Świat

Wakacje z uchodźcami na wyspie Kos

W 2015 r. uchodźcy i imigranci przejęli Kos, dziś właściwie są niewidoczni, a rytm życia wyspy wyznaczają konsumpcyjne potrzeby turystów.
Ann Wuyts/Flickr CC by 2.0Uchodźcy na wyspie Kos 2

„Europa to piekarz z wyspy Kos, który karmi biednych” – to słowa Jean-Claude Junckera z września 2015 r. Szef Komisji Europejskiej odniósł się wówczas do działalności Dionisiosa Arvanitakisa, który w szczycie kryzysu migracyjnego codziennie dostarczał uchodźcom 100 kg pieczywa ze swojego zakładu. Chleb przywoził prosto na plaże oblężone przez zdesperowanych uciekinierów. Dziś na Kos uchodźcy i imigranci właściwie nie są widoczni. Ci, którzy zostali na wyspie, mieszkają w tzw. hotspocie. Czekają na decyzje azylowe z dalekich Aten. Rytm życia Kos wyznaczają konsumpcyjne potrzeby turystów. To oni napędzają lokalną gospodarkę i to oni mają teraz monopol na okupację tutejszych plaż. Są także głównymi klientami słynnego piekarza z Kos.

Czytaj także: Jak na Sycylii radzą sobie z problemem uchodźców

Turysta all inclusive

Morze i niebo w kolorach obrazów de Staela. Śródziemnomorska przyroda w pełnej krasie. Autorzy tekstów w folderach biur podróży nie kłamią, pisząc o pięknie wyspy Kos. Nie wspominają jednak o wielu istotnych szczegółach. Na przykład o kotach. Wychudzeni włóczędzy ciągną do ludzi. Chodzą turystom między nogami. Cieszą się ogólną sympatią, choć nie wyglądają najlepiej. Kocie futra często szpecą rozległe rany. To ślady walki o resztki z pańskiego stołu. Oko polskiego turysty przyciągają także liczne na wyspie wróble. W naszych miastach coraz rzadsze. Tu lądują wprost pod stolikami kafejek. Albo na gałęziach platanów, pinii czy cedrów. W mieście Kos, największej miejscowości na wyspie, drzewa często rosną wręcz na środku chodników. W węższych miejscach, by przejść, trzeba postawić nogę na jezdni. Niejeden orędownik prawa i porządku już dawno zarządziłby hurtowe cięcie, ale na Kos takie rzeczy nie przemkną nikomu przez głowę. Piękno przyrody musi wynagrodzić tubylcom trudy współegzystencji z turystami.

Na Kos wszystko zmieniło się w 2011 r. Grecki kryzys dotknął wyspę w podobnym stopniu co resztę kraju. Liczba zamówień z dnia na dzień spadła właściwie do zera. Miejscowi mieli dramatycznie mało czasu na rozpaczanie. Popularną strategią przetrwania było szybkie przebranżowienie się na turystykę. Dziś wybrzeże Kos to głównie zamknięte obszary zajęte przez duże przedsiębiorstwa hotelowe. Większość świadczy usługi w standardzie all inclusive. Bardziej obrazowo – w standardzie „wielkiego żarcia”, bo uczta w hotelach all inclusive trwa cały dzień. Wystawne śniadania przechodzą w kilkunastodaniowy obiad, który z kolei przechodzi w podwieczorek i degustację ciast zwieńczoną wystawną kolacją.

Turyści udowadniają, że w wakacje naprawdę można więcej. Na Kos widać ich niemal w każdym zaułku. Chętnie korzystają z przeznaczonych dla nich dobrodziejstw. Zalegają w kawiarnianych ogródkach, odwiedzają sklepy. Górę euro zostawiają w wypożyczalniach samochodów i skuterów.

Kos – wyspa uchodźców

Na sytych turystów patrzą mieszkańcy Kos. Ich zadowolone miny to powód do dumy i nadzieja na spokojne życie. To także potwierdzenie końca dramatu, którego byli świadkami raptem trzy lata temu. W 2015 r. wyspa, która dopiero powstawała z sennego finansowego koszmaru, stała się jednym z ośrodków największego kryzysu humanitarnego współczesnej Europy. Uchodźcy dosłownie przejęli Kos. Stało się tak z zupełnie prozaicznych powodów. Morska przeprawa łodzią z tureckiego Bodrum trwa ok. pół godziny. Jest krótka i przez to bezpieczniejsza od alternatywnych szlaków. Na nadmorskiej promenadzie i plażach Kos z dnia na dzień zaczęły koczować całe rodziny. Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, posilali się w barach i restauracjach. Inni byli skazani na żebranie.

W brytyjskim „Daily May” pojawił się wówczas cytowany w mediach całego świata artykuł o zbulwersowanych sytuacją brytyjskich turystach. Anne Servante, pielęgniarka z Manchesteru, powiedziała dziennikowi, że Kos stał się „obrzydliwym” miejscem. Jak stwierdziła, „przecież nie będę siedzieć w restauracji, kiedy ci ludzie na mnie patrzą”. Ta i podobne opinie zamieszczone w artykule wywołały wielką falę oburzenia i solidarności z uchodźcami. Liczby były jednak bezwzględne. Jeszcze tego samego roku liczba wykupionych noclegów na Kos, Lesbos, Chios i Samos spadła o blisko 20 proc.

Obrazem, który zapadł w pamięci mieszkańców, były kolejki uchodźców czekających na rejestrację przed komisariatem policji i przed stadionem miejskim. Dochodziło do awantur. W mediach pojawiały się relacje osób, które twierdziły, że były czasowo zamykane na stadionie bez dostępu do jedzenia czy toalety. W pewnym momencie burmistrz Kos George Kiritsis zagroził, że jeśli nie dostanie znaczącego wsparcia Aten, na wyspie „dojdzie do rozlewu krwi”. Dramatyczny apel nie pozostał bez odpowiedzi. Na Kos ruszyła armia urzędników, którzy znacząco usprawnili proces rejestracji imigrantów i odsyłania ich do miejsc oczekiwania na decyzje azylowe.

Dionisios Arvanitakis w szczycie kryzysu migracyjnego codziennie dostarczał uchodźcom 100 kg pieczywa ze swojego zakładu.Krzysztof Jabłonowski/PolitykaDionisios Arvanitakis w szczycie kryzysu migracyjnego codziennie dostarczał uchodźcom 100 kg pieczywa ze swojego zakładu.

100 kilogramów chleba

Jeśli chodzi o reakcję na uchodźców, mieszkańcy podzielili się mniej więcej pół na pół – mówi Dionisios Arvanitakis, piekarz z miasta Kos, właściciel kawiarni położonej na samym początku nadmorskiej promenady. Arvanitakis zasłynął pomocą udzielaną przybyszom. Każdego dnia w tajemnicy przed rodziną pakował do samochodu ok. 100 kg pieczywa. Zawoził je na plażę. – Tam były całe rodziny, dzieci płaczące o chleb – mówi. – Podchodzili do samochodu, mówili „give me, give me”. Czuło się ten zapach. Mieszkańcy na to różnie reagowali. Wielu oferowało to, co mieli. Ale byli i bogaci, którzy zamknęli bramy na kłódkę – mówi ze smutkiem.

Arvanitakis w przeszłości sam doświadczył podobnego losu. Na ulicy przeżył cały miesiąc. W 1957 r. wyjechał za chlebem do Australii. Jego początki na emigracji były naznaczone skrajną biedą. Znaleźli się jednak ludzie, którzy wyciągnęli do niego rękę. – Najważniejsze to pomagać, pomagać – mówi Arvanitakis. W rozmowie powtarza to zdanie kilka razy. Wypowiada je także wtedy, gdy próbuję namówić go na bardziej złożoną ocenę tamtych wydarzeń. – Nie znam przyszłości, nikt jej nie zna – mówi i uśmiecha się.

Jego wyjątkowa postawa wobec uchodźców z Kos nie przeszła bez echa. We wrześniu 2015 r. Jean-Claude Juncker przedstawiał w Parlamencie Europejskim nową wizję rozwiązania kryzysu migracyjnego. W przemówieniu wymienił Arvanatakisa jako symbol zjednoczonego kontynentu. Jak powiedział, „Europa to piekarz z wyspy Kos, który karmi biednych, to uczniowie i studenci na dworcu w Monachium, witający brawami wysiadających z pociągu. W takiej Europie chcę mieszkać!”.

Czytaj także: Dadaab – kenijskie miasto uchodźców

Uchodźcy z Pili

W 2016 r. w małej miejscowości Pili powstał hotspot dla uchodźców i imigrantów. Nie obyło się bez protestów. Wielu mieszkańców pukało się w czoło. Dlaczego rząd zdecydował o uruchomieniu ośrodka na typowo turystycznej wyspie? Dziś mieszka tam ok. tysiąca osób, a imigranci wbrew obawom mieszkańców wyspy praktycznie przestali być widoczni. Z Pili do miasta Kos jest ponad 15 km. Można dostać się tam autobusem za nieco ponad 2 euro. Dziennie są cztery kursy. Wsiadam nieśmiało jako jedyny turysta. To kierunek wybierany raczej przez tubylców. – A pan dokąd? – pyta miła bileterka. – Do hotspotu? Ciekawe... Bileterka mówi coś głośno do kierowcy, starego Greka. – You are going to hotspot? Are you sure? – dziwi się szofer.

Koty na Kos cieszą się ogólną sympatią.torne (where's my lens cap?)/Flickr CC by 2.0Koty na Kos cieszą się ogólną sympatią.

Życie w Pili toczy się wzdłuż głównej ulicy. Najwięcej tu staruszków. Spędzają czas w kawiarniach. Na szutrowej ścieżce prowadzącej do hotspotu spotykam Hasana, Palestyńczyka. – Nie lubią nas tutaj – mówi. Hasan chętnie opowiada o życiu w Palestynie i tłumaczy, dlaczego zdecydował się na emigrację. – Nie chcę żyć w stanie permanentnego konfliktu, walki, chcę zamieszkać w stabilnym kraju i pracować, nie martwiąc się o przyszłość. W obozie Hasan mieszka z żoną i dziećmi. Mówi o skandalicznych warunkach sanitarnych. Bywa, że wody do mycia brakuje przez trzy dni. Mężczyźni, którzy są tu sami bez rodzin, śpią na podłodze w ciasnych pomieszczeniach. Na łóżka nie mogą liczyć.

Przed bramą obozu spotykam Berzana z Kirkuku, studenta po kilku semestrach politechniki. Mówi bardzo dobrym angielskim. Chce pójść na studia techniczne w Wielkiej Brytanii albo Szwecji. Twierdzi, że mieszkańcy hotspotu dostają jedną butelkę wody do picia dziennie. Resztę muszą kupić z oszczędności albo z pieniędzy przesyłanych przez rodziny. Na zatrudnienie na Kos nie ma co liczyć. Wszystko przez niechęć tubylców. Kilka miesięcy temu Berzan spróbował pracować w barze. Za dzień harówki dostawał 20 euro. Po pewnym czasie dalsze zatrudnienie stało się uzależnione od konieczności uiszczenia zapłaty za wynajem pokoju – również 20 euro dziennie. Berzan wolał już dać sobie spokój z barem. Śladem wielu kolegów z hotspotu zdecydował się na bezczynne oczekiwanie na decyzję azylową. I była to dla niego bardzo trudna decyzja, bo związana z poczuciem utraty cennego czasu.

Czytaj także: Jak to się stało, że w Grecji utknęły tysiące syryjskich uchodźców

Wyspy jak więzienia

Od kiedy w marcu 2016 r. w życie weszły decyzje porozumienia Unia Europejska–Turcja, wiele osób podobnie jak Berzan jest skazanych na wielomiesięczny pobyt w obozach w oczekiwaniu na decyzję urzędników z Aten. W marcu dziewięć organizacji humanitarnych i zajmujących się prawami człowieka wystosowało apel do greckiego rządu o zaprzestanie polityki „przetrzymywania uchodźców”.

Kos, 2015 r.Ann Wuyts/Flickr CC by 2.0Kos, 2015 r.

„Polityka zatrzymywania zamieniła greckie wyspy, będące kiedyś symbolem nadziei i solidarności, w otwarte więzienia. Życie uchodźców zostaje zawieszone w nieskończoność, powodując dodatkowe cierpienie” – mówił wówczas Gabriel Sakellaridis, dyrektor Amnesty International w Grecji. Wiele osób nie jest w stanie znieść tego ciężaru. Human Rights Watch, które na bieżąco śledzi sytuację mieszkańców greckich obozów, donosi o licznych próbach samobójczych – w tym niestety o tych udanych.

Z Pili wracam tym samym podmiejskim autobusem razem z grupą kilkunastu mieszkańców hotspotu. Rodzina z dzieckiem i kilku młodych chłopaków. Prowadzą ożywioną rozmowę po arabsku. Nawet nie zauważają, jak na przystanek podjeżdża spóźniony autobus. Kierowca trąbi, a pasażerowie leniwie podchodzą. Rozmawiają, śmieją się. Kierowca wścieka się i zatrzaskuje im drzwi przed nosem. Po chwili otwiera, a do akcji wkracza bileterka. Nie jest już tą samą miła kobietą, która z troską w głosie pytała o cel podróży do Pili. Teraz rozpoczyna dziką awanturę. Krzyczy, że nie można się ociągać, że jest opóźnienie. Mieszkańcy obozu nie pozostają dłużni. Wymiana wrzasków w całkiem niezłej jakości angielskim trwa dobre kilka minut. W końcu jedziemy. Z zapyziałego Pili w 20 min znajdujemy się w tętniącym życiem Kos. Mieszkańcy hotspotu szybko wtapiają się w tłum płynący z małego dworca w głąb miasta. Idą w kierunku portu.

Według danych Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców w ciągu ostatnich kilku tygodni na Wyspy Egejskie przybywa około 600 migrantów tygodniowo. Obecnie w rejonie przebywa ich około 15,5 tys. 30 proc. stanowią Syryjczycy, 24 proc. pochodzi z Iraku, z Afganistanu – 16 proc. 48 proc. z nich to mężczyźni.

Imiona mieszkańców hotspotu w Pili zostały zmienione

Czytaj także: 20 mln uchodźców bardzo by nam się przydało

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Piotr Woźniak-Starak: na przekór

Mógł pójść na łatwiznę i odcinać kupony od dobrego pochodzenia. Ale wolał inaczej. W bohaterach filmów, które zdążył wyprodukować, bliscy widzą dziś jego samego.

Mariusz Sepioło
30.08.2019
Reklama