Świat

Bloger Donald Trump. Wraca do sieci tylnymi drzwiami

Donald Trump w kampanii wyborczej. Listopad 2020 r. Donald Trump w kampanii wyborczej. Listopad 2020 r. Carlos Barria / Forum
Zablokowany w mediach społecznościowych Donald Trump na pewien czas zamilkł, dając oddech politycznym komentatorom. Teraz powrócił. I to w dość nieoczekiwany sposób – na blogu.

8 stycznia, krótko po ataku zwolenników Donalda Trumpa na Kapitol, Twitter nałożył dożywotniego bana na byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wkrótce potem także Facebook zablokował mu konto (najpierw tymczasowo, ale dziś zdecydował, że blokada będzie trwać). Niemal automatycznie czasowy zakaz publikowania objął też Instagrama. Wyrzucony ze wszystkich większych platform Trump na pewien czas zamilkł, dając odrobinę oddechu politycznym komentatorom. Teraz powrócił. I to w dość nieoczekiwany sposób. Bo na blogu.

Czytaj też: Arcytroll Trump zesłany na cyfrową banicję

Rządy Trumpa na Twitterze

Nie da się zrozumieć prezydentury Trumpa bez podkreślenia znaczenia, jakie miały dla jego rządów publikowane masowo tweety. Nawet jeśli jako przywódca nie wygłaszał porywających przemówień, a jego konferencje prasowe rzadko emocjonowały, to na Twitterze był aktywny niemal non stop. Choć mówi się, że to Barack Obama odkrył potęgę mediów społecznościowych w kampaniach politycznych, to dopiero Trump pokazał, jak bardzo można dziś sprawować urząd głównie na Twitterze. Dziesiątki czy setki tweetów – wypuszczanych też w środku nocy – to był charakterystyczny element jego prezydentury. W każdej chwili mógł udostępnić tu ważne informacje czy opinie, które wymagały medialnego komentarza. Niezależnie od tego, czy popełnił literówkę, podał dalej post dowolnego wyznawcy teorii spiskowych, czy wyraźnie podważał wyniki wyborów.

Zbanowanie Trumpa na Twitterze było więc pewnym szokiem. Choć już wcześniej zdarzały się tu ograniczenia dla celebrytów czy dziennikarzy politycznych, to pierwszy raz zamknięto (dożywotnio) platformę dla tak ważnej osoby. Nawet niechętni byłemu prezydentowi komentatorzy wskazywali, że to sytuacja bardzo niejednoznaczna. A Twitter zdecydował się zawiesić konto dopiero po przegranych przez Trumpa wyborach, ignorując ewentualne naruszenia regulaminu z przeszłości. Cała ta sytuacja pokazała siłę, jaka dziś drzemie w social mediach. Jeśli Trumpa nie byli w stanie uciszyć wyborcy, to z pewnością mógł to zrobić zarząd Twittera, odcinając publikę od jego postów.

Czytaj też: Czy Andrzej Duda ma FOMO?

Apple, Google, Amazon dyktują warunki

Obserwacja, że social media sterują treściami, które docierają do ich odbiorców, nie jest nowa. Choć większość osób nie poświęca zbyt wiele czasu na refleksję nad algorytmem, który podsuwa im takie, a nie inne wiadomości, to świadomość, że jesteśmy zamknięci w niewielkich ideologicznych bańkach, jest coraz większa. Jednocześnie, zwłaszcza po prawej stronie sceny politycznej, silne jest przekonanie, że Twitter czy Facebook zawsze popierają liberalne czy lewicowe elity, marginalizując przekaz konserwatywny. Stąd wysyp platform takich jak Parler czy Albcla, które mają zapewnić swym użytkownikom całkowitą wolność słowa.

Problem w tym, że alternatywne portale wcale nie są rozwiązaniem. Przede wszystkim także muszą mieć regulaminy, chociażby po to, by regulować obecność treści pornograficznych czy prezentujących przemoc. Niewielkie platformy też są zależne od sklepów internetowych, gdzie da się wykupić dostęp do aplikacji. I tak Parler – który miał działać bez żadnej moderacji – został zawieszony przez sklepy Apple i Google, a Amazon wycofał stąd swoje usługi hostingowe. Niezależnie od tego, jak toksyczny był to serwis, świat znów się przekonał, jak silne są największe korporacje, gdy chodzi o kontrolowanie tego, co właściwie możemy przeczytać w internecie.

Nawet jeśli uważamy działania internetowych gigantów za uzasadnione (zwłaszcza w kontekście rozprzestrzeniania się teorii spiskowych i dezinformacji), to arbitralność tych decyzji może budzić niepokój. Znaleźliśmy się bowiem w sytuacji, gdy to prywatne firmy podejmują decyzję o tym, co jest dopuszczalne w sieci.

Czytaj też: Jak Trump wydał wojnę Twitterowi

Kto ucieka z Facebooka i Twittera

Wróćmy jednak do Donalda Trumpa i jego skromnego bloga, który wygląda jak próba przeniesienia Twittera na osobną, własną stronę. Krótkie wpisy wyglądają niemal dokładnie tak samo jak jego dawny twitterowy feed. Platforma bardzo przypomina estetykę z początku lat dwutysięcznych, kiedy niemal każdy polityk i komentator polityczny prowadził własnego bloga.

Niezależnie od skromnej oprawy graficznej trzeba przyznać, że blog jest pewnym wyjściem z patowej sytuacji, w jakiej znalazł się Trump. Jest to jego miejsce w sieci, gdzie nie musi liczyć się z nałożonym przez jakąś platformę regulaminem. Oczywiście jest szansa, że np. firma hostingowa bloga zrezygnuje z oferowania mu swoich usług, ale ten problem dużo łatwiej obejść niż dożywotni zakaz korzystania z platformy społecznościowej.

Warto zaznaczyć, że ucieczka z serwisów społecznościowych nie dotyczy wyłącznie prawicowych polityków czy zwolenników teorii spiskowych. W zależności od sytuacji politycznej w kraju zakładanie własnych stron może być sposobem na obejście ograniczeń narzucanych przez różne represyjne władze. Zdarzało się, że platformy w sieci szły na rękę konkretnym rządom, kasując krytykę pod ich adresem. Niedawno taka sytuacja miała miejsce w Indiach, gdzie Twitter pod presją władz usunął część niepochlebnych dla nich postów dotyczących pandemii covid-19.

Ban bez sensu

Choć posunięcie Donalda Trumpa może bawić, to w istocie nie jest ważne, gdzie wrzuca do sieci swoje treści, ale co się będzie z nimi działo dalej. Przy każdym poście jest możliwość udostępnienia go swoim znajomym na Twitterze czy Facebooku. A to znaczy, że wpisy Trumpa mogą wrócić na popularne platformy tylnymi drzwiami, podawane przez jego zwolenników.

Co więcej, pojawienie się treści byłego prezydenta w sieci sprawia, że pewną decyzję, co z nimi zrobić, muszą podjąć też dziennikarze. Jeśli będą zaglądać na bloga i komentować pojawiające się tam komentarze, to na dłuższą metę nie będzie miało znaczenia, gdzie Trump pisze – jego poglądy i opinie nadal będą żywe w internecie. I żaden ban tu nie pomoże.

Czytaj też: Biden wygrywa, trumpizm pozostaje

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ludzie i style

Wszechobecny Krzysztof Stanowski. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Wyrósł najwyraźniej na pierwszego dziennikarza w Polsce, którego koniecznie trzeba przekonać do swoich racji. Bo można się ze Stanowskim nie zgadzać, ale „trzeba go szanować”.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
13.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną