Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Bałkany, tykająca bomba w środku Europy. Czy grozi nam nowa wojna?

Patrol KFOR na granicy Kosowa i Serbii, październik 2021 r. Patrol KFOR na granicy Kosowa i Serbii, październik 2021 r. Laura Hasani / Reuter / Forum
Czy śmieszny z pozoru spór o tablice rejestracyjne może być pretekstem lub przyczyną prawdziwej wojny? Wydaje się to mało realne. Chyba że któregoś dnia sytuacja wymknie się spod kontroli.

Takie spory na granicy Serbii i Kosowa wybuchają w miarę regularnie. Powody bywają mniej lub bardziej poważne, ale zwykle wystarczające, by wywołać demonstracje, blokady przejść granicznych, pokaz sił militarnych, a czasem bezwzględną interwencję sił porządkowych po jednej lub drugiej stronie. Lub po obu stronach jednocześnie. Był już konflikt o kontrolę nad granicą, o obsadę posterunków, była wojna handlowa o eksport towarów i o podział dochodów z opłat celnych. Tak jest od 2008 r., kiedy Kosowo, autonomiczna prowincja serbska, jednostronnie ogłosiło niepodległość od Belgradu, nie zważając na uzgodnienia i rezolucje.

Część Europy i świata tę deklarację suwerenności uznała, część nie, głównie zresztą z przyczyn politycznych, w obawie przed konsekwencjami lub precedensami. Amerykanie uznali niepodległe Kosowo, a Rosja nie, obawiając się, że inni, choćby Kaukaz, pójdą śladem Prisztiny. Nawet w Unii nie wszyscy tę suwerenność zaakceptowali. Polska tak, Rumunia i Hiszpania już nie.

Bałkański kocioł

Dlatego każdy skok temperatury na granicy Serbii i Kosowa powodował, że Europa wstrzymywała oddech: czy Bałkany znów pogrążą się w wojnie? Emocje buzowały już wcześniej, wnet po wojnie i bombardowaniach Serbii przez wojska NATO w 1999 r., do dziś nazywanych w Belgradzie agresją Sojuszu na Serbię. Atakowano fabryki, elektrownie i linie przesyłowe prądu, zimą z 1999 na 2000 r. w serbskich domach było ciemno i zimno. Już wtedy na granicy działo się i groziło nowym wybuchem. Realnym mniej lub bardziej. Nikt wówczas nawet nie myślał o Krymie czy Donbasie, wyglądających niczym oazy spokoju – to Bałkany były gorące i świeżutkie, wróciło sformułowanie „bałkański kocioł”.

Niepodległości nie uznał oczywiście Belgrad. Do dziś jej nie uznaje, nazywa Kosowo zbuntowaną prowincją. Nie uznali jej też zamieszkujący Kosowo Serbowie. Ta blisko 100-tysięczna mniejszość zamieszkująca licznie zwłaszcza kilka gmin na północy była jedną ze stron granicznych konfliktów. Bo nigdy nie pogodziła się z faktem, że nagle znalazła się poza granicami państwa, które całe życie nazywała ojczyzną. Nikt nie pytał, czy tego chce. Serbom z Kosowa nie wiodło się dobrze, do dziś zwłaszcza starsi żyją biednie, ze skromnych zasiłków. Oczywiście, często byli też wykorzystywani przez polityków w Belgradzie, wcale niezmartwionych eskalacją. Granica jest miejscem, gdzie protest widać, przykuwa uwagę świata.

Czytaj też: Skąd na świecie tyle parapaństw

Komu wadzą tablice

Temat tablic rejestracyjnych pojawił się przed rokiem. Władze Kosowa, krok po kroku, starały się demonstrować swą odrębność od Serbii. W każdej dziedzinie, więc i na tablice przyszła kolej. Tymczasem kosowscy Serbowie używają tablic wydanych jeszcze w czasach Slobodana Miloszevicia, przed 1999 r. Prisztinę to razi, bo na blachach widnieje serbski herb, literki SRB, Serbia, a przede wszystkim także litera wskazująca miasto. Ono jednak nie jest już wcale serbskie, lecz kosowskie. Pisanie choćby o Mitrovicy, że to Serbia, było i jest w Kosowie nie do przyjęcia. Ale nie dla Serbów, którzy tam mieszkają. Dla nich to symbol i sposób okazania, z jakim krajem się identyfikują. Wystarczyło zresztą pojechać do Mitrovicy, rozejrzeć się, pooddychać, poczytać graffiti, żeby zrozumieć w mig, o co chodzi.

Serbowie mieli ten sam problem: tablice rejestracyjne Kosowa, z herbem i nazwą kraju oznaczoną literami RKS, Republika Kosowa, zawierały nazwę miasta. Ale przecież dla Belgradu to serbskie miasto, bo nie uznaje niepodległości Prisztiny. Serbskie z krwi i kości. Tablice to jawna uzurpacja i prowokacja, więc Serbowie kazali je zasłaniać, gdy kierowcy przekraczali granicę. Nie państwa, lecz obszaru administracyjnego, bo przecież dla Belgradu nie istnieje granica państwowa z Kosowem.

Politycy w Prisztinie rozumowali w ten sam sposób, ale w stronę przeciwną. Nie podobały im się auta ze starymi serbskimi tablicami, nie zgadzali się zwłaszcza, żeby przekraczały rzekę Ibar.

Czytaj też: USA rozgrywają na Bałkanach swoją grę. Co na to Unia?

Rosyjski paradoks Belgradu

By zapobiec wojnie, która wciąż wisiała na włosku, tak się przynajmniej wydawało, Bruksela namawiała obie stolice do normalizacji i pokojowych rozmów, zwanych oficjalnie procesem pokojowym. Gdzieś w oddali migotała obietnica i nadzieja integracji z Unią Europejską dla Bałkanów Zachodnich, negocjacje z Serbią nawet otwarto. Pokojowe relacje z sąsiadem były wymaganą koniecznością. Konieczność uznania niepodległości Kosowa była dość oczywista, jeśli nie teraz, to w przyszłości. Żaden polityk w Belgradzie nie jest w stanie tego przeskoczyć.

Inaczej niż z Rosją, która niepodległości Kosowa nie uznawała (może teraz to się zmieni, skoro uznała Doniecką i Ługańską RL, a Putin w oficjalnym wystąpieniu nawet przywołał precedens Kosowa?) i to stanowiło jeden z ważniejszych fundamentów ich przyjacielskich relacji. Było całkiem oczywiste, że ociąganie się i wahanie Unii w kwestii rozszerzenia popchnie Belgrad w stronę Rosji, bo samotne życie w otoczeniu nieprzyjaciół jest trudne. I że od Moskwy uzależni. Najpierw gospodarczo. To też jeden z paradoksów, bo kiedyś Belgrad jako pierwszy w bloku Kremlowi się postawił i zbliżył do Zachodu. Są wciąż zdjęcia z pierwszomajowych pochodów w Polsce, gdzie kukłę marszałka Tito zdobi napis: „amerykański agent i pachołek”. Jeśli ktoś nie pamięta z dzieciństwa, może sobie obejrzeć w archiwaliach...

Moskwa też wspierała konflikty między Serbią a Kosowem, bo było jej na rękę, gdy dało się gdzieś zamieszać. A kiedy konflikty nabrzmiewały, relacje Belgradu z Brukselą się schładzały. Tak skutecznie, że Belgrad, choć do Unii aplikuje, nie poparł sankcji nałożonych na Rosję.

Czytaj też: Handel organami i inne zbrodnie w Kosowie

Europejskie rozwiązanie

Wróćmy do tablic rejestracyjnych. Kiedy sprawa nabrała rozgłosu, obok przejść granicznych w Jarinje i Brnjaku stanęły barykady i blokady dróg, na co Kosowo zareagowało wysłaniem sił specjalnych. Na niebie w pobliżu jednego z przejść pojawiły się serbskie myśliwce. Pokaz siły i wsparcia. Napięcie gwałtownie rosło, bo mieszkający w położonych na północy gminach Serbowie mieli do końca września wymienić dokumenty i tablice na odpowiedniki kosowskie. Premier Kosowa Albin Kurti postanowił okazać stanowczość, by zademonstrować światu suwerenność Kosowa bodaj w tej materii. Skoro z pozycją UE i Ameryki musi się jednak liczyć, to z Belgradem nie musi i nie chce. Auta ze starymi tablicami miały otrzymać zakaz poruszania się. Serbowie już wcześniej kazali wjeżdżającym kierowcom zakrywać oznaczenia aut.

Po interwencji zachodnich dyplomatów udało się znaleźć wyjście, całkiem salomonowe. Otóż symbole obu krajów na przejściach należało zaklejać białą nalepką. Szybko nazwano ją noblówką, pokojową, bo dzięki nalepce powstrzymano grożącą wojnę. Ale patent przetrwał jedynie rok.

Problem pojawił się z końcem sierpnia 2022. Udało się go ponownie, wspólnym staraniem, załagodzić. „Mamy porozumienie. W ramach dialogu wspieranego przez UE Serbia zgodziła się na zniesienie dokumentów wjazdu/wyjazdu dla posiadaczy dowodu osobistego z Kosowa, a Kosowo zgodziło się nie wprowadzać ich dla posiadaczy dowodu osobistego z Serbii” – napisał wówczas Josep Borrell na Twitterze. Dodał, że „kosowscy Serbowie, podobnie jak wszyscy inni obywatele, będą mogli swobodnie podróżować między Kosowem a Serbią, korzystając ze swoich dowodów osobistych”. „To jest europejskie rozwiązanie. Gratulujemy obu liderom tej decyzji” – oświadczył szef unijnej dyplomacji.

Teraz jednak niedający za wygraną premier Kosowa zapowiedział restrykcje wobec tych, którzy zechcą używać wrogich tablic i dokumentów. Miały podlegać konfiskacie, jeśli po 1 października 2022 r. pojawią się na granicy. Nie było pewności, czy nowy przepis nie obejmie wszystkich serbskich aut w północnym Kosowie, nie tylko tych przekraczających granicę. Zwłaszcza że w innych zamieszkałych przez mniejszość serbską gminach już się tak stało. Jedynie na północy wciąż nie, żeby nie nakręcać spirali sporu. W Kosowie wciąż stacjonują siły wojskowe KFOR oraz policyjne EULEX.

Bałkany, tykająca bomba

Na przejściach znów pojawiły się barykady i blokady. Było nawet słychać wystrzały z broni palnej – na Bałkanach jej nie brakuje. Po stronie Kosowa pojawiły się specjalne jednostki policji, a po stronie Serbii – wojsko. Jak pisała jedna z serbskich gazet niezależnych, była to decyzja prezydenta Aleksandra Vučicia.

I tym razem udało się zapobiec dalszej eskalacji – dzięki interwencji ambasady USA w Prisztinie i działaniom wysokiego przedstawiciela UE do spraw polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Rząd Albina Kurtiego zrobił krok wstecz, zgodził się ponownie przesunąć o miesiąc decyzję o konieczności posiadania kosowskich dokumentów. W zamian blokady dróg miały zniknąć. Jest jednak obawa, że problem powróci, zapewne ze zdwojoną mocą. Bo przecież rozwiązany nie został, a przyklepany jedynie...

Stymulowany i popierany przez Brukselę proces pokojowy między Serbią a Kosowem jakby przygasł. Premier Kurti wywodzi się z nurtu nacjonalistycznego i przewodzi ugrupowaniu Samostanowienie, które wygrało ubiegłoroczne wybory, postulując pełne samostanowienie Kosowa właśnie. A Kosowo wciąż nie otrzymało prawa do ruchu bezwizowego z UE, choć Komisja Europejska taką zmianę postulowała już kilka lat temu. To osłabia wiarygodność Brukseli w odczuciu polityków z Prisztiny.

Belgrad podobnie osłabł w staraniach, bo owo zbliżenie z Unią od dawna się nie przybliża. Dużo w tym winy Belgradu, prawdę mówiąc. Serbia nie radzi sobie z korupcją, która za władzy Vučicia ma tendencję rosnącą. Są problemy z wolnością prasy i demokracją. A teraz jeszcze kontakty z Rosją. Oraz Chinami, które postawiły w Serbii mocno stopę, dobierając się do kopalin i złóż surowców. Niestety, ignorując wszelkie standardy serbskie i europejskie, nie respektując ani trochę wymogów ekologii. Tykająca bomba w środku Europy.

Ale Bałkany nie mogą stać odłogiem. I wracać na pierwsze strony gazet i portali tylko przy okazji nabrzmiewających konfliktów i obaw przed nową wojną. To przecież centrum Europy. Któregoś dnia ktoś może się bardzo uprzeć i eskalacji nie uda się powstrzymać.

Czytaj też: Czego nas uczy rozpad Jugosławii

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną