To nie jest zwykły reportaż z wojny czy o wojnie. Forró jest niemal wszędzie, ale tamtej Ukrainy już nie ma
Poprzednią książkę Forró napisał o wojnie w Donbasie, o losie regionu, który pod władzą separatystów i Rosjan staje się pogardzaną peryferią peryferii. Teraz musi opowiedzieć o kolejnej wojnie. Książce nadał tytuł „Śpiew syren”. Tomáš Forró, słowacki reporter, nie wierzył, że wojna może się wydarzyć. Nie uwierzył nawet wtedy, gdy Mamuka Mamulaszwili, legendarny dowódca Legionu Gruzińskiego, walczącego z Rosją od 2014 r., przekonywał, że wybuchnie. „Będzie wojna, bracie kochany. Rosja zaatakuje nas wszystkim, co ma” – tak mówił Mamuka już latem 2021 r., ale Tomáš to w duchu obśmiał. Zaledwie kilka miesięcy później, kiedy widział ukraińskie miasta Irpień, Buczę, a potem Bachmut, Pokrowsk, Mariupol, które przestały istnieć, zostały zmiecione z powierzchni ziemi przez rosyjską armię, albo głodujących ludzi, od miesięcy żyjących w piwnicach, bez prądu, wody, ogrzewania, zastanawiał się, dlaczego nie uwierzył przyjacielowi, nie dostrzegł zmiany nastrojów, jaka zapowiadała rosyjski atak. Napisze: „Kilkakrotnie myślałem, czy wówczas można było coś zrobić? Krzyczeć do ludzi, żeby na osiedlach kopali podziemne schrony i gromadzili zapasy jedzenia?” I sam sobie odpowiada, że tamtego, przedwojennego lata i tak nikt by mu nie uwierzył. Wzięto by go za wariata. A ktoś może nawet by się ucieszył. Rosyjska propaganda, sączona perfidnie, jednak odnosiła skutki.
24 lutego 2022 r. wcześnie rano obudził go telefon. Tak dowiedział się, że wojna wybuchła, że Rosjanie są już w Mariupolu, że mogą za chwilę być w Kijowie, że właśnie opanowali Hostomel...
Nieistniejące miasta
Forró stanął na baczność od pierwszej chwili. Najpierw to była pomoc przyjaciołom, znajomym i znajomym znajomych z Ukrainy. W panice uciekali do Słowacji czy Polski i dzwonili z prośbą o pomoc. Próbował ogarnąć choćby cząstkę tego chaosu, jaki zapanował. Tego szaleństwa na granicy Słowacji z Ukrainą. Powie, że znalazł się dokładnie tam, gdzie powinien być... W swej nowej książce pisze, że kryzys migracyjny był takim samym elementem totalnej wojny z Ukrainą, jak pierwsze bombardowania czy ataki rakietowe. Rosyjska agresja sprawiła, że w rok po jej rozpoczęciu niemal 8,3 mln Ukraińców – czyli ponad 20 proc. populacji – zostało zmuszonych do życia poza swoim krajem. „Pierwszej nocy inwazji, w tej koszmarnej atmosferze, opanowała mnie myśl, że oto właśnie teraz na moich oczach rozpada się świat, jaki znaliśmy do tej pory” – przyznaje.
Potem zdobył kamizelkę kuloodporną i kask z napisem PRESS, zanurzył się w wojnę, wyruszył w głąb Ukrainy. Wszystko to jest dziś wspomnieniem z innego świata. Bachmut został wymazany z mapy. Siewierokodonieck i Lisiczańsk idą w jego ślady. „W trakcie pisania przeze mnie tej książki obydwa miasta były odcięte od świata, bez żadnych informacji, co się tam dzieje pod okupacją rosyjską. A co się stało z ludźmi? Z moją tłumaczką? Z recepcjonistką z hotelu? Z taksówkarzem, który podczas każdej wizyty woził mnie po całej okolicy?”.
To zdanie jest jednym z ważniejszych: taki Mariupol i taka Ukraina, jakie autor poznał w ciągu sześciu lat podróży, już nie istnieją.
„Od lutego 2022 roku będę podróżował przez zupełnie inny kraj. Wielokrotnie odwiedzane wcześniej przeze mnie miasta przeżyją horror i zmienią się w sterty gruzów. Ich mieszkańcy – moi znajomi – uciekną albo zginą” – napisał.
Rosyjska agresja bezpowrotnie zmieniła regiony, miasta, politykę, gospodarkę i całe ukraińskie społeczeństwo.
Czytaj też: Niepokój o pokój. Ukraina nie dała się pokonać, Rosja nie zwyciężyła, ale wygrywa. Co dalej z tą wojną?
Forró jest wszędzie
„Śpiew syren” nie jest zwykłym reportażem z wojny czy o wojnie. Były ich setki, tysiące. W telewizjach całego świata, w gazetach, w mediach społecznościowych, które błyskawicznie komentowały każde zdarzenie. Tomáš Forró jest niemal wszędzie, ogląda, rozmawia z ludźmi, sprawdza. Ale jego zamiar jest znacznie szerszy niż jedynie relacja. Zamierza poznać i zrozumieć zmiany następujące w Ukrainie i opowiedzieć tę historię. Zrozumieć i wyjaśnić to, co się stało i co się wciąż dzieje z ludźmi, z krajem. To ważniejsze, uważa, niż opisywanie pojedynczych epizodów tej wojny.
Wojna. Choć codziennie obserwujemy ją niemal w bezpośredniej transmisji, to rzeczywiste linie działania, motywacje i kluczowe decyzje zaczną wychodzić na światło dzienne dopiero wiele lat po jej zakończeniu. „Na razie możemy rozmawiać tylko o tym, co oznacza ta nowa codzienność” – pisze Forró. Oprócz toczącej się wojny, której realia opisuje, analizuje także sytuację polityczną kraju.
Najpierw próbuje zrozumieć i wyjaśnić, dlaczego Ukraina była tak kompletnie, absolutnie nieprzygotowana do agresji Rosji. To irracjonalne. Bo przecież wojna w Donbasie trwała od 2014 r., aneksja Krymu była faktem, jakiego Kijów nie zaakceptował i pewnie nie zaakceptuje, los Tatarów krymskich, dramat obrońców lotniska w Doniecku były znane powszechnie. Włączenie Doniecka i Ługańska w skład Rosyjskiej Federacji, jednostronna zmiana granic z naruszeniem prawa międzynarodowego. Tym bardziej że nienaruszalność tych granic Kreml solennie gwarantował. Dlaczego, po tym wszystkim i z wiedzą, co Rosjanie potrafią, nie uwierzono ostrzeżeniom amerykańskich służb. Nie minowano granic, nie stawiano zapór przeciwczołgowych, nie kopano okopów, nie gromadzono zapasów żywności, amunicji. Dlaczego nie przebazowano z lotniska w Hostomelu największego samolotu świata, słynnego Marzenia?
Rządzący, z prezydentem Zełenskim i premierem kraju, ministrem obrony i najważniejszymi wojskowymi zaniedbali wszystko. Czy wystarczająca jest opowieść, że nie chciano wzbudzać paniki społecznej, runu na banki? Czy Ukraińcy usprawiedliwią swoich liderów, czy wybaczą Zełenskiemu jego błędy? Tysiące zabitych, rannych, inwalidów? Zrównanie z ziemią miast i miasteczek. Tułaczki, głodu? Odpowiedź przyniesie wynik przyszłych wyborów.
Zresztą Zełenskiego sprzed wojny Forró uważa za nieudolnego przywódcę, którego dopiero wojna wykreowała na męża stanu.
Ukraińskość Ukraińców
Kolejnym pytaniem, na które Forró próbuje znaleźć wyjaśnienie, jest dorastanie do ukraińskości samych Ukraińców. Do patriotyzmu. Co sprawia, że stali się patriotami, gotowymi ginąć za kraj. Co – że Ukraina stała się ich krajem, nie tylko miejscem, gdzie akurat żyli, jak za Sowietów bywało. Kiedy ruskij mir stał się znienawidzony i przeklęty?
Nie tylko język ukraiński jest wyrazem patriotycznej postawy, choć od wybuchu wojny używanie ukraińskiego stało się swego rodzaju manifestacją. A rosyjski jawi się synonimem agresji. Jednak mówienie po rosyjsku to dziś coś kompromitującego.
Wymowne jest pytanie, zadane dziennikarzowi przez przypadkowo spotkaną starszą kobietę gdzieś w okolicy Izjumu: „Synku, dlaczego ONI to NAM robią? Dlaczego robią to temu krajowi?”
Albo chłopska partyzantka, która nękała Rosjan od pierwszych dni agresji, zanim ogarnęli się zawodowi wojskowi? Albo częstowanie rosyjskich żołnierzy zatrutym jedzeniem, kiedy nie ma się innej broni pod ręką? Czy to wyraz patriotyzmu?
„Napiszcie, że to wszystko wina Ukrainy. Bo się broni”. Słowa wypowiedziane przez kobietę w zburzonym mieście. Wina Ukrainy, nie Rosji.
Jest też słowo: zdrada. Forró opisuje to, co przemilczali ukraińscy dziennikarze. Żeby nie dawać argumentów ani satysfakcji Rosjanom. Również – żeby nie kruszyć jedności, bo ta, nawet wątła, zespalała Ukraińców w walce z wrogiem. Pomagała w trudach przetrwania głodu, zimna, wszechobecnej śmierci, rozpaczy. Wspierała.
Armia agentów
Kupiańsk. Tu po wyzwoleniu miasta SBU aresztowała setki mieszkańców za kolaborację. Kiedy do Kupiańska wkroczyła armia rosyjska, bez wahania przyłączyły się do niej niemal cała miejscowa policja oraz wielu cywilów. Dlatego Rosjanie nie musieli niszczyć miasta – mieli tu swoją piątą kolumnę. W Charkowie, przed nadejściem Rosjan, też działała armia agentów.
Rosyjskie oczekiwania były nie całkiem oderwane od rzeczywistości. Opłacani ludzie wskazywali Rosjanom drogę do miasta malując znaki fluorescencyjną farbą na drzewach, murach, płotach. Wskazywali pozycje rozlokowania obrońców, ważne przedsiębiorstwa, cele do zbombardowania.
Miasto na atak Rosjan nie było przygotowane. Nie było okopów, nikt nie postawił zapór przeciwczołgowych, a obrońcy nie mieli nawet dostatecznych zapasów amunicji. Czy to przypadek czy celowe działanie, sabotaż w wykonaniu państwowych służb bezpieczeństwa?
Rosjanie zaatakowali Charków z kilku stron jednocześnie. „Byli pewni, że całe miasto czeka, że oni je wyzwolą. Czeka po prostu na swoich. Wystarczy więc jedynie zniszczyć odizolowane centra oporu nacjonalistów, którzy trzymają w szachu całe miasto, i wtedy mieszkańcy z ulgą i miłością powitają ich na ulicach kwiatami” – podsumowuje.
Rozczarowali się dzięki postawie obywateli.
Czytaj też: Palec na spuście. Strzelać czy nie? Ochrona przestrzeni powietrznej NATO jest jak partia szachów
Charków, Chersoń, Sławutycz
Miasto stoczyło dramatyczną walkę o niepodległość. „Ludzie umierali w walących się blokach, na ulicach, w długich kolejkach po chleb i w podziurawionych rakietami i granatami dziecięcych szpitalach. Ci, którzy przeżyli, nauczyli się rozpoznawać kierunek oraz typ lecących pocisków nie gorzej niż sami żołnierze. Inni spędzili długie miesiące w piwnicach i na stacjach metra, głodni i pozbawieni podstawowych środków higieny” – przypomina autor.
Charków, pierwsza stolica Ukrainy, leży tuż przy granicy z Rosją. Zawsze był rosyjskojęzyczny, mieszka tam zresztą wielu etnicznych Rosjan. A wtedy, na początku wojny, nawet wśród inteligencji, artystów, uczonych przeważał rosyjski. Ale świetny charkowski uniwersytet zdołał wykształcić przez lata tysiące ludzi w poczuciu, że są Ukraińcami, bez względu na to, w jakim języku się komunikują. Studenci stanęli do obrony miasta jako jedni z pierwszych.
Autor opisuje cykl życia w Charkowie: „W nocy dźwięk rakiet i samobójczych dronów, łoskot walących się budynków, syreny alarmów lotniczych. W ciągu dnia dźwięki maszyn budowlanych, odgłosy remontów, stukot przybijanych płyt pilśniowych w miejsce rozbitych okien i drzwi”. To zresztą cykl powszechnie obowiązujący we wszystkich miastach i miasteczkach. To niezłomność.
Wielu rozmówców Forró jest przekonanych, że władze postanowiły bez walki oddać Charków i inne miasta Rosjanom, aby w ten sposób uratować resztę Ukrainy. „Miasto udało się obronić jedynie dzięki decyzji lokalnych dowódców tajnej służby SBU i armii, którzy wzięli obronę Charkowa we własne ręce i rozdali broń ochotnikom. Ukraińscy i rosyjscy sąsiedzi wspólnie wyszukiwali okupacyjne cele wojskowe i meldowali o nich ukraińskiej tajnej służbie SBU” – opisuje sytuację reporter.
A Chersoń na południu kraju. W zajęciu miasta pomogli Rosjanom zdrajcy. Po wojnie prokuratura będzie miała dużo pracy. Już zresztą ma.
Sławutycz też przeważnie jest rosyjskojęzyczny. Ale – wyjaśnia Forró – mieszkańcy stracili jakikolwiek związek mentalny z Rosją. „Przez te dziesięciolecia po cichu, niezauważalnie wsiąkła w ludzi ukraińska tożsamość. I kiedy przyjechały do nich rosyjskie czołgi, wszystko to wypłynęło na powierzchnię. Ukraina stała się ich ojczyzną i chcieli oddać za nią życie, występując przeciwko własnym rodakom. Choć Rosjanie wcale nie byli ich rodakami. Mieszkańcy Sławutycza są bowiem Ukraińcami bez względu na swoje pochodzenie etniczne”. Dowiedli tego swoją bohaterską postawą.
No właśnie, nigdy nie wiadomo, w którą stronę się potoczy historia. Tak to z ukraińskością.
Czytaj też: Relacja z frontu: walki pod Kupiańskiem
Mieszkania bez mieszkańców
Tomáš Forró zanurzał się w wojenną Ukrainę wielokrotnie i w różnych wcieleniach. Jako reporter, jako wolontariusz, dostarczający pomoc humanitarną dla głodujących miast i wiosek, wreszcie – jako włóczęga. Sypiał w opuszczonych domach i mieszkaniach, których właściciele uciekli, zostawiając cały dorobek. Ten często bywał rozszabrowany, zrabowany. W splądrowanych mieszkaniach zostały puste ściany, resztę pokrywała gruba warstwa kurzu. Czasem zastawał wnętrza uporządkowane, jakby właściciele opuszczali to miejsce przekonani, że za chwilę wrócą. W zlewozmywaku pozostała nieumyta filiżanka po kawie. Wchodzenie do cudzych mieszkań bardzo go początkowo krępowało. Później przywykł. Bez wody, prądu, ogrzewania, czasami sąsiedzi wynajmowali lokal, chcąc nieco dorobić „każdemu, kto jest na tyle szalony, żeby się tutaj zapuścić”.
Może się to wydać dziwne, że człowiek wchodzi do mieszkania bez wiedzy właścicieli, bez ich zgody. Ale może oni nigdy tu już nie wrócą, a on musi się przespać, albo schronić przed deszczem i chłodem. Rosjanie lub swoi, jeśli przyjdą, i tak rozkradną lub zniszczą.
Hotele stały puste, właściciele dawno uciekli, zdążyli zabić okna deskami lub dyktą. Albo były w połowie zburzone lub zwyczajnie niebezpiecznie było tam przebywać. Dziwne to wszystko i straszliwie smutne. Taką Forró zastał Odessę, jedno z najpiękniejszych miast Europy.
Jako dziennikarz zawsze mógł liczyć na pomoc wojska. Miał tam zresztą mnóstwo wspaniałych znajomych, nawet przyjaciół, którzy służyli pomocą nawet z narażeniem życia. Zwłaszcza, gdy władze przestały patrzeć przychylnym okiem na zachodnich dziennikarzy, ponieważ pisali zbyt dużo niewygodnej prawdy. I nie dawało się ich kontrolować ani ustawiać. Czasem musiał liczyć na prawie przypadkowe kontakty. Za pieniądze mógł załatwić nawet samochód z kierowcą. Pieniądze przydawały się jak nigdy, choć na Ukrainie przydawały się zawsze. Sam też ryzykował życiem. Można zapytać, czy warto. Książka „Śpiew syren” daje odpowiedź. Ja dodam, że potrzebne jest jeszcze szczęście. Jak we wszystkim.
Jako dziennikarz próbuje obalić niektóre mity. Jak choćby o możliwej katastrofie w Czarnobylu, jaką mógł wywołać brak prądu. Tymczasem inżynierowie z Czarnobyla, rozmówcy Forró, zdecydowanie twierdzili, że „tygodniowa przerwa w dostawach prądu, jaka wystąpiła zarówno w elektrowni, jak i w mieście (Sławutycz), w istocie nie groziła żadną katastrofą”. Choć to nie znaczy, że było tam całkiem bezpiecznie. Radiofobia była skuteczną bronią.
Czytaj też: Dwa światy na wojnie z Rosją. „Po ciała dawno nikt już nie przyjeżdża”. Paweł Reszka pisze z linii frontu
Wojna na dwóch poziomach
Jako wolontariusz dostarczał pomoc głodującym. Widział ludzi drapieżnie walczących o dary i takich, którzy mówili: dajcie tym, którzy mają gorzej niż ja. Kiedy w Polsce zbierano w sklepach żywność dla Ukrainy może my, syci, nie mieliśmy żadnego wyobrażenia, jak dotkliwy głód cierpieli Ukraińcy na okupowanych, ale także na wyzwolonych terenach. Odbierający rozum czasami. Mieszkali w ruinach, w piwnicach, wokół było morze zniszczeń, jakby świat o nich całkiem zapomniał. Trudno udźwignąć takie spotkania.
Forró jako wolontariusz zetknął się po raz pierwszy z handlem bronią, uprawianym przez wojskowych i wolontariuszy. Choć wydaje się to trudne do pojęcia, a nawet do uwierzenia, że dowódcy, z chęci zysku, pozbawiali swoich żołnierzy broni i amunicji. Sprzedawano nawet rakiety Javelin. Tę broń odnajdywano później w dotkniętych wojnami krajach afrykańskich. I nie tylko. Trafiała do terrorystów. Amerykanie powołali specjalną komisję, która miała pilnować przekazywanej Ukrainie broni i pieniędzy. Nie zawsze potrafiła upilnować. Handlarze bronią zarabiają krocie. Handlowano nawet pochodzącym z darów umundurowaniem i butami dla żołnierzy, jakie zamiast do okopów trafiały do internetowych sklepów. Żywność lądowała na prywatnych straganach. Ginęły pieniądze, miliony dolarów, przekazywane przez rządy i darczyńców. Fałszywe zbiórki przynosiły krociowe zyski oszustom. Trudno w to uwierzyć, ale tak jest. Jedni oddają życie, inni myślą wyłącznie o tym, jak się wzbogacić, za każdą cenę. Miliony zarobili lekarze, wydający fałszywe zaświadczenia o niezdolności do służby wojskowej.
Korupcja była problemem tego kraju zawsze. Teraz, podczas wojny, problem urósł do niewyobrażalnych rozmiarów. Ukraińscy dziennikarze nie pisali o tym, bo jak pisać, że pieniądze z darów trafiają na prywatne konta zamiast na front. Śledztwa prowadzili zazwyczaj ich koledzy z zagranicznych redakcji.
A z drugiej strony – bohaterstwo żołnierzy i cywilów budzi nadzwyczajny szacunek. Gdyby nie ono losy wojny mogłyby wyglądać inaczej. Kiedy Forró zobaczył żołnierzy piechoty, zagrzebanych po szyje w okopach, napisał z podziwem, ale i smutkiem, że nigdzie na Zachodzie ludzie nie potrafią tak żyć ani tak walczyć, jak Ukraińcy.
„Śpiew syren” to prawdziwie wielki reportaż. Pokazuje heroizm, ale i tchórzostwo, zdradę, jakie są składową każdej wojny. Pokazuje politykę i życie na froncie, od podszewki.
Kiedy kończył pisanie książki na początku 2024 r. nie było wiadomo, jaki będzie los tej wojny, jakie będzie jej zakończenie i kiedy ono nastąpi. Do dziś tego nie wiemy, a walki o Pokrowsk trwają, jak rok czy dwa temu.
Forró uważa, że wojna toczy się na dwóch poziomach. Ten pierwszy lansuje pogląd, że upadek rosyjskiego reżimu i zwycięstwo Ukrainy to kwestia czasu. To oficjalne ukraińskie media kontrolowane przez rząd oraz zachodnia prasa, której część bezkrytycznie sympatyzuje z obrońcami i ich walką o wolność. O błędach nie należy wspominać. Po co? Żeby ucieszyć rosyjską propagandę?
Drugi poziom to wiarygodne świadectwa rozmówców Forró i jego osobiste doświadczenia wywiezione z wojny. Jedno z nich jest takie, że Rosjanie bardzo powoli, ale nieustannie idą naprzód na froncie wschodnim. Atakują. Niszczą infrastrukturę krytyczną. Zabijają.
Pyta, czym byłaby porażka Ukrainy? I odpowiada: oznaczałaby, że wysiłki przyzwoitych zachodnich polityków i pieniądze podatników poszły na marne. „Zwycięstwo Rosji przede wszystkim złamałoby kręgosłup ideałom wolnego świata” – uważa Forró. Bo uwierzyliśmy, że wojna o Ukrainę to wojna o Europę. Co nie wyklucza konieczności dyskusji o sytuacji Ukrainy, jej przyszłości, odbudowie jeśli wojna się skończy. Bez Europy to niewykonalne.
Tomáš Forró, „Śpiew syren”. W głąb wojennej Ukrainy, przeł. Andrzej S. Jagodziński, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, wydanie I, stron 664.