Między Moskwą a Caracas. Rosja oberwała podwójnie. Traci przyczółek i szuka pocieszenia
Władimir Putin zwyczajowo w takich sytuacjach milczy, a komunikaty Kremla są dość wyważone. Tak jest i tym razem. Oficjalne oświadczenie w sobotę, w dniu ataku USA na Wenezuelę, wydał resort spraw zagranicznych. Bardzo precyzyjnie dobrał słowa. Czytamy o „wydarzeniach wokół Wenezueli”, a nie interwencji czy zamachu stanu. Nie ma wzmianki o porwaniu Nicolasa Maduro z małżonką, lecz o „przebywaniu prezydenta Wenezueli w Stanach Zjednoczonych”. Wreszcie: Moskwa nie domaga się, lecz „wzywa amerykańskie władze do ponownego rozważenia decyzji i uwolnienia legalnie wybranego prezydenta suwerennego kraju”. To ostatnie natychmiast łagodzi sugestią, by „wszelkie problemy” między USA i Wenezuelą rozwiązywać „w drodze dialogu”.
Wyważony język dyplomatyczny skierowany jest przede wszystkim do Białego Domu, natomiast frustracjom daje upust Dmitrij Miedwiediew, od którego zawsze można się odciąć. Były prezydent Rosji twierdzi, że USA działają w myśl lex fortissimum, czyli „prawa silniejszego”. „Powiedzmy szczerze naszym towarzyszom ze słonecznego Pindostanu: nie mają już nawet formalnie czego nam zarzucić” – dodał Miedwiediew. Pindosy to obraźliwe określenie Amerykanów.
Czytaj też: Doktryna Trumpa. Agresja USA na Wenezuelę wywraca stolik. Caracas nie leży wcale tak daleko
Rosja traci ważny przyczółek
Obalenie Nicolasa Maduro oznacza dla Rosji utratę przyczółku w Ameryce Południowej. Moskwę i Caracas wiąże umowa o strategicznym partnerstwie, która weszła w życie w listopadzie ubiegłego roku. W myśl art. 14 kraje zobowiązały się zacieśniać relacje obronne.
Strategicznie bliskie relacje rozwijały już zresztą wcześniej, za rządów Hugo Chaveza, który w 2001 r. złożył w Rosji oficjalną wizytę. W 2005 Wenezuela stała się jej największym partnerem w Ameryce Łacińskiej, przede wszystkim odbiorcą rosyjskiej broni. W lipcu 2025 Rosobronexport zakończył w Wenezueli pierwszą fazę budowy zakładu amunicji, który ma produkować naboje do Kałasznikowa – nawet 70 mln sztuk rocznie. To sukces, choć „Rosobronexport stanął przed poważnymi wyzwaniami, w tym presją sankcji nałożonych na oba kraje” – wyjaśniał prezes Aleksander Michiejew w wywiadzie dla agencji Interfax w lipcu 2025 r. Jak jednak dodał, Rosjanie zawsze wywiązują się z zobowiązań wobec swoich partnerów.
Kreml nie może przy tym konkurować z Chinami – jego pomoc na ich tle jest niewielka i doraźna. Wspierał rząd w Caracas głównie w sytuacjach, gdy borykał się z niedoborami gotówki. Na przykład w 2014 r. kontrolowany przez państwo Rosnieft dokonał wielomilionowych przedpłat na wenezuelską ropę i intensywnie inwestował w sektor naftowy. Rosja pomagała też budować ukryte sieci finansowe i logistyczne pozwalające Wenezueli obchodzić sankcje USA.
Czytaj też: Świat o pojmaniu Maduro. Europa została ostrzeżona, prawo dżungli zastąpiło dyplomację
Rosja służy Wenezueli pomocą
Po obaleniu Maduro i zapowiadanym przejęciu kontroli nad wenezuelskim sektorem naftowym Rosjanie obawiają się problemów. Z ich szacunków wynika, że USA zyskają realną szansę wpływania na ceny ropy, bo będą kontrolować 20 proc. produkcji tego surowca (własnej i „wyzwolonej” ropy Wenezueli) i 40 proc. światowych zasobów. Rosjanie muszą się też liczyć z tym, że stracą środki już zainwestowane w wenezuelski sektor naftowy. Chodzi przede wszystkim o zadłużenie spółki PDVSA wobec Rosnieftu, które jeszcze w 2017 r. wynosiło 6 mld dol. i wciąż nie zostało spłacone.
Rosjanie czynnie pomagali Wenezueli obchodzić sankcje w tym obszarze. 20 grudnia siły amerykańskiej floty próbowały zatrzymać tankowiec w ramach blokady okrętów przewożących wenezuelską ropę. „Bella 1” nie miała wywieszonej żadnej bandery. Zgodnie z prawem taki okręt jest uznawany za bezpaństwowy i podlega inspekcji. Pościg trwał prawie dwa tygodnie – w ostatniej chwili „Bella 1” zmieniła nazwę i została wpisana do Rosyjskiego Rejestru Morskiego. Jej portem macierzystym nagle stało się Soczi. 31 grudnia władze w Moskwie wysłały notę dyplomatyczną do USA, domagając się zaprzestania pościgu.
Wartość Caracas zawsze rosła, gdy pogarszały się relacje Wenezueli z USA. W listopadzie ubiegłego roku Maduro poprosił Moskwę o wzmocnienie wenezuelskiej obrony przeciwpowietrznej, m.in. naprawę zakupionych w Rosji Su-30Mk2. W połowie grudnia rosyjski MSZ oświadczył, że chce „pomóc Wenezueli podjąć właściwą decyzję” w jej relacjach z USA. Szef departamentu Ameryki Łacińskiej Aleksander Szczetinin tłumaczył, że Rosja „zapewni niezbędne wsparcie polityczne bratniemu narodowi” i „wierzy w zwycięstwo zdrowego rozsądku”.
Czytaj też: USA porywają Maduro. Ta akcja przejdzie do historii operacji specjalnych. Trump zyskał. Kto stracił?
ZSRR 2.0
Reżim Maduro do ostatniej chwili, jak się zdaje, wierzył w rosyjską pomoc. W trakcie przewrotu w Moskwie przebywała prawdopodobnie wiceprezydentka Wenezueli Delcy Rodríguez. 3 stycznia udzieliła wywiadu telefonicznego telewizji Venezolana de Televisión (VTV), potępiła „brutalną amerykańską agresję” i zażądała od USA natychmiastowego dowodu życia Maduro. Jej obecność w Moskwie potwierdziły m.in. Reuters, hiszpańskie agencje informacyjne 20 minutos, The Objective i Vozpopuli. Rosjanie zaprzeczyli, co nie oznacza, że Rodríguez nie przebywała w Moskwie z nieoficjalną misją ratunkową.
Kreml nie miał woli ani ochoty poświęcać się dla Wenezueli. Maduro ma tu status podobny do Baszara Asada. Żadnego z sojuszników Moskwa nie uchroniła przed utratą władzy, w obu przypadkach zrzucała winę na drugą stronę. Asad sam był sobie winien, bo był za słaby, Nicolasa Maduro zdradzili zaś najbliżsi współpracownicy.
Nie zmienia to faktu, że obalenie Maduro uderza w Rosję podwójnie. Ucierpiał jej wizerunek „ZSRR 2.0”, potęgi zdolnej rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym. Do tego amerykańscy specjalsi obalili Maduro w dwie godziny i dwadzieścia minut, podczas gdy Rosjanie tkwią w Ukrainie już piąty rok.
Odpowiada na to propaganda, wieszcząc kolejną katastrofę Amerykanów: na wzór interwencji w Iraku czy Afganistanie. Agencja Ria Nowosti przeprowadziła wywiad z byłym dyplomatą amerykańskim Matthew Bryzą i wyeksponowała głównie jego lęk o to, że Stany Zjednoczone „utkną w tym zadaniu (okupacji Wenezueli) na lata, może dziesięciolecia”. Bryza przypomniał „straszne historie” z Afganistanu i Iraku: USA obaliły reżim, wzięły na siebie odpowiedzialność za odbudowę regionu i nic z tego nie wyszło. Trump zapowiadał, że nic podobnego się nie powtórzy, mówi tymczasem o odbudowie Wenezueli.
Moskwa się pociesza
Pocieszeniem dla Kremla jest doktryna Monroego. Operacja w Wenezueli potwierdza, że zachodnia hemisfera jest zamknięta przed ingerencją zewnętrznych mocarstw. Rosyjscy eksperci, m.in. były oficer wywiadu Anatolij Matwijczuk („Moskowskij Komsomolec”), przewidują, że ekipa Trumpa skupi się na „swoim podwórku, posprząta je i pokaże światu, kto tu rządzi”.
Na zasadzie wzajemności oznacza to, że inne mocarstwa, w tym Rosja, mają prawo do tego samego w swoich strefach wpływów. Rosja nie ogranicza się przy tym wyłącznie do republik byłego ZSRR; żądania, które w grudniu 2021 r. Kreml przedstawił USA i NATO, jasno wskazują, że chce odzyskać kontrolę nad państwami byłego bloku wschodniego, czyli Europy Środkowo-Wschodniej.
Ale polityka międzynarodowa jest niekończącą się grą. Choć Wenezuela wydaje się stracona, niechęć wobec amerykańskiego interwencjonizmu, nawet wśród przedstawicieli opozycji, nadal jest żywa. Amerykanie mogą nie zdołać przejąć pełnej kontroli nad Caracas. „Trwałość poparcia społecznego dla chavistów i ich zdolność do stawiania oporu będą decydujące w najbliższej przyszłości. Pytanie, na jakie ryzyko Trump jest jeszcze gotowy” – zastanawia się na łamach dziennika „Kommiersant” Fiodor Łukjanow, dyrektor programowy Klubu Wałdajskiego.