Kraj

Glapiński przed Trybunał Stanu? Ktoś jeszcze? Kręte ścieżki rozliczania władzy PiS

Prezes NBP Adam Glapiński. Do postawienia go przed Trybunałem Stanu rządzącej in spe koalicji wystarczy głosów w Sejmie. Prezes NBP Adam Glapiński. Do postawienia go przed Trybunałem Stanu rządzącej in spe koalicji wystarczy głosów w Sejmie. NBP
To, że sprawa jest skomplikowana, nie oznacza, że z rozliczeń władzy PiS należy rezygnować. Przeciwnie: rezygnować nie wolno, bo oznaczałoby to totalną demoralizację władzy i powszechną utratę zaufania nie tylko do rządzących, ale do państwa w ogóle. Trzeba się jednak przygotować na problemy.

W rozdziale umowy koalicyjnej „Rozliczenie rządów Zjednoczonej Prawicy” sygnatariusze deklarują: „Pociągniemy do odpowiedzialności konstytucyjnej odpowiedzialnych za usiłowanie bezprawnej zmiany ustroju państwa, za naruszanie Konstytucji i ustaw oraz łamanie praworządności, za upartyjnienie instytucji publicznych, za sprzeniewierzanie środków publicznych i za ich bezprawne, niecelowe i niegospodarne wydatkowanie”.

Ambitny plan, ale trzeba pamiętać, że odpowiedzialność konstytucyjna rządzi się – tak jak karna – zasadą nullum crimen sine lege certa, czyli określoności prawa („nie ma przestępstwa bez ustawy”). Odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu jest szersza niż karna. Oprócz złamania przepisów karnych obejmuje złamanie konstytucji, a tu Trybunał Stanu ma więcej swobody interpretacyjnej dzięki ogólności sformułowań. Ale nie ma oczywiście dowolności.

Szef NBP: Inflacji winni eksperci, Polacy za mało się cieszą, Mucha to nie problem

Jak rozliczyć władzę PiS i NBP

Opozycja deklarowała (np. KO w „100 konkretach”), że pociągnie do odpowiedzialności konstytucyjnej prezesa NBP Adama Glapińskiego. Miałby on odpowiadać za „zniszczenie niezależności Narodowego Banku Polskiego i brak realizacji podstawowego zadania, jakim jest walka z drożyzną”. Jakie są do tego podstawy w konstytucji? W sprawie drożyzny można wskazać art. 227, który mówi, że NBP (czyli także prezes, zarząd banku centralnego) „odpowiada za wartość polskiego pieniądza”. Jeśli zatem inflacja gaszona była nieudolnie, jest to niedopełnienie obowiązków m.in. przez szefa NBP.

Jeśli chodzi o zarzuty niszczenia niezależności NBP, może tu pasować ust. 4 art. 227: „Prezes Narodowego Banku Polskiego nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z godnością jego urzędu”. Jak się ma do wymogu apartyjności fakt, że Glapiński miał kontakty z prezesem rządzącej partii, a NBP wspierał finansowo np. akcję billboardową z przekazem, że za wysoką inflację odpowiada covid i Putin (słynne banery na jego siedzibie)?

Jest też sprawa sprzed kilku miesięcy, kiedy członkowie Rady Polityki Pieniężnej ujawnili, że prezes Glapiński ukrywa przed nimi dokumenty istotne dla wykonywania ich obowiązków – można by to uznać za naruszenie ust. 6 art. 227: „Rada Polityki Pieniężnej ustala corocznie założenia polityki pieniężnej (…)”. No i w końcu ostatnia awantura między Pawłem Muchą, członkiem zarządu NBP, byłym zastępcą szefa kancelarii Andrzeja Dudy, a prezesem Glapińskim o nieudostępnianie dokumentów. Mogłaby ona świadczyć o przestępstwie przekroczenia uprawnień służbowych polegającym na zawyżeniu klauzuli tajności w celu uniemożliwienia m.in. nadzoru nad działalnością prezesa NBP. Przed Trybunałem Stanu można odpowiadać i za delikty konstytucyjne, i karne.

Naruszenia Glapińskiego

Możliwe, że to nie koniec tematów, które mogłyby się stać podstawą odpowiedzialności prezesa Glapińskiego. Mucha, załatwiając z nim swoje rachunki, może jeszcze poujawniać rozmaite inne przypadki ewentualnego naruszania prawa, w tym być może niegospodarności (np. w sprawie głośnych pensji „aniołków” Glapińskiego). Być może wkrótce się okaże, że nowe wcielenie byłego doradcy Andrzeja Dudy jako sygnalisty da podstawę także do innych zarzutów.

Do postawienia prezesa NBP przed Trybunałem Stanu rządzącej in spe koalicji wystarczy głosów (wniosek składa 115 posłów, potem potrzeba bezwzględnej większości głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów – tych „za” musi być wtedy więcej niż „przeciw” i „wstrzymujących się”). Nawet gdyby Konfederacja nie głosowała „za”, mandatów przyszła koalicja ma dość.

Już samo postawienie prezesa NBP przed TS oznacza, że zostaje zawieszony w obowiązkach służbowych. Jeśli tak się stanie, najprawdopodobniej nadal będzie miał wpływ na politykę NBP i zarządzanie tą instytucją, bo obowiązki przejmie jego zastępczyni Marta Kightley, która już dziś uznawana jest za faktycznie kierującą NBP i lojalną.

Pojawiają się głosy, że nie ma nic złego w tym, żeby osoba stojąca na czele NBP była związana z nową opozycją, bo jej rolą jest pilnowanie zasobów finansowych przed pokusą ich trwonienia przez zbyt hojny rząd. Można by to uznać za słuszne, gdyby NBP kierowała osoba bezstronna. Tymczasem prezes przez cały okres urzędowania publicznie stawiał obecną jeszcze opozycję w rzędzie swoich wrogów. Można przypuszczać, że po zmianie władzy starałby się destruować pracę rządu tak samo gorliwie, jak wspierał działania rządu Morawieckiego.

Czytaj też: PiS zostawia nam zrujnowany budżet. Jak wielka jest ta dziura?

Taką samą większością głosów co prezesa NBP można postawić przed Trybunałem Stanu prezesa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (Macieja Świrskiego) i jej członków. Pod prostym zarzutem niewypełniania konstytucyjnych obowiązków (art. 213 konstytucji): „Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji stoi na straży wolności słowa, prawa do informacji oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji”.

Już tylko to, co tolerowała KRRiT w tzw. mediach publicznych, nie reagując ani z własnej inicjatywy, ani na liczne skargi telewidzów i radiosłuchaczy, mogłoby wystarczyć. A dochodzą formułowane w przestrzeni publicznej zarzuty o prześladowanie postępowaniami i karami mediów krytycznych wobec PiS i dziwnie toczących się procesów koncesyjnych mediów konkurencyjnych wobec rządowych.

Jak odpowie Morawiecki i jego rząd

Do pociągnięcia do odpowiedzialności konstytucyjnej prezydenta trzeba by dwóch trzecich głosów Zgromadzenia Narodowego, zaś premiera i członków Rady Ministrów – trzy piąte głosów w Sejmie. Tylu opozycja demokratyczna nie da rady zebrać. Ale ministrom można stawiać zarzuty karne, bo żeby uchylić immunitety tym, którzy teraz zostali posłami (np. Mateuszowi Morawieckiemu, Zbigniewowi Ziobrze, Mariuszowi Kamińskiemu, a także dwukrotnemu wicepremierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu), wystarczy zwykła większość głosów.

Jakie zarzuty karne można by rozważyć?

Premier Morawiecki mógłby się spodziewać postępowania za nadużycie władzy przez zarządzenie przygotowań do wyborów „kopertowych”, gdy nie było do tego jeszcze podstawy prawnej. Chyba to wiedział, bo zanim podpisał zarządzenie, zlecił opinie prawne, które miały być „podkładką”. Tylko jedna z trzech uznała takie działanie za dopuszczalne, do tego została antydatowana, więc można by podejrzewać, że premier świadomie naruszył prawo, co spowodowało szkodę w publicznych finansach na ok. 70 mln zł. Tym samym zarządzeniem spowodował, że część samorządów przekazała Poczcie Polskiej dane osób uprawnionych do głosowania, co można zakwalifikować jako przestępstwo z ustawy o RODO.

Z kolei wszyscy członkowie Rady Ministrów mogliby odpowiadać za nadużycie władzy poprzez wydanie rozporządzenia zakazującego wychodzenia z domów w noc sylwestrową podczas pandemii. Podobnie za wcześniejszy zakaz przebywania w przestrzeni publicznej – łącznie z lasami i parkami – od połowy marca do połowy kwietnia 2020 r.

Kaczyński przed Trybunał Stanu?

Pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej dwukrotnego wicepremiera (za pierwszym razem odpowiedzialnego za sprawy bezpieczeństwa) Jarosława Kaczyńskiego mogłoby ewentualnie dotyczyć kryzysu humanitarnego na granicy z Białorusią: masowego narażania ludzi na utratę życia i zdrowia (pushbacki), nieudzielania pomocy humanitarnej, tolerowania tortur, łamania prawa do azylu. Skargi pokrzywdzonych są w Trybunale Praw Człowieka i Polska przegrywa pierwsze sprawy. Jest także skarga w Międzynarodowym Trybunale Karnym.

Ale – przypomnijmy – raczej nie zbierze się wystarczająca liczba głosów, by postawić Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu. Czy może stanąć przed sądem karnym? To nie takie proste. Zarzut o „sprawstwo kierownicze” w przypadku ataku na instytucje demokratyczne i praworządność wymagałby równie dziwacznej konstrukcji prawnej co proces członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego za wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1980 r. (prokuratura uznała ich za członków zbrojnej grupy przestępczej). Prędzej to premier i ministrowie Beaty Szydło i Morawieckiego mogliby odpowiedzieć za nadużycie władzy, jeśli udałoby się udowodnić, że wykonywali polecenia osoby de facto postronnej, które przyniosły państwu i ludziom szkodę. Skazanie za to jest mocno wątpliwe z przyczyn dowodowych: Kaczyński raczej nie wydawał tych poleceń na piśmie, a oskarżeni nie przyznaliby się, że je wykonywali. Sam prezes PiS nie nadużywał władzy nad rządem, bo jej formalnie nie miał.

Można by ewentualnie rozważyć odpowiedzialność karną za wpływanie groźbą bezprawną na czynności funkcjonariusza, ale musiałby się znaleźć np. minister lub inni świadkowie, którzy by potwierdzili, że komuś czymś groził w razie niewypełnienia polecenia.

Nadużycia Ziobry, zaniechania Szydło

Zbigniew Ziobro starannie zabezpieczył się przed odpowiedzialnością karną za nadużywanie władzy wobec sądów i prokuratury. Zmienił prawo tak, że dał sobie władzę niemal absolutną, i wszelkie ingerencje w śledztwa, manipulowanie informacjami z akt, wymiana prezesów sądów czy zawieszanie sędziów w czynnościach formalnie były legalne. Jest tzw. afera hejterska, w której do prześladowania sędziów wykorzystywano informacje z akt trzymanych w resorcie, dotyczących m.in. spraw osobistych. To bezprawne naruszenie tajemnicy służbowej i przestępstwo ujawnienia danych osobowych. Nie ma dowodów, że minister Ziobro o tym procederze wiedział, ale można by ewentualnie uznać, że wykazał się nienależytym nadzorem nad ministerstwem, a więc nie dopełnił obowiązków.

Zarzut karny można by też sobie wyobrazić w sprawie dowolnego, niegospodarnego, uznanego przez NIK za bezprawne dysponowania przez Ziobrę pieniędzmi z tzw. Funduszu Sprawiedliwości. W tym przekazania 25 mln zł CBA na zakup systemu Pegasus do inwigilacji opozycji politycznej w sytuacji, gdy Biuro może być finansowane tylko z budżetu państwa (Fundusz Sprawiedliwości to pieniądze publiczne, ale nie budżetowe).

Ewentualna kwestia nadużywania do celów prywatnych bardziej pasuje do odpowiedzialności konstytucyjnej niż karnej. Chodzi o szereg zmian, które wprowadzono do prawa, żeby doprowadzić do skazania lekarzy – zdaniem Ziobry – winnych śmierci jego ojca. Niektóre z tych zmian są nieracjonalne i szkodliwe, np. ściganie biegłych za „nieumyślnie fałszywą” opinię.

Beata Szydło mogłaby odpowiedzieć karnie za niedopełnienie obowiązków niezwłocznej publikacji wyroków Trybunału Konstytucyjnego. I może tego uniknąć z powodu zasady, że wątpliwości rozstrzyga się na korzyść podejrzanego (in dubio pro reo). Prokuratura dwukrotnie (po raz pierwszy za czasów Andrzeja Seremeta) umorzyła sprawę, nie znajdując znamion przestępstwa. Szydło może się na te decyzje powołać, argumentując, że sprawa jest prawnie niejasna, a wątpliwość rozstrzyga się na korzyść oskarżonego.

Człowiek PiS w prokuraturze

Odpowiedzialność karna może dotyczyć różnych ministrów, w tym zdrowia (kolejne afery z zakupami sprzętu i innych materiałów, szczególnie w pandemii), spraw wewnętrznych (afera Pegasusa, kryzys na granicy białoruskiej), zagranicznych (np. afera wizowa).

Osobnym, szerokim polem odpowiedzialności karnej może być nietransparentne, łamiące reguły, nieracjonalne i niegospodarne udzielanie dotacji publicznych przez różnych ministrów – wspomnianego Ziobrę, Piotra Glińskiego czy Przemysława Czarnka (afera nazwana przez media „willą plus”). A także kompletny brak dozoru nad wykorzystywaniem dotacji. Tu mamy choćby aferę Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (minister funduszy i rozwoju regionalnego) czy Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (minister rozwoju i technologii).

„Doprowadzimy do rozliczenia przez niezależną prokuraturę i niezawisłe sądy wszystkich osób winnych” – deklarują sygnatariusze porozumienia koalicyjnego. To potrwa, bo na razie prokuratura niezależna nie jest. Ziobro zostawia w niej swojego człowieka – nieodwoływalnego prokuratora krajowego Dariusza Barskiego. Pytanie, na ile skutecznie może on blokować śledztwa w sprawach przestępstw funkcjonariuszy władzy. I na ile prokuratorzy będą chcieli je prowadzić.

Minister sprawiedliwości-prokurator generalny mógłby powołać specjalnie dobrany zespół prokuratorów do tej kategorii spraw, ale dobór osób do takiego zespołu tak, by nie można im w sposób oczywisty zarzucić stronniczości, byłby sprawą bardzo delikatną. No i zostają „niezawisłe sądy”. W tej chwili około jednej czwartej sędziów to osoby mianowane z udziałem neo-KRS – prawomocność ich powołania i bezstronność są kwestionowane. Tworzenie specjalnych sądów do rozliczania przestępstw funkcjonariuszy jest wykluczone: wprost zabrania tego konstytucja.

Oczywiście to, że sprawa jest skomplikowana, nie oznacza, że z rozliczeń należy zrezygnować. Przeciwnie: rezygnować nie wolno, bo oznaczałoby to totalną demoralizację władzy i powszechną utratę zaufania społeczeństwa nie tylko do rządzących, ale do państwa w ogóle. Trzeba się jednak przygotować na problemy.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną