Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Ukraina i przyszłość. Koszmar prowadzenia wojny, dramat zawierania pokoju

Nie wiemy czy i na jakich warunkach zawarty będzie rozejm, ale zapewne to Ukraina będzie musiała pójść na dalszy kompromis, ponieść wyższe koszty pokoju niż agresor, przed którym się tak dzielnie broni. Nie wiemy czy i na jakich warunkach zawarty będzie rozejm, ale zapewne to Ukraina będzie musiała pójść na dalszy kompromis, ponieść wyższe koszty pokoju niż agresor, przed którym się tak dzielnie broni. Smarterpix/PantherMedia
W najbliższych tygodniach lub miesiącach Ukraina może być zmuszona do dokonania wyborów najbardziej bolesnych w swojej historii. Obserwując zmagania Kijowa z kosztem zakończenia wojny, warto pamiętać o strategii wyjścia, granicach Europy i zdolnościach sojuszy.

Kończenie wojen jest z reguły cięższe niż wchodzenie w nie. Zwłaszcza wojen obronnych, których nie udaje się w zdecydowany sposób wygrać, a prowadzić nadal jest coraz trudniej. Obrona przed atakiem, zwłaszcza w jego pierwszych chwilach, to sytuacja moralnie klarowna i niosąca wiele pozytywnych, jednoczących emocji. Napadnięty naród ma prawo do obrony i wolę walki, nawet jeśli środki i siły do jej prowadzenia bywają ograniczone czy okazują się nieskuteczne. Cel walki jest jednak jasny – odparcie agresji, wypchnięcie sił przeciwnika z własnej ziemi, zadanie mu strat, a jeśli to wykonalne – wymierzenie kary w sensie ekonomicznym i prawnomiędzynarodowym.

Gdyby sięgnąć do początkowych warunków rozejmu formułowanych w Kijowie, tak właśnie Ukraina widziała koniec wojny. Wtedy, gdy zdawała się mieć przewagę nad siłami inwazyjnymi Władimira Putina. „Peremoga” – zwycięstwo – było w pakiecie celów ambitnych i cieszących się bezwarunkowym poparciem Zachodu, który miał wspierać Ukrainę „tak długo, jak to będzie potrzebne”. Na kilka tygodni przed końcem czwartego i początkiem piątego roku wojny sytuacja jest inna. Rosji nie wypchnięto z ukraińskiej ziemi, a kolejne wersje „planów pokojowych” z góry wykluczają pociągnięcie do odpowiedzialności dyktatora z Kremla. Wsparcie z Zachodu ogranicza się do Europy i bardziej zależy od układu politycznych sił w poszczególnych krajach niż od „jedności NATO” czy UE.

Nie wiemy, czy i na jakich warunkach zawarty będzie rozejm, ale zapewne to Ukraina będzie musiała pójść na dalszy kompromis, ponieść wyższe koszty pokoju niż agresor, przed którym się tak dzielnie broni.

Czytaj także: Niewygodny lider? Niemcy są już drugie w NATO po USA

To się nie może powtórzyć

Zawarcie pokoju przy konieczności ustępstw to najbardziej bolesna decyzja państwa. Ale każdy kraj powinien mieć przygotowany, może w swoich najtajniejszych dokumentach, swego rodzaju „pakiet ucieczkowy”, pozwalający mu wyjść ze śmiertelnej opresji przy zachowaniu istnienia i perspektyw na przyszłość.

Na szczęście Ukraina nie stoi dziś na skraju unicestwienia, do tego jest wciąż bardzo daleko i zapewne to nigdy nie nastąpi. Ale jak wynika z obecnej trajektorii zdarzeń, wcześniej czy później jej przywódcy staną przed wyborem, czy kontynuować wyniszczającą wojnę, czy przetrwać, odbudować się i przez to zwyciężyć, a być może kiedyś na nowo podjąć walkę.

Co należy do takiego niezbędnika przetrwaniowego? Wiele mówi o tym najnowsza wersja „planu pokojowego”, liczącego dziś 20 punktów, o których po wizycie w Waszyngtonie mówił prezydent Wołodymyr Zełenski. Wcześniejszy plan, 28 punktów ustalonych w zakulisowych negocjacjach USA i Rosji, został okrojony w wyniku interwencji europejskich przywódców z rzeczy najbardziej sprzyjających Moskwie, ale jest też nieporównanie mniej korzystny dla Ukrainy niż pomysły Zełenskiego sprzed kilku lat. Sprowadza się on do ochrony i zabezpieczenia na najbliższą przyszłość podstawowych interesów Ukrainy, z myślą nie tyle o pokonaniu Rosji, co o zachowaniu istoty państwowości, narodowości, tożsamości, kultury i dziedzictwa. Jeśli porównać to do zabiegu ratującego życie, można mówić o „amputacji przetrwaniowej”.

Najważniejsze to zachowanie „trzonowego” terytorium kraju z jego historyczną stolicą Kijowem, nawet jeśli trzeba będzie zaakceptować uznanie obcego zwierzchnictwa nad ziemiami peryferyjnymi. Historyczne serce ukraińskiej państwowości bije nad Dnieprem, więc Rosji nie wolno dać go przekroczyć w marszu na zachód. Nie do pomyślenia jest oddanie, leżącej co prawda na wschód od Dniepru, ale drugiej co do wielkości ukraińskiej metropolii – Charkowa. Mimo iż teoretycznie leży on w zasięgu ataku, Rosja nawet nie próbowała zmasowanego szturmu na półtoramilionowe miasto i ograniczyła się do wypadu wojsk specjalnych we wczesnej fazie inwazji.

Od początku dużo większy apetyt ma na Donbas, czyli nasycone przemysłem połacie Ukrainy dalej na wschód od Dniepru aż do Morza Azowskiego i rzeki Doniec. Kategoryczne żądanie ich oddania Rosji wydaje się nienegocjowalne na obecnym etapie „procesu pokojowego”. Kwestia Krymu jest jeszcze bardziej skomplikowana z powodu decyzji Nikity Chruszczowa z 1954 r. (urodzonego w obwodzie kurskim niedaleko ukraińskiej granicy i związanego z ukraińskim aparatem KPZR), by przyłączyć półwysep do ukraińskiej republiki sowieckiej, rzekomo w celu prostszego zarządzania z Kijowa niż z Moskwy. Przez następne ponad pół wieku Krym zrósł się z Ukrainą, aż do jego aneksji 12 lat temu, dokonanej przez „zielone ludziki” z Rosji przy braku zbrojnego oporu zdemoralizowanej, przeżartej korupcją i agenturą armii ukraińskiej.

Ukraina dziś wie, że to się nie może powtórzyć. Kraj – być może – zostanie ociosany terytorialnie, ale musi być w stanie się obronić. Stąd żądanie utrzymania w czasie pokoju sił zbrojnych liczących 800 tys. żołnierzy. A więc największej po USA armii wyznającej zachodnie wartości, a także – przynajmniej po części – doktryny i systemy szkolenia NATO. Utrzymanie tak licznego wojska będzie dla Ukrainy bardzo kosztowne, choć – gdy nadejdzie zawieszenie broni – nieco tańsze niż w czasie wojny.

Jednak to nie będzie czas urlopów, a intensywnego szkolenia, podtrzymywania i podnoszenia gotowości bojowej, dozbrajania i uzyskiwania nowych zdolności. Bo Rosja też nie będzie odpuszczać. Okres po wstrzymaniu aktywnych działań wykorzysta na „pieriedyszkę”, czyli odnowienie sił, zasobów, zapasów i – co może być najgroźniejsze – szersze niż do tej pory zaaplikowanie wniosków ze świeżo prowadzonej wojny do praktyki wyszkolenia i planowania.

Choć minister obrony w Moskwie mówi, że wydatki budżetowe na armię spadną, nie należy sądzić, że stanie się ona mniej skuteczna. Wręcz przeciwnie. Rosja przekonała się na polu bitwy o finansowych realiach posiadania drogich, ciężkich i kosztownych w utrzymaniu platform bojowych i od lat rozwija alternatywny sektor systemów – może kiepskich i zbyt plastikowych – ale za to tanich i wystarczająco skutecznych, zwłaszcza gdy wytwarzanych i używanych w wielkiej masie. To gwarantuje putinowska gospodarka wojenna i siły zbrojne nieliczące się ze stratami.

Czytaj też: Palec na spuście. Strzelać czy nie? Ochrona przestrzeni powietrznej NATO jest jak partia szachów

Grożący palec

Dlatego Ukraina jako warunek swojego przetrwania postawiła na zasilanie finansowe w możliwie największym stopniu pochodzące z własnej gospodarki. Wsparcie finansowe Zachodu – po odmowie Donalda Trumpa ponoszenia kosztów przez USA ograniczone dziś do Europy – jest niepewne nawet w kilkuletniej perspektywie.

Dla Ukrainy kluczowy jest dostęp do morskich szlaków handlowych, czyli wybrzeża i portów, umożliwiających eksport jej najważniejszych surowców, towarów i produktów – głównie bogactw i wytworów ziemi. Do tego krajowi w trzech czwartych otoczonemu przez wrogą Rosję i niechętną Białoruś potrzebne są wrota, drzwi, okna i choćby lufciki na świat, z których najważniejsze to żeglowne dla dużych statków rzeki, kanały i dostępne porty. Koleją też da się eksportować, ale na mniejszą skalę i przy ciągłej zależności od zgody, dostępności i przepustowości obcych portów i rynków.

Po zagrabieniu przez Rosję Morza Azowskiego jedyne dla Ukrainy wrota na świat o szerokości odpowiadającej jej potrzebom i możliwościom daje Morze Czarne. Wybrzeże azowskie, cenne przemysłowo, jest w krótkiej i średniej perspektywie nie do odzyskania, a w dodatku zamknięte wąskim gardłem kontrolowanej przez Moskwę cieśniny kerczeńskiej (mostu nad nią wciąż nie udało się zburzyć). O Morzu Azowskim trzeba pamiętać, ale nie sposób uwzględniać go w kalkulacjach ekonomicznych. Już bardziej uruchomione dzięki współpracy Rumunii kanały Budziaku, ukraińskiej przyległości północnej części delty Dunaju z zasilającymi go Prutem i Seretem. Geografia ma znaczenie dla ekonomii, nawet gdy sięga poza własne terytorium.

Gwarancją tego planu musi być bezpieczeństwo w międzynarodowym wymiarze. Za obronę terytorium wciąż odpowiadać ma silna armia ukraińska, ale utrzymanie stabilności Ukrainy na wypadek ponownej agresji ma być efektem wielonarodowych i dwustronnych porozumień, w tym dotyczących stacjonowania na terytorium Ukrainy kontyngentów z europejskich państw NATO (i Kanady), wspieranych przez siły zbrojne USA. W pakiecie przetrwania to kwestia być może najważniejsza, bo w istocie rozciągająca strategiczno-obronne granice Europy daleko na wschód.

O ile rzeczywiście armie zachodnie skierują na Ukrainę – już na linię frontu, a nie na tyły – żołnierzy, będą narażone na bezpośrednią konfrontację z Rosją. To model powtarzający tzw. tripwire force, czyli siły potykacze, jakie NATO rozmieściło na swojej wschodniej flance w reakcji na pierwszą rosyjską agresję na Ukrainę. Wszyscy zdawali sobie wtedy sprawę, że w razie zmasowanego ataku Rosji pewnie polegną w walce z przeważającymi siłami wroga, ale zmobilizuje to reakcję dużo większych i potencjalnie silniejszych wojsk Sojuszu.

Od tego czasu NATO zmieniło podejście i chce się bronić od samych granic bez żadnych ustępstw, nie oddając Rosji ani centymetra ziemi. Obrona Ukrainy przez siły NATO jest nierealna, dopóki USA (i kilka krajów Europy) blokują jej wejście do Sojuszu. Ale kotwicą bezpieczeństwa – grożącym palcem skierowanym w stronę Rosji – ma być obecność wojsk zachodniej koalicji chętnych. Ma to zmniejszyć zarówno ból po utracie terytoriów, jak i zapewnić reakcję - w tym zbrojną - na ponowny atak Rosji.

Z tym, że wszyscy łącznie z Rosją mają świadomość, że USA i NATO nie chcą z nią dużej wojny. Wszelkie uzgodnienia wojskowe, których zresztą Rosja od początku nie akceptuje, miałyby służyć utrzymaniu rozejmu lub pokoju, ale nie walki Zachodu z kolejną rosyjską agresją. Niepewny status bezpieczeństwa, szara jego strefa jest więc wpisana w pakiet ukraińskich koncesji, które ewentualne porozumienie ma tylko potwierdzić. Z marzeń Ukraińców o Zachodzie pozostanie oficjalnie zadeklarowana, ale w praktyce niepewna, ścieżka wejścia do Unii Europejskiej. Poza oporem kilku stolic, w tym – kto wie – Warszawy, jest jeszcze rosnąca nienawiść Rosji do Unii w związku z jej rosnącymi ambicjami obronnymi. Kreml widzi, że przy możliwej dezercji Waszyngtonu to Bruksela staje się centrum europejskiego bezpieczeństwa – a przy tym ma do dyspozycji budżet wielokrotnie większy od rosyjskiego.

Dlatego Moskwa zrobi, co w jej mocy, a niestety ma jej sporo, by zburzyć z trudem wypracowaną europejską zgodę w sprawie obrony i zbrojeń, a przez to poszerzyć szarą strefę bezpieczeństwa poza Ukrainę. Na to w pakiecie ukraińskich ustępstw dla pokoju nie powinno być zgody. Alternatywą dla wszystkich będzie dramat tak samo bolesny, leczy już znany i okiełznany – dalsza wojna.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kultura

13 najlepszych polskich książek roku według „Polityki”. Fikcja pozwala widzieć ostrzej

Autorskie podsumowanie 2025 r. w polskiej literaturze.

Justyna Sobolewska
16.12.2025
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną