie pozwolą PiS-owi zabrać Odry. Wędki na sztorc!

Szwagier umył nogi w Odrze

Są też wielce pocieszne sformułowania. Tydzień temu cytowałem p. Smolińskiego, a teraz uzupełnię jego światłe uwagi o zależności człowieka od sił przyrody. Zauważył tak: „Huragany, które powstają na Morzu Śródziemnym – od kilku lat powstaje podobny huragan jak w Stanach Zjednoczonych, nazywa się to »medican«, który też potrafi robić takie zniszczenia we Włoszech, w Grecji. Człowiek jest bezradny wobec tego. Wybuchy na Słońcu, ostatnio też był tam duży wybuch. Jakie będą tego skutki? Nie wiem, czy to już doszło do Ziemi, czy nie”.

Chyba doszło, bo eksplozja myślowa p. Smolińskiego jest wyjątkowa. Szczyt nonsensu osiągnął chyba p. Siarka, poseł Solidarnej Polski, który w dyskusji o Odrze przypomniał pakt Ribbentrop-Mołotow. Tego już było za dużo p. Klarenbachowi z TVP(Dez)Info, który, chociaż zwykle baczy na dyskusyjne bezpieczeństwo dobrozmieńców, zdziwił się siarczystą uwagą. Jej autor wytłumaczył, że chciał tylko przypomnieć o rocznicy paktu. Niewykluczone, że p. Klarenbach, wbrew swoim najszczerszym intencjom, nierozważnie nie dopuścił do wyjaśnienia obecnego zatrucia Odry przez umiejscowienie jego genezy w porozumieniu prekursorów totalitarnej UE, tj. Hitlera i Stalina. Szkoda, bo mogło to być siarczyście pasjonujące.

Zmieniając temat, ale nie bardzo, przytoczę jeszcze słowa p. Arent, posłanki PiS: „Na dziś nie widzę kryzysu węglowego, tym bardziej że też nie ma dzisiaj potrzeb węglowych. Jest lato, jest gorąco, nie trzeba palić na razie węglem, więc o jakim kryzysie mówimy?”. Nie ma żadnego kryzysu, a ponadto „z rządu popłynęły same dobre informacje. Podwyżka za ogrzewanie i ciepłą wodę dla odbiorców indywidualnych nie będzie wyższa niż 40 proc.”. Tak prawi TVP, a nieoceniony p. Soboń przekonuje, że dzięki pomocy państwa „mniej zapłacimy tej wyjątkowej zimy, bo mamy horrendalne ceny gazu”. Fakt, płaciliśmy za coś 10 zł, teraz będzie 50, ale ktoś nam dał 5 zł, a więc wyjątkowo płacimy mniej. Fajne i krzepiące, podobnie jak dowcip z kabaretu firmowanego przez TVP: „Przepraszam, nóg nie umyłem. Ale przy moim szwagrze to i tak nic. Miesiąc temu umył nogi w Odrze i widzita, co się stało”. Klasa sama w sobie.

Czytaj też: Odra jak wyrzut sumienia. Nadchodzą dni próby dla PiS

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną