Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

79. dzień wojny. Na niebie znów lotnictwo bojowe. To może być gejmczendżer

Można odnieść wrażenie, że lotnictwo bojowe odgrywa w Ukrainie dość ograniczoną rolę. Można odnieść wrażenie, że lotnictwo bojowe odgrywa w Ukrainie dość ograniczoną rolę. Ukrainian Air Force / Reuters / Forum
Powolutku, stopniowo, choć droga do tego jeszcze daleka, Ukraina zaczyna przejmować inicjatywę. Na niebie znów pojawiły się jej samoloty, ten widok napawa nadzieją.

Co dzieje się na froncie? Niestety, ostatecznie padło Rubiżne, a właściwie pokryte zgliszczami miejsce, gdzie jeszcze na początku roku stało miasteczko o tej nazwie. Obrońcy wycofali się do Siewierodoniecka. Tu też jest ciężko, bo wojska są zaopatrywane przez Doniec, czyli przypuszczalnie przez ostatni, i tak uszkodzony, most, a może przez jakieś brody czy most pontonowy. Tego do końca nie wiemy.

Zarówno Rubiżne, jak i Siewierodonieck leży na wschodnim brzegu rzeki, który dla rosyjskich wojsk jest przeszkodą równie nieprzemakalną co płot na granicy Polski z Białorusią. Dlatego wycofujący się stąd Ukraińcy wysadzili most na mniejszej rzece w Wojewodiwce między miastami. Systematycznie odpierają też próby przepraw przez Doniec w okolicy Jampola i ataki na pozostałych frontach – od Siewierodoniecka aż po rejon na południe od Zaporoża. Na innych odcinkach żadnych zmian. Rejony Charkowa i Chersonia chwilowo się uspokoiły. Obie strony konfliktu skierowały cały wysiłek na Donbas.

Ukraińskie siły zatopiły kolejny rosyjski okręt, co prawda pomocniczy i raczej z kategorii średnio-półmniejszej (czyli nie taki znów mały jak np. kutry desantowe, zlikwidowane zapewne w całości na Morzu Czarnym). Tym razem chodzi o całkiem nowy sprzęt zaopatrzenia „Wsiełowod Bobrow” (zbudowany w 2016 r.), trafiony koło Wyspy Węży. To mniej więcej odpowiednik naszego ORP „Kontradmirał Xawery Czernicki”, ale nowszy.

Czytaj też: Czy w tej wojnie naprawdę chodzi o Donbas?

.KŻ/Polityka.

Rosjanie nie walczą w amerykańskim stylu

Można odnieść wrażenie, że lotnictwo bojowe odgrywa w Ukrainie dość ograniczoną rolę. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze, po latach niedoinwestowania lotnictwo wojskowe było stosunkowo przestarzałe i liczebnie słabe. Wszystkie samoloty są z czasów sowieckich; dopiero niedawno zostały w niewielkim stopniu zmodernizowane. Ukraina produkowała rakiety kierowane powietrze-powietrze, ale cierpiała na brak precyzyjnego uzbrojenia do celów naziemnych. Nieco lepsza sytuacja panowała w wojskach radiotechnicznych i przeciwlotniczych sił powietrznych, czyli – poza lotnictwem – dwóch swoich filarach.

Największym zaskoczeniem jest słabość lotnictwa rosyjskiego. Rosjanie w pierwszych dniach wojny wywalczyli na niebie przewagę, stan, w którym mogli działać w miarę swobodnie, strona przeciwna była zaś poważnie ograniczona. Nie wykorzystali tej przewagi. Nie poszła za tym seria precyzyjnych ataków, która doprowadziłaby kraj do paraliżu, nie zniszczono mostów na głównych rzekach i przecinających je głównych szlakach komunikacyjnych, stanowisk dowodzenia, a grad kierowanych bomb i rakiet nie spadł na pancerne pojazdy wojskowe ani działa...

To nie jest kampania powietrzna w stylu amerykańskim, gdy samoloty myśliwsko-bombowe i śmigłowce szturmowe kompletnie oczyściły drogę własnym wojskom lądowym, zatrzymały nieprzyjaciela w miejscu, nie pozwalając na skuteczne kontrataki na skrzydła. Precyzyjne rakiety skrzydlate Tomahawk były używane w sposób zmasowany, głównie pierwszej nocy, do kompletnego porażenia określonej sieci – dowodzenia, kierowania systemem obrony powietrznej i kluczowych węzłów komunikacyjnych w najsilniej bronionych rejonach. Efekt bezwolności i pozbawienia decyzyjności przeciwnika w teatrze działań wojennych uzyskuje się wyłącznie wtedy, kiedy naraz uderzymy we wszelkie znane sobie stanowiska dowodzenia, węzły łączności i sztaby. W przeciwnym razie dowodzenie przejmują stanowiska zapasowe, wysunięte i tyłowe albo po prostu stanowiska dowodzenia sąsiednich formacji przejmują „bezpańskie” oddziały. Atak musi być przemyślany, energiczny i zmasowany.

Czytaj też: Tak cichy ukraiński bohater pomaga ogrywać Rosjan

Bombardowanie jak żonglerka talerzami

Słynna koncepcja „Shock and Awe”, szok i przerażenie, zakłada właśnie nagły i jednoczesny atak na określony obszar funkcjonowania wroga. Tymczasem Rosjanie przez dwa i pół miesiąca odpalili niemal półtora tysiąca rakiet balistycznych i skrzydlatych o dużym zasięgu do głębokich uderzeń. I na czym się skoncentrowali? Na niczym. I dostali adekwatny efekt. A to rozwalili dom towarowy, a to jakiś skład paliw, a to blok mieszkalny, a to magazyn w porcie, innym razem wybili wielki lej niedaleko torów, urozmaicając krajobraz przejeżdżającym maszynistom. Kilka niecelnych rakiet wpadło do rzek w pewnej odległości od mostów, obsypując je wyrzuconym z dna mułem i fontanną wody. Pewnie w nadziei, że tak potraktowany stalowy most kolejowy zardzewieje i sam zatonie.

Swoją drogą, niska dokładność precyzyjnych rosyjskich rakiet jest dość zastanawiająca... Co oni znowu sknocili? Czy systemy naprowadzania korzystają z GPS lub ich rodzimego Glonass, czy też Ukraińcy skutecznie zakłócają ich sygnały? Wiadomo, że do zakłócania sygnałów GPS/Glonass Ukraina ma mobilne stacje zakłóceń Polonez (na półciężarówce) i przenośne stacje Anklaw (dwa moduły o masie po 15 kg), opracowane przez kijowską firmę Ukrspectechnika, działające na określonym obszarze. Amerykańskie rakiety skrzydlate korzystające z precyzyjnego systemu nawigacji bezwładnościowej z żyroskopami laserowymi, które miały korekcję układem DSMAC (Digital Scene Matching Area Correlator), czyli porównania cyfrowej mapy terenu z obrazem z kamery pocisku, trafiały z dokładnością 5–10 m, obywając się bez GPS. Tymczasem rosyjskie pociski, jeśli nie działa im nawigacja, mają celność porównywalną z niemieckimi V-1...

Czytaj też: Rosyjska niemoc. Trumny na kołach i nieszyfrowane rozmowy

Same samoloty rzadko korzystają z bomb i rakiet kierowanych, a zwykłe bomby zrzuca się z różną celnością. Pamiętam swoje pierwsze bombardowanie z lotu poziomego na poligonie Jagodne pod Łukowem w 1984 r. Lecąc na Lim-2 (MiG-15 bis w odmianie z Mielca), zwolniłem bombę szkolną na właściwej, jak mi się zdawało, odległości przed celem, a bomba leci, leci, leci, mija cel, leci, leci...

Dziś Rosjanie mają na samolotach cyfrowe komputery balistyczne – znam taki z Su-22 i trzeba przyznać, że bardzo fajnie działał. Ale trzeba lecieć nisko, całość wymaga pewnej wprawy, żeby dobrze wycelować serię bomb – to mniej więcej jak żonglowanie pięcioma talerzami. Wiem, że sporo ludzi to potrafi. Ale spróbujcie żonglować pięcioma talerzami, kiedy do was strzelają...

Efekt jest taki, że lotnictwo rosyjskie, wykonując po 250 wylotów dziennie (dość mało jak na 300 samolotów, powinny być trzy–cztery wyloty na maszynę, czyli 900–1200), mało co faktycznie niszczy, chyba że bombarduje miasta, wtedy tak – skutki istotnie widać. Skłania to niektórych do fałszywego wniosku, że powietrzna przewaga w konflikcie pełnoskalowym ma niewielkie znaczenie. Ale gdy popatrzymy na całokształt działań rosyjskiego wojska, to nawet żołnierz na polu walki wyda nam się przeżytkiem – zamiast walczyć, łazi po okolicy, rabuje i gwałci.

Czytaj też: Rosjanie się wgryzają i szpiegują, Ukraińcy popełniają błędy

Nad Kijów Rosjanie się nie zapuszczają

Ukraińskie siły powietrzne nigdy nie były zbyt silne, bo skupiono się na stworzeniu systemu obrony powietrznej państwa, na bezpośrednim wsparciu wojsk i prowadzeniu rozpoznania w zakresie działań bojowych. Na ten pierwszy cel poświęcano ok. 70 proc. wysiłku całych sił powietrznych. Wojska radiotechniczne wystawiły kilkanaście mobilnych posterunków radarowych i pasywnych systemów obserwacji celów, jak słynna Kolczuga (śledzi wroga, odbierając sygnały z jego radarów, systemów nawigacyjnych i radiostacji). System działa do dziś i nie tylko pozwala na naprowadzanie myśliwców i wskazywanie celów własnym rakietom przeciwlotniczym, ale i na ostrzeganie ludności przed atakami.

Ponadto wojska przeciwlotnicze rozwinęły dość skuteczną zaporę rakiet przeciwlotniczych średniego zasięgu, osłaniając Kijów, częściowo Charków, Odessę, Dniepr i Lwów. Nad Kijów Rosjanie w ogóle się już dziś nie zapuszczają, a nad Charkowem bywali dość obficie zestrzeliwani. Obrona przeciwlotnicza Kijowa potrafi strącić nawet Iskandera, używając postradzieckiego, ale doskonałego jak na owe czasy systemu S-300W Antiej. Spośród samolotów lotnictwa sił powietrznych Ukrainy większość stanowiły myśliwce MiG-29 i Su-27, zdolne do walk powietrznych. Także one przyozdobiły teraz ukraiński krajobraz dymiącymi wrakami rosyjskich maszyn, zwłaszcza na początku konfliktu. Wrogów zdolnych do prowadzenia walk powietrznych było trzy razy tyle, wiele zostało jednak unieruchomionych na zbombardowanych i zaatakowanych rakietami lotniskach.

Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii

Ukraińskie lotniska. Nauczka też dla Polski

Tutaj nauczka dla nas: samoloty potrzebują lotnisk, najlepiej całych. Chodzi o to, by pas startowy i drogi kołowania nie były podziurawione bombami, magazyny paliw niespalone, żeby hangary nie zawaliły się na stojące w nich samoloty, a na lotnisku funkcjonowała jakaś służba ruchu i środki nawigacyjne. Gdzieś też trzeba trzymać amunicję. Służba meteo dawałaby już pełnię szczęścia.

Tu widać, jak ważne są bataliony remontu lotnisk, specjalne jednostki. Miałem kiedyś przyjemność obserwować ćwiczenia nieistniejącego już 14. Batalionu Remontu Lotnisk z Elbląga. Żołnierze, w znacznej części wykwalifikowani saperzy, potrafili w pół godziny sprawdzić lej po bombie pod kątem obecności niewybuchów lub min, zasypać go w dwie–trzy godziny z użyciem wywrotek i buldożerów specjalnym kruszywem (zapasy takiego kruszywa gromadzi się w pobliżu na wypadek wojny), a następnie w godzinę położyć na tym lotniskową matę szklano-epoksydową i zakotwiczyć wstrzeliwanymi w beton hakami, które były tak skonstruowane, że mógł się po nich przetoczyć nawet rozpędzony samolot.

Kilka ekip może jednocześnie pracować nad kilkoma lejami w pasie startowym. Batalion miał ponadto dźwigi, prefabrykaty i kontenery różnych rozmiarów, dzięki czemu może usuwać też inne zniszczenia czy wznosić instalacje typu polowego, bardzo przydatne w czasie działań. Na przykład hangary typu lekkiego – batalion mógł ich naustawiać całe stada. I zgaduj-zgadula, w których stoi samolot, a w których nie ma nic.

Niestety batalion z Elbląga lekkomyślnie rozwiązano w 2010 r. i został tylko bliźniaczy 16. Jarociński Batalion Remontu Lotnisk im. gen. bryg. Stanisława Taczaka. Także Ukraina nie bardzo zadbała o podobne jednostki i choć zdołała przesunąć większość lotnictwa bojowego do i tak nieużywanych cywilnych portów lotniczych, to i tu był problem z ich wykorzystaniem. W kluczowym momencie wojny Ukraińcy mieli do dyspozycji jedynie Boryspol pod Kijowem, pozostający pod osłoną rakietowego parasola stolicy. To wielki port z wieloma hangarami, budynkami, dwoma długimi pasami startowymi, wielkimi płaszczyznami postojowymi, pokaźnym zapleczem remontowym itd. Oczywiście i on został uszkodzony przez Rosjan, ale nie dał się łatwo unieruchomić. 24 lutego Ukraińcy zastawili pasy i drogi kołowania sprzętem lotniskowym, by je zablokować, a potem sami z nich korzystali.

Mniej więcej w połowie kwietnia udało się przywrócić do użycia kilka (może nawet kilkanaście) innych baz lotniczych, zapewne częściowo urządzonych w cywilnych portach. Jednocześnie sporym wysiłkiem i po otrzymaniu zapasu części zamiennych naprawiono maszyny. Pod koniec kwietnia aktywność samolotów bojowych Ukrainy wzrosła z 5–10 wylotów dziennie do ok. 15–40. Na niebie znów pojawiły się myśliwce, które spowodowały, że bombardowania miast, z wyjątkiem Mariupola na terytorium okupowanym, praktycznie ustały. Dziś ostrzeliwuje się je tylko rakietami skrzydlatymi, których zapas Rosji się kończy.

Czytaj też: Jacyś mało mobilni ci Rosjanie. I jeżdżą na złomie

Lotnictwo pilotowane plus drony

Dziś ukraińskie lotnictwo, obok reszty myśliwców MiG-29 i Su-27, wykorzystuje głównie samoloty szturmowe Su-25. Według kilku źródeł, których nie sposób zweryfikować, działa pięć z ok. 25 sztuk Su-25, które Ukraina miała na początku wojny. To one pomogły zniszczyć kilka mostów pontonowych pod Łymaniem i zmasakrować rosyjskie wojska usiłujące sforsować Doniec. Te ataki okazały się, wraz z nowo użytymi haubicami M777, śmiertelnie groźne dla wroga, który tylko na jednej przeprawie utracił prawie 80 pancernych pojazdów, głównie bojowych, ale też inżynieryjno-saperskich. Ujawniono zdjęcie z dronów, na których zaznaczono wraki poniszczonego sprzętu, skwapliwie je numerując do mniej więcej 75. Zaledwie na tej jednej przeprawie mamy całkowicie skompletowany sprzęt dla pełnej batalionowej grupy bojowej – rosyjski sztab może odpowiednio zmienić stany inwentarzowe, dołączając zdjęcie do protokołu zniszczenia.

O działaniu ukraińskich aparatów bezpilotowych – słynne bayraktary operują głównie w składzie sił powietrznych – trzeba będzie napisać oddzielnie. Ale warto pamiętać, że lotnictwo pilotowane to także śmiertelna broń i może zmieniać sytuację na polu walki. Nowoczesne i dobrze wykorzystane lotnictwo bojowe potrafi być prawdziwym – jak to się mówi – gejmczendżerem, zmieniającym losy kampanii wojennej. Tylko trzeba o nie dbać.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Obcy bliźniacy. Jak się dziś żyje sobowtórom Putina i Zełenskiego

Podobieństwo do znanych osób bywa lukratywne. Ale w zależności od tego, do kogo jest się podobnym, także niebezpieczne.

Edyta Gietka
28.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną