Wojna z Iranem dzieli Amerykę. Trump jest wielkim ryzykantem. Obali reżim w Teheranie?
Wojna z Iranem, rozpoczęta w nocy z piątku na sobotę (czasu amerykańskiego) przez Donalda Trumpa, dzieli Amerykę. Republikanie w Kongresie popierają inwazję, Demokraci potępiają ją jako ryzykowną akcję podjętą bez konsultacji z legislaturą. Różnie ocenia się także szanse jej powodzenia. Wyrażany jest niepokój, że ograniczona na razie do ataków z powietrza kampania może się przekształcić w zbrojny konflikt na szerszą skalę. I obawy, że odwetowe uderzenia Iranu w bazy USA w rejonie Zatoki Perskiej spowodują ofiary wśród amerykańskich żołnierzy.
Iran: Ameryka podzielona
Republikański przewodniczący komisji sił zbrojnych w Senacie Roger Wicker wydał oświadczenie pochwalające atak jako „konieczną operację w obronie Amerykanów i amerykańskich interesów”. Sekundowali mu drugi rangą w klubie parlamentarnym GOP senator John Barrasso oraz republikański przewodniczący komisji wywiadu w Izbie Reprezentantów Rick Crawford. Z entuzjazmem powitał amerykańsko-izraelski atak senator Lindsey Graham, znany jastrząb w Kongresie, od dawna nawołujący do inwazji Iranu. Nazwał go operacją „niezbędną i od dawna uzasadnioną”. Jej celem – dodał – musi być obalenie islamskiego reżimu w Teheranie. W sieci napisał, że akcja jest „dobrze zaplanowana”, i wyraził przekonanie, że zakończy się powodzeniem.
Ogłaszając początek inwazji, Trump uzasadnił ją potrzebą „zapewnienia bezpieczeństwa” Ameryce i Amerykanom, zagrożonym ewentualnością uzbrojenia się Iranu w broń nuklearną. Wezwał jednocześnie Irańczyków do obalenia rządu – przyznając tym samym, że ostatecznym celem wojny jest zmiana reżimu. Szanse na to oceniane są jednak sceptycznie.
– Trump ma nadzieję, że Irańczycy przyjaźnie nastawieni do Zachodu przejmą kontrolę w kraju. Nie jest to prawdopodobne – powiedział „Polityce” ekspert ds. Bliskiego Wschodu z John Hopkins University Daniel Serwer. Według znawców Iranu najbardziej prawdopodobnym scenariuszem po śmierci ajatollaha Chameneiego bądź odsunięcia od władzy ajatollahów jest zastąpienie ich reżimu wojskową dyktaturą kierowaną przez Strażników Rewolucji Islamskiej.
Niewykluczone, że jeśli nie uda się obalić reżimu, Trump ogłosi jako sukces dalsze osłabienie irańskiego arsenału rakietowego, co zmniejszyłoby ryzyko ataków na Izrael i amerykańskie cele w regionie. Za sukces uznano by też dalsze ewentualne zniszczenia instalacji nuklearnych.
Obalić reżim w Teheranie. I co dalej?
Demokraci na Kapitolu od dłuższego czasu próbowali doprowadzić do uchwalenia rezolucji ograniczającej prezydentowi możliwość zainicjowania ataku bez konsultacji z Kongresem. Nie dopuścili do tego politycy republikańscy: przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson i lider większości w Senacie John Thune. Po rozpoczęciu bombardowań demokratyczni legislatorzy nie szczędzą krytyki Trumpowi. Kongresmen Jim Himes nazwał je „wojną z wyboru (a nie konieczności) bez strategicznego planu gry”. A senator Mark Warner prezydencki rozkaz inwazji określił jako „decyzję, która grozi wciągnięciem Stanów Zjednoczonych w kolejny szerszy konflikt na Bliskim Wschodzie”.
Ani jedna, ani druga partia nie okazała się jednak monolitem w postawie wobec inwazji. Republikański kongresmen Thomas Massie, znany z krytyki Trumpa, przypomniał, że to wojna „bez upoważnienia Kongresu”. Inwazję potępiła również znana ultraprawicowa kongresmenka Marjorie Taylor Greene. Wśród Demokratów z szeregu wyłamał się senator John Fetterman z Pensylwanii, polityk umiarkowany w kwestiach krajowych i bardzo proizraelski.
Niejednoznaczną opinię wyraził były ambasador USA w ONZ i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Trumpa w jego pierwszej kadencji John Bolton. „Cele tej inwazji są słuszne i prawomocne”, powiedział w telewizji MSNBC, przypominając, że Iran jest brutalną dyktaturą i czynnikiem destabilizacji w regionie, a jego prace nad budową broni nuklearnej – choć zakłócone bombardowaniem instalacji atomowych w czerwcu 2025 r. – zagrażają Izraelowi i całemu światu. Dodał jednak: „Nie wiem, czy Trump podchodzi do tego poważnie. Jeżeli będzie konsekwentnie dążył do zmiany reżimu w Iranie, martwię się, że nie skoordynował tego z irańską opozycją. Z drugiej strony reżim w Teheranie jest dziś najsłabszy w swej historii”.
Bomby nie wystarczą
Sceptycy zwracają uwagę przede wszystkim na fakt, że inwazja jest ograniczona do ataków z powietrza. Dotychczasowe amerykańskie interwencje zbrojne, które doprowadziły do obalenia reżimów we wrogich państwach, jak Irak, były operacjami na pełną skalę, z użyciem wojsk lądowych. Eksperci są zgodni, że samo użycie sił powietrznych nie wystarcza zwykle do usunięcia wrogiego reżimu. Inwazję poprzedziły wielotygodniowe masowe protesty antyrządowe, krwawo stłumione przez siły bezpieczeństwa Republiki Islamskiej.
Przypomina się poza tym, że obie wojny z Irakiem – w 1991 i 2003 r. – były prowadzone razem z sojusznikami.
„Trump jest wielkim ryzykantem. Rozpoczął wojnę bez koordynacji z Kongresem i bez udziału sojuszników USA, z wyjątkiem Izraela” – powiedział specjalizujący się w tematyce bezpieczeństwa międzynarodowego publicysta „Washington Post” David Ignatius. Podobny pogląd przedstawił były dowódca wojsk NATO w Europie, emerytowany admirał James Stavridis. „Czy grozi nam eskalacja wojny? Ależ oczywiście!”, powiedział i wezwał do „modlitw za wojska amerykańskie” na Bliskim Wschodzie.
Z drugiej strony niektórzy eksperci zwracają uwagę, że irański arsenał rakietowy jest ograniczony po ataku z czerwca, kiedy zbombardowano wyrzutnie, magazyny i centra dowodzenia.
Komentatorzy zauważają, że do inwazji Iranu zachęciło prawdopodobnie powodzenie operacji w Wenezueli na początku roku, kiedy amerykańscy komandosi wylądowali w Caracas, porwali prezydenta Nicolasa Maduro i jego żonę i przewieźli ich do USA. Stojąca dziś na czele „zdekapitowanego” dyktatorskiego reżimu Delcy Rodriguez w obawie przed dalszą agresją spełnia teraz żądania Waszyngtonu.
„W Iranie nie ma żadnej Delcy Rodriguez”, powiedział Ignatius. Na agresję Iran odpowiedział atakami na bazy USA w regionie. Religijny przywódca kraju ajatollah Ali Chamenei oświadczył wcześniej, że jest gotów zginąć męczeńską śmiercią w obronie islamskiej teokracji. W sobotni wieczór premier Izraela Beniamin Netanjahu oświadczył, że „Chameneiego już z nami nie ma”. Potwierdził to później również Donald Trump.
Donald Trump wiele ryzykuje
Zarządzona przez Trumpa inwazja przeczy jego zapewnieniom, że nie będzie wszczynał nowych wojen, chyba że w obronie żywotnych interesów USA. Większość ekspertów uważa, że Iran im obecnie nie zagrażał. Atak wywołał mnóstwo negatywnych reakcji działaczy MAGA z izolacjonistycznego odłamu tego ruchu, znanego jako America First. Wypowiedź kongresmenki Greene to tylko jedna z wielu tego rodzaju opinii. Zdaniem niektórych komentatorów inwazja może Trumpa drogo kosztować – zwłaszcza jeśli w trakcie eskalującej kampanii zginą amerykańscy żołnierze.
Prezydent sam powiedział, że przewiduje taką ewentualność. Polityczne ryzyko dla samego Trumpa jest o tyle niewielkie, że za niecałe trzy lata odchodzi z Białego Domu bezpowrotnie, nie musi myśleć o reelekcji. Myślą o niej jednak Republikanie, obawiając się, czy zachowają większość w Kongresie. Tegoroczne „połówkowe” wybory będą jak zwykle rodzajem plebiscytu na temat urzędującego prezydenta. Obietnica niewszczynania niepotrzebnych wojen była ważną częścią kampanii Trumpa w 2024 r., więc jego irańska akcja będzie się liczyć.
Nie wiadomo jednak na razie, jak będzie przebiegać – jak długo potrwa i czy pociągnie za sobą amerykańskie ofiary.