Powrót szacha. Czy Reza Pahlawi wróci na pawi tron w Iranie? Ma czarną plamę na życiorysie
Ruhollah Chomeini, przywódca rewolucji islamskiej z 1979 r., przekręca się w grobie. Jego Irańczycy od trzech tygodni buntują się na ulicach i – przynajmniej niektórzy z nich – wykrzykują „Dżawid szach!” (Wieczny szach!) lub po prostu „Niech żyje szach!”. A jest tylko jedna żyjąca osoba, która mogłaby do tego tytułu aspirować.
Reza Pahlawi to 65-letni syn ostatniego faktycznego szacha Iranu, czyli obalonego przez Chomeiniego Mohammada Rezy. Faktycznego, bo młody Reza został zaprzysiężony na szacha po śmierci swego ojca w 1980 r. w Kairze, tylko nie miało to żadnego znaczenia. Wówczas już nawet Amerykanie cofnęli uznanie dla dynastii Pahlawich, nie mówiąc o samych Irańczykach, którzy dali się porwać rewolucji.
I nagle, prawie pół wieku później, dzieci i wnuki tamtych „rewolucyjnych” Irańczyków chciałyby powrotu monarchii? I to jeszcze w osobie Rezy Pahlawiego?
Czytaj też: Protesty w Iranie zaczęły się na bazarze. Reżim uspokoi ulicę? Równanie z dwiema niewiadomymi
Reza uczył się od ojca
Urodził się w Teheranie jako najstarszy syn panującego szacha. W internecie łatwo znaleźć zaskakujące zdjęcia z tamtego Iranu: kobiety w miniówkach, mężczyźni pijący alkohol, ulice i sklepy nieróżniące się od tych zachodnioeuropejskich. W 1925 r. dynastia Pahlawich przejęła (siłą) władzę w państwie w zasadzie feudalnym, zacofanym i na wskroś konserwatywnym. I gdy w latach 60. zaczęła zarabiać na eksporcie ropy naftowej (tak, to dynastia zaczęła zarabiać; nie sposób było oddzielić majątku rodziny panującej i państwa), ojciec Rezy postanowił poeksperymentować na poddanych.
Oczywiście przyświecały mu szlachetne ideały: emancypacyjne, laickie i wolnościowe. Ale wszystko musiał robić na siłę, bo Irańczycy w większości nie chcieli współpracować. W Teheranie były więc miniówki, alkohol i zachodni styl, ale już na prowincji był modernistyczny zamordyzm, który wszystkich niedających się zmodernizować w najlepszym wypadku wykluczał z życia publicznego, a w najgorszym po prostu z życia.
Mały Reza uczył się od ojca, jak rządzić krajem – w końcu od siódmego roku życia był już oficjalnym następcą tronu. Musiał widzieć, jak ten system się degeneruje. Jak monokultura gospodarcza oparta na ropie blokuje rozwój jakichkolwiek alternatywnych źródeł dochodu. Jak „oporni” wobec modernizacji są pozbawiani środków do życia albo po prostu gniją w więzieniach. Musiał w końcu widzieć powszechną korupcję i absurdalną pozycję dynastii czczonej niczym gromada bóstw.
I korzystał z tego. Jako dziecko regularnie latał z matką do Paryża na zakupy. Rodzice pozwalali mu rozwijać własne zainteresowania – już jako 11-latek odbył pierwszy samodzielny lot własnym samolotem. Gdy miał 17 lat, rodzice wysłali go na zaawansowany kurs pilotażu samolotów myśliwskich do Teksasu. Tam zastała go rewolucja islamska. Od tamtego czasu nie był w ojczyźnie.
Czytaj też: Czy to początek końca reżimu w Iranie? Ta władza nie odejdzie bez walki
Czarna plama na życiorysie
Maroko, Egipt – po odsunięciu od władzy zaczął błąkać się z rodziną po świecie. Gdy ojciec szach umarł, postanowili osiąść w Stanach Zjednoczonych, niedaleko Waszyngtonu, gdzie Reza do dziś ma swoją posiadłość. Gdy na początku lat 80. Irak zaatakował Iran, zgłosił się do irańskiej armii, chciał walczyć jako pilot w tej wojnie. Ale reżim się nie zgodził. Potem jeszcze dwukrotnie Amerykanie planowali wykorzystać Rezę przy próbach obalenia władzy ajatollahów, bezskutecznie.
Potem w życiorysie Rezy jest czarna plama. Wiadomo, że korespondencyjnie skończył politologię na jednym z amerykańskich uniwersytetów. Ale jak wyśledziła kilka lat temu redakcja Politico, nie ma żadnych śladów zatrudnienia Rezy przez całe jego dorosłe życie. Rodzina Pahlawich żyje w USA wciąż dzięki majątkowi, który ostatni szach wywiózł (ukradł), gdy uciekał z Iranu przed rewolucją. Politico kończy swoje śledztwo stwierdzeniem, że jedynym regularnym zajęciem Rezy przez te wszystkie lata było chodzenie po mediach i opowiadanie o Iranie. Do dziś robi w zasadzie to samo – z tą różnicą, że zaczął wzywać Irańczyków do kontrrewolucji.
Czytaj też: Iran wrze. Władze wyłączyły internet, to znak, że dzieje się coś poważnego
Synalek satrapy na czele Iranu?
Przez lata praktycznie nikt w Iranie nie zwracał na Rezę uwagi. Jeśli już, to raczej wywoływał irytację i oburzenie. Cokolwiek by nie mówić o islamskiej rewolucji, wielu Irańczyków na niej skorzystało: ekonomicznie, edukacyjnie, choćby godnościowo. A jeszcze więcej z nich – nawet jeśli są rozczarowani rewolucją – dobrze pamięta, dlaczego ona wybuchła i jaką w tym wszystkim rolę odegrała dynastia Pahlawich. Reza przez lata był więc przede wszystkim synalkiem satrapy, który całe życie spędził w luksusie za ukradzione narodowi pieniądze i plecie bzdury o Iranie, o którym nie ma pojęcia.
Tu w sumie nic się nie zmieniło. Zmienił się natomiast kontekst wewnętrzny i międzynarodowy. Iran zapada się od środka ekonomicznie, społecznie i, siłą rzeczy, politycznie. Reżim bije kolejne rekordy niepopularności. Aktualne protesty, które wybuchły z grubsza z powodu inflacji, szybko przerodziły się w bunt polityczny. Na jego czele stoi młode pokolenie, które nie załapało się na korzyści rewolucyjne swoich rodziców. I jednocześnie z własnego doświadczenia nie pamięta dynastii Pahlawich. Za to – znów, upraszczając – ogląda te zdjęcia z miniówkami, alkoholem i zachodnim blichtrem na ulicach Teheranu, potem rozgląda się wokół i zastanawia się, gdzie islamska rewolucja zaprowadziła ich kraj.
I tu pojawia się Reza. Świetnie ubrany, mówiący językami, z kontaktami w Waszyngtonie. I obiecuje im świecką demokrację, którą Iran stanie się zaraz po obaleniu władzy ajatollahów i przeprowadzeniu stosownego referendum. A w międzyczasie on sam, Reza Pahlawi, oferuje się w swojej skromnej osobie jako patron „transformacji”. Ojciec opatrznościowy, który poprowadzi Iran ku lepszej przyszłości.
Ten plan jest tak niedorzeczny, że warto zatrzymać się nad teoriami, które może tylko brzmią spiskowo. Otóż po wybuchu protestów ajatollahowie odcięli Iran od świata, wyłączając najpierw internet, a potem bardzo ograniczając połączenia telefoniczne. Działa tylko reżimowa propaganda, która oczywiście straszy Irańczyków powrotem szacha i wielu z nich naprawdę boi się takiego scenariusza. Jednocześnie w panującym chaosie informacyjnym nie sposób ocenić, jaki naprawdę zakres mają wśród demonstrujących hasła monarchistyczne. Ilu z nich rzeczywiście wzywa naszego Rezę do powrotu na pawi tron.
Czytaj też: Rewolucja irańska 1979: dlaczego wybuchła, co będzie po niej. Najpierw było poczucie krzywdy
Rewolucja albo kontrrewolucja
I tu wchodzi teoria, która może tylko brzmi jak spiskowa, a tak naprawdę pisze o niej coraz więcej niezależnych irańskich blogerów: poza kręgami bogatej irańskiej diaspory, która kocha Rezę, kto najbardziej korzysta na promocji wizji powrotu Pahlawich do władzy (wyłączając Donalda Trumpa, bo z nim nigdy nic nie wiadomo)? I kto jednocześnie kontroluje wciąż w dużym stopniu przekaz płynący z Iranu na zewnątrz? Ajatollahowie.
Zgodnie z tą teorią rządzącym pasuje takie ustawienie ringu, na którym są tylko oni i Reza Pahlawi. Rewolucja albo kontrrewolucja. I nie ma żadnej demokratycznej trzeciej drogi. Ajatollahowie zdają się mówić: albo jesteście z nami, albo wszystko stracicie, gdy wróci monarchia. Z kolei do tych, którzy mają niewiele do stracenia, dociera ostrzeżenie, że gdy wróci Pahlawi, nie będzie żadnej demokracji, tylko despocja. Nie ma innej opcji.
To oczywiście fałszywy dylemat – Irańczycy nie są skazani tylko na te dwie opcje. Ale reżimowi i Rezie to pasuje.