Kultura

Najlepsze książki fantastyczne. Covid nie zaszkodził

Biorąc pod uwagę jakość i różnorodność tytułów, fantastyka ma bardzo dobry czas. Biorąc pod uwagę jakość i różnorodność tytułów, fantastyka ma bardzo dobry czas. Morgan Vander Hart / Unsplash
Pandemia uderzyła w rynek książki, wywracając do góry nogami wydawnicze plany. Ale biorąc pod uwagę jakość i różnorodność tytułów, fantastyka ma bardzo dobry czas.

Długo zanosiło się na to, że gremia przyznające nagrody w dziedzinie literatury fantastycznej będą zmuszone odkurzyć dawno nieczytane regulaminy i testować opcje zawieszenia wyłaniania laureatów, a w najlepszym razie wybierać spośród naprawdę wąskiego grona nominowanych. Rynek książki, który tradycyjnie w styczniu i lutym budzi się po świątecznej przerwie, nabierając rozpędu w kwietniu i maju (choćby ze względu na Warszawskie Targi Książki czy poznański festiwal fantastyczny Pyrkon), zamarł. Wydawcy wstrzymali oddech i premiery.

Z prezentowanych niżej (subiektywnie wybranych) najlepszych fantastycznych książek 2020 r. jedynie „Wydech” Teda Chianga ukazał się w pierwszej połowie roku, jeszcze w marcu. Wszystkie pozostałe do otwartych już księgarń trafiły późną jesienią lub zimą. Budujące, że mimo przeciwności dobra literatura obroniła się, a skompletowanie listy tylko dziesięciu najciekawszych książek okazało się trudnym zadaniem. Ale spróbujmy.

10. Joe Hill, Gaz do dechy, przeł. Danuta Górska, Izabela Matuszewska, Wydawnictwo Albatros

Zbiór opowiadań „Gaz do dechy” to siódma książka w dorobku Hilla, ale pierwsza, w której otwarcie porusza temat swojego ojca Stephena Kinga. Nie tylko drukuje opowiadania napisane wspólnie z nim, ale też dokonuje autoanalizy, wskazując swoich pisarskich idoli. Prócz Kinga wymienia Raya Bradbury’ego, Neila Gaimana, Davida Mitchella czy Richarda Mathesona. Dla Hilla to podsumowanie długiej drogi od publikacji pod pseudonimem, gdy nikt nie wiedział, kim jest, po walkę o samodzielną pozycję na rynku, gdy było już jasne, czyim jest synem.

„Gaz do dechy” potwierdza jego status i umiejętności. Opowiadania reprezentują różne literackie wrażliwości, a choć dominuje groza, to miewa zaskakujące odcienie, jak choćby we wspaniałej, straszno-dziwacznej „Stacji Wolverton” o pociągu pełnym antropomorficznych wilków.

Tym, co w największym stopniu łączy Hilla z twórczością ojca, jest dar snucia wciągających opowieści, rzadki talent „gawędziarza”, który mógłby pisać o czymkolwiek, a i tak czytalibyśmy z zapartym tchem.

Okładka książki „Gaz do dechy”mat. pr.Okładka książki „Gaz do dechy”

9. Liu Cixin, Wędrująca Ziemia, przeł. Andrzej Jankowski, Rebis

Najpopularniejszy chiński pisarz fantastyczny, autor głośnej trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi”, tu daje się poznać jako twórca opowiadań. Najbardziej znany jest tekst tytułowy, w Polsce drukowany w antologii „Kroki w nieznane” (2014), na świecie rozsławiony wysokobudżetową adaptacją o tym samym tytule.

Liu Cixin wskrzesza fantastykę naukową w formie charakterystycznej dla mistrzów gatunku, jak Isaac Asimov, Arthur C. Clarke, Brian Aldiss czy Stanisław Lem. Jego książki to preteksty do rozważań, ćwiczeń myślowych (wizja tzw. litego wszechświata), opowieści o Pierwszym Kontakcie czy sny o budzących podziw osiągnięciach inżynieryjnych (jak umieszczone na orbicie zwierciadło, dzięki któremu Chiny mogą kontrolować pogodę). Bohaterowie Liu to zwykle po prostu nośnicy idei i informacji. Chińczyk jest najbardziej pasjonujący, gdy daje się porwać swoim niezwykłym wizjom, przelewa na papier pasję do nauki i wiarę w potencjał ludzkości, by sięgać gwiazd i dalej. To bardzo optymistyczna fantastyka, pełna przekonania o wspólnocie, wartości wysiłku realizowanego nie przez jednostkę, ale naród, a nawet całą planetę.

Sama tytułowa „Wędrująca Ziemia” jest doskonałą wizytówką prozy Liu Cixina – ludzkość ratuje się przed groźbą wypalenia Słońcem, przekształcając Ziemię w statek kosmiczny i uciekając w dalsze rejony Układu Słonecznego. Mało kto tak jeszcze pisze.

Czytaj też: Science fiction po chińsku

Okładka książki „Wędrująca Ziemia”mat. pr.Okładka książki „Wędrująca Ziemia”

8. Philip Pullman, Tajemna wspólnota, przeł. Wojciech Szypuła, Wydawnictwo MAG

W 1995 r. Philip Pullman opublikował „Zorzę polarną”, historię filozoficzną poruszającą m.in. wątek religii i Kościoła. Dziś to klasyka literatury młodzieżowej. Pullman nie widział się jednak w roli autora dla młodszych czytelników, co widać w kolejnych tomach serii „Mroczne materie”: „Delikatnym nożu” (1997) i „Bursztynowej lunecie” (2001). Po latach historia się powtarza. „La Belle Sauvage” (pierwsza z trylogii „Księga Prochu”, też z uniwersum „Mrocznych materii”) śmiało można zaklasyfikować jako przygodową opowieść dla młodzieży, tymczasem „Tajemna wspólnota” robi przeskok fabularny i jest adresowana do starszego czytelnika.

Znana z „Zorzy polarnej” nastoletnia Lyra jest już dorosłą kobietą (w „La Belle Sauvage” była niemowlakiem). Wracają też inni bohaterowie, m.in. jej magiczny towarzysz dajmon Pan. Poprzedni tom oferował akcję i dreszczyk emocji, nowa książka ma za to bardziej melancholijną atmosferę, skupia się na zagubieniu, odrzuceniu i bolesnym poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. To zdecydowanie najbardziej ponura powieść z tego uniwersum.

Czytaj też: „La Belle Sauvage”. Podróż przez tonący Londyn

Radykalna zmiana tonu to ciekawy zabieg. Lyra jest już inną osobą, jej opowieść jest inna, a Pullman nie odcina kuponów od sławy, ale wkracza na trudniejsze literacko ścieżki. „Tajemna wspólnota” to książka gorzka, interesująca, ze świetnie prowadzonymi bohaterami, przełamująca stagnację. Odważna.

Okładka książki „Tajemna wspólnota”mat. pr.Okładka książki „Tajemna wspólnota”

7. Suzanne Collins, Ballada ptaków i węży, przeł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz, Media Rodzina

Trylogia „Igrzyska śmierci”, otwarta w 2008 r. powieścią o takim samym tytule, to jedne z najpopularniejszych książek XXI w. Serię Suzanne Collins rozsławiły przede wszystkim ekranizacje z Jennifer Lawrence w roli Katniss Everdeen, które odcisnęły takie piętno na rynek kinowy, że do dziś niektórzy próbują „podpiąć” się pod nurt postapokaliptycznych opowieści da młodzieży, licząc choć na ułamek tego sukcesu.

Collins zamknęła trylogię w 2010 r. powieścią „Kosogłos” i od tego czasu milczała (nie licząc ilustrowanej książeczki „Year of the Jungle” z 2013 r.). Aż w 2020 r. niespodziewanie wydała nową powieść, znów przenosząc czytelników do świata z „Igrzysk...”, choć już bez Katniss, bo opisuje zdarzenia rozgrywające się kilka dekad przed jej narodzinami.

Bohaterem „Ballady ptaków i węży” jest młody Coriolanus Snow, lepiej znany jako despotyczny i bezwzględny prezydent Snow, czarny charakter w życiu Katniss Everdeen, architekt cierpienia obywateli kraju Panem. Autorka postanowiła wzbudzić w nas może nie sympatię, ale zrozumienie dla kogoś, kto zgodnie z naszą wiedzą wkrótce stanie się potworem.

Czytaj też: Dorośli czytają książki dla młodzieży

Ryzyko się opłaciło. „Ballada ptaków i węży” to zaskakujące spojrzenie na Panem, tytułowe Igrzyska (obserwujemy „wykluwanie się” ich w formie, jaką znamy z czasów Katniss), ale i Snowa, którego Collins wprawdzie nie usprawiedliwia, ale pokazuje we wszystkich aspektach. Powieść wzbogaca trylogię, a jest też po prostu uniwersalną historią o korumpującym uroku władzy i kosztach rewolucji.

Okładka książki „Ballada ptaków i węży”mat. pr.Okładka książki „Ballada ptaków i węży”

6. Jakub Bielawski, Dunkel, Wydawnictwo Vesper

Wyraźnie zafascynowany „Drachem” Szczepana Twardocha Bielawski pisze o ludziach osiedlających się na ziemiach odzyskanych. „Dunkel” to więc w największym stopniu powieść historyczna, pokazująca, że koniec wojny nie oznaczał od razu szczęścia i dobrobytu, ale był raczej początkiem długiego procesu lizania ran. Autor sięga tu do ludzkich serc i znajduje w nich mrok gęsty jak smoła, którym łatwo innych „ubrudzić”, przekazując im ból.

To horror, ale nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, bo bez wampirów czy duchów. Są tylko ludzie. I to wystarcza. Jakub Bielawski tworzy grozę, nie sięgając po narzędzia literatury grozy, a przy tym równie skutecznie (może bardziej...) budzi przerażanie. Powieść jest „nieprzyjemna”, bo ocieka lepkim mrokiem. Jednak fascynuje. Hipnotyczna fraza przyciąga, dowodząc, jak ciekawy i nieoczywisty może być horror.

Czytaj też: Polskie baśnie historyczne

Okładka książki „Dunkel”mat. pr.Okładka książki „Dunkel”

5. Bartosz Biedrzycki, Zimne światło gwiazd, Wydawnictwo IX

Polska sięga gwiazd, tak jak inne „bratnie” kraje, Rosja czy Czechy, na pohybel kapitalistom z USA. Przejmując w czasie II wojny plany budowy rakiet Wernhera von Brauna, Rosjanie i inne słowiańskie narody zyskują znaczną przewagę nad resztą świata i realizują sen o podboju kosmosu. „Zimne światło gwiazd” to kronika tych wydarzeń.

W pierwszej kolejności książka Biedrzyckiego to świetny thriller. Trochę jak „Marsjanin”, bo i tu mamy „problemy w kosmosie”, ale lepsza warsztatowo i fabularnie, bo kolejne epizody wpisują się w większą opowieść o rozwoju programu kosmicznego, a zaludniają je złożone, różnorodne, intrygujące postacie. Biedrzycki w pewnym sensie tworzy pomniki z brązu, jest zresztą w jego prozie sporo pompatyczności – ale dawkowanej, świetnie komplementującej klimat historii, wspomagającej kreację bohaterów, bo tym bardziej wybrzmiewają w niej „ludzkie” momenty. Przejmujemy się, emocjonujemy, dajemy się wciągnąć opowieściom o szalonej walce, by sięgać gwiazd. Jest w tym coś niezwykle pięknego – pasja, determinacja, odwaga i poświęcenie dla ideału większego niż pojedynczy człowiek.

Błyskiem geniuszu było opatrzenie historii fabularnych różnymi „przebitkami” z prasy, stylizowanymi na przekazy nadawane prosto z centrali partii komunistycznej. Czuć klimat retro.

„Zimne światło gwiazd” to pieczołowicie wykonany projekt literacki – na poziomie tekstu (ileż szczegółów technicznych, które budują tę rzeczywistość!) i poprzez ogólną strukturę („przebitki” z prasy), i w warstwie edytorskiej (ilustracje, schematy).

Czytaj też: Klub Tfurców. Kuźnia polskiej fantastyki

Okładka książki „Zimne światło gwiazd”mat. pr.Okładka książki „Zimne światło gwiazd”

4. Wojciech Gunia, Dom wszystkich snów, Literate

Wojciech Gunia oferuje czytelnikom coś niestandardowego, momentami konfundującego, najczęściej niejednoznacznego, a na pewno niedającego wszystkich odpowiedzi. I wierzył, że ktoś jeszcze zechce czytać dla samej przyjemności obcowania ze słowem, niezwykłymi wytworami autorskiej wyobraźni, a nie tylko po to, by wiedzieć, „jak się skończyło”. Gambit się opłacił.

Zbiór opowiadań „Dom wszystkich snów” to świadectwo pisarza idącego własną ścieżką, nieoglądającego się za siebie. Jeśli miałbym go podsumować jednym słowem, wybrałbym „dziwne”. Przyciśnięty do muru powiedziałbym, że to horror metafizyczny, czyli czerpiąca z klasyków gatunku (Lovecraft, ale też Ligotti czy Kafka) proza oparta wprawdzie na lęku, ale nieepatująca monstrami czy innymi elementami nadprzyrodzonymi, dogrzebująca się ciemności w samej ludzkiej egzystencji. Światy, sytuacje, bohaterowie to zasłony, za które trzeba zajrzeć, by odkryć ich znaczenie. Historie nie są tym, czym się wydają, bardzo rzadko też mówią cokolwiek wprost, zamiast tego wywołują różne skojarzenia („Raport z placu budowy”, opisujący wysiłki robotników stawiających dom na pustkowiu, a potem czekających na mitycznych Właścicieli, odczytuję jako refleksję nad religią i jednostronną komunikacją z Bogiem. Czy o tym pisał Gunia? Nie wiem. Możliwe, że nie. Ale do takich refleksji skłonił).

Opowiadania intrygują, budzą niepokój, a wreszcie inspirują do myślenia. To wielka wartość prozy Guni i ogromna przyjemność – cieszyć się historią, analizować ją, szukać ukrytych znaczeń, łączyć kropki i sensy. Książka prawdziwie żyje w czytelniku, nie jest autorskim monologiem, ale dialogiem.

Czytaj też: Robert M. Wegner, ulubieniec polskich fanów fantasy

Okładka książki „Dom wszystkich snów”mat. pr.Okładka książki „Dom wszystkich snów”

3. M.T. Anderson i Eugene Yelchin, Zabójstwo Brangwina Kąkola, przeł. Rafał Lisowski, Dwie Siostry

Pod pełną slapstickowego humoru historią o poselstwie tytułowego elfa do krainy przerażających goblinów kryje się błyskotliwa opowieść o ksenofobii i uprzedzeniach. Jegomość Kąkol trafia do stolicy kraju goblinów, z którymi elfy regularnie gotują krwawe łaźnie. Tam też – oficjalnie jako poseł, nieoficjalnie jako szpieg – poznaje odrażających gospodarzy, widzi ich barbarzyństwo, umacnia się w przekonaniu o wyższości elfów, sądząc, że za całe zło między rasami odpowiadają właśnie gobliny. Ale czy na pewno?

Czytaj też: Prawicowa fantastyka

Książka jest grą między pisarzem M.T. Andersonem a ilustratorem Eugenem Yelchinem, którzy snują tę samą, ale jakby inną historię. Pozornie ich opowieści są sprzeczne, a tak naprawdę się uzupełniają. Powstała rzecz jednocześnie przezabawna i niezwykle mądra, wzbogacona piękną historią niecodziennej (wydawałoby się – niemożliwej) przyjaźni. Anderson i Yelchin z gracją sięgają po różne klisze fantasy, tworząc fabułę bardzo uniwersalną, w oczywisty sposób metaforyczną. Pod maskami elfów i goblinów każdy dostrzeże ludzkość w całej jej śmieszności i pyszałkowatości. Bawiąc, uczyć i skłaniać do refleksji – to wielka sztuka.

Okładka książki „Zabójstwo Brangwina Kąkola”mat. pr.Okładka książki „Zabójstwo Brangwina Kąkola”

2. Ted Chiang, Wydech, przeł. Michał Jakuszewski, Anna Klimasara, Jakub Małecki, Konrad Walewski, Iwona Michałowska-Gabrych, Zysk

Świat zna Chianga z opowiadania „Historia twojego życia”, na bazie którego powstał film „Nowy początek” Denisa Villeneuve’a. W środowisku miłośników fantastyki pisarz od dekad jest legendą, mistrzem krótkiej formy, być może najlepszym żyjącym twórcą fantastyki naukowej.

„Wydech” to kolejny zbiór opowiadań w dorobku Chianga, który – cytując jego własne słowa – nie znalazł jeszcze dość dobrego i rozbudowanego pomysłu na powieść. W książce znalazło się kilka tekstów już u nas drukowanych, jak doskonały „Kupiec i wrota alchemika” (SF o paradoksie podroży w czasie, opowiedziana w scenografii „Baśni 1000 i jednej nocy”) czy „Cykl życia oprogramowania” (o procesie „wychowywania” sztucznych inteligencji), do tego teksty po raz pierwszy przełożone na polski („Prawda faktów, prawda uczuć” o tym, jak słowo pisane zmieniło to, jak myślimy) i napisane specjalnie do tego zbioru – jak „Omfalos” z wizją wszechświata według kreacjonistów.

Ted Chiang jest – bez żadnej przesady – geniuszem, a jego opowiadania to spotkania z niezwykłym umysłem przekładającym naukę na piękne historie.

Czytaj też: Fiction coraz bardziej science

Okładka książki „Wydech”mat. pr.Okładka książki „Wydech”

1. Erin Morgenstern, Bezgwiezdne morze, przeł. Patryk Gołębiowski, Świat Książki oraz Susanna Clarke, Piranesi, przeł. Wojciech Szypuła, MAG

Coś te autorki łączy: obie debiutowały z hukiem, pierwsza powieścią „Jonathan Strange i Pan Norrell”, a druga „Cyrkiem nocy”, z miejsca zyskując uwielbienie fanów (miliony sprzedanych egzemplarzy), ale i krytyków. A potem obie... zamilkły na lata. W przypadku Clarke między publikacją pierwszej i drugiej powieści minęło 16 lat, a Morgenstern nad drugą książką pracowała lat osiem. Warto było zaczekać.

Coś łączy również ich nowe powieści. Obie autorki zabierają nas do niezwykłych krain, ukrytych gdzieś poza naszym światem, do olbrzymiego domu, w którego piwnicach szaleje ocean, a na górnych piętrach kłębią się chmury („Piranesi”). Albo do podziemi, gdzie leży morze miodu, a na jego brzegach stoją milczące miasta („Bezgwiezdne morze”). I Clarke, i Morgenstern potrafią uwodzić słowem. Plastyczne opisy ożywają przed oczami.

Okładka książki „Piranesi”mat. pr.Okładka książki „Piranesi”

Clarke nie odkrywa wszystkich kart. To historia zagadka, niemal wszystko może być podpowiedzią i jest oczywiste, że świat ma drugie dno, skoro nawet główny bohater Piranesi wie, że to nie jest jego prawdziwe imię. Trochę jak u Wojciecha Guni – przyjemność daje nie poznawanie odpowiedzi, ale głowienie się nad pytaniami.

Z kolei Morgenstern w „Bezgwiezdnym morzu” pięknie opowiada o... opowieściach. Jej książka to kolaż z wielu historii, które zbliżają się do siebie, łączą, przeplatają i układają w spójną całość – niczym czyjeś oblicze złożone z wielu zdjęć. Jest miejsce na baśń, thriller, historię miłosną (na wiele historii miłosnych), tragedię, grozę, magię… To bardzo misternie utkana fabuła. Morgenstern popisuje się stylami, tworząc wciągające historie. Dawno już nikt nie napisał tak pięknego listu miłosnego do literatury.

Czytaj też: Kłopotliwi klasycy fantastyki

Okładka książki „Bezgwiezdne morze”mat. pr.Okładka książki „Bezgwiezdne morze”

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

TikTok – nowa fabryka hitów

Najpierw przenieśli się tu odbiorcy, widząc w tym miejsce dla żywej muzyki. Za nimi ruszyli twórcy – ostatnio Abba. I wydawcy, wyczuwając nową fabrykę hitów. Miejsce MTV zajął TikTok.

Michał R. Wiśniewski
21.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną