Świat

Rosja czy Zachód? Gruzja o krok bliżej Unii, ale nadal blisko Moskwy

Premier Gruzji Irakli Garibaszwili podczas październikowej wizyty w Brukseli Premier Gruzji Irakli Garibaszwili podczas październikowej wizyty w Brukseli Dursun Aydemir / Anadolu Agency/ABACAPRESS.COM / Forum
Gruzja jest o krok od statusu oficjalnego kraju kandydującego do Unii. Ale nie pozbyła się kłopotów z korupcją i oligarchizacją, a rząd stopniowo osuwa się w autorytaryzm. Tbilisi trzyma się też podejrzanie blisko z Moskwą.

W tym tygodniu Komisja Europejska zarekomendowała nadanie Gruzji statusu kraju kandydującego do Unii i choć na ostateczną decyzję Rady Europejskiej trzeba poczekać do grudnia, to Gruzini już się cieszą. O status kandydata Tbilisi wnioskowało ponad rok temu, ale w czerwcu 2022 Bruksela nadała go wtedy tylko Ukrainie i Mołdawii. „To historyczna chwila. Za nami bardzo pracowity okres, wykonaliśmy ogromną pracę. Raport Komisji jest jasny i jednoznaczny, a jej rekomendacja została podyktowana osiągniętymi przez nas wynikami” – mówił premier Irakli Garibaszwili.

Gruzja chce do Unii

Radość z rekomendacji nie jest jednak powszechna. Integracja z Unią Europejską to jeden z najważniejszych tematów gruzińskiej polityki i źródło licznych sporów. Potwierdził to w środę sam premier, mówiąc: „Opozycja nie zrobiła nic na drodze do integracji europejskiej naszego kraju. Jeśli ktoś coś zrobił, to była to nasza partia Gruzińskie Marzenie. Rekomendacja Komisji to zwycięstwo narodu gruzińskiego, którego przedstawicielem jest rząd”.

O narodzie mówiła też opozycja, nie szczędząc rządowi krytyki. „To naprawdę ważny dzień. Jako naród zrobiliśmy duży krok w kierunku Unii i to wszystko dzięki Gruzinom. Przez półtora roku Gruzińskie Marzenie tylko utrudniało nam uzyskanie statusu kandydata, ale nasz europejski duch zwyciężył, by Gruzja stała się pełnoprawnym członkiem Unii” – przekonywał Giorgi Waszadze, przewodniczący ugrupowania Strategia Agmaszenebeli. Wtórował mu Lewan Chabeiszwili, lider największej opozycyjnej partii Zjednoczony Ruch Narodowy: „Naród gruziński zasługuje na status kraju kandydującego. Rekomendacja Komisji to przede wszystkim zwycięstwo nad prorosyjskim rządem w Tbilisi”.

Według badań amerykańskiego International Republican Institute, który na bieżąco monitoruje nastroje w Gruzji, aż 89 proc. społeczeństwa popiera przystąpienie do Unii. Tak wysoki poziom utrzymuje się już prawie dwie dekady, od czasu gdy Gruzja odzyskała w pełni niepodległość.

Unia stawia warunki

Rekomendacja KE niesie za sobą szerokie skutki dla gruzińskiej polityki. Może być postrzegana jako legitymizacja kontrowersyjnych działań rządu i dać Gruzińskiemu Marzeniu łatwe zwycięstwo w przyszłorocznych wyborach. Może też działać na niekorzyść postrzegania Unii w Gruzji, bo zdaniem wielu organizacji społecznych i opozycji sytuacja w kraju w ciągu ostatniego roku wcale się nie poprawiła. W tym tygodniu jednak nikt krytycznie o Komisji Europejskiej nie chciał się wypowiadać.

Kiedy Ukraina i Mołdawia otrzymały status kraju kandydującego, Gruzja dostała listę 12 rekomendacji, wśród nich zalecenia dotyczące deoligarchizacji, ograniczenia polaryzacji na scenie politycznej, zwiększenia zaufania publicznego do procesu wyborczego, zwiększenia przejrzystości systemu sądownictwa, uniezależnienia sądów i prokuratorów czy gwarancji wolnego i niezależnego środowiska medialnego. To oficjalnie, a nieoficjalnie nie brakowało głosów, szczególnie europosłów, że gruziński rząd został ukarany za to, że nie przyjął jednoznacznie krytycznej postawy wobec rosyjskiej agresji w Ukrainie, nie przystąpił do sankcji i bezpodstawnie więzi byłego prezydenta Micheila Saakaszwilego.

Żaden z tych problemów nie został rozwiązany. Według czerwcowego raportu okresowego Komisji Europejskiej Gruzja spełniła tylko trzy z 12 rekomendacji, żadna z nich nie dotyczy kluczowych kwestii, jak uczciwe wybory, niezależność sądownictwa czy wspólne z Unią cele polityki zagranicznej, które obejmują relacje z Ukrainą.

Agenci obcego wpływu i klan sędziów

Na dodatek rząd Gruzińskiego Marzenia wielokrotnie w ostatnim roku budził wątpliwości, czy rzeczywiście dąży do integracji z Unią, czy raczej kieruje się w stronę Rosji. W marcu próbował przyjąć tzw. ustawę o przejrzystości zagranicznych wpływów, która była dosyć wierną kopią obowiązującego w Rosji autorytarnego prawa o „zagranicznych agentach”. Zgodnie z jej założeniami organizacje pozarządowe i media, u których 20 proc. całkowitych dochodów pochodzi z zagranicy, określane miały być jako „agenci obcego wpływu”. Ostatecznie pod wpływem masowych protestów ustawa nie została wprowadzona w życie.

Kiedy w kwietniu amerykański Departament Stanu nałożył sankcje na czterech gruzińskich sędziów z powodu ich zaangażowania w korupcję na szeroką skalę, rząd stanął za nimi murem. Pilnująca przejrzystości organizacja Transparency International Georgia regularnie podaje przykłady korupcji na wysokim szczeblu z udziałem polityków, samorządowców, pracowników służb czy policji, ale problem z prokuratorami i sędziami jest o wiele poważniejszy. Według informacji TI, aktywistów i opozycji gruzińskim sądownictwem kieruje tzw. klan sędziów, blisko związany z rządem i posiadający informacje, które mogą zaszkodzić niejednemu politykowi.

Jak silna jest pozycja tego środowiska, można było się przekonać we wrześniu, kiedy amerykański Departament Stanu nałożył sankcje na byłego prokuratora generalnego Otara Parchaladze, oskarżając go wprost o współpracę z rosyjskim FSB i wywieranie wpływu na społeczeństwo i politykę na korzyść Rosji. W odpowiedzi Narodowy Bank Gruzji wprowadził przepisy, które pozwoliły Parchaladze uniknąć sankcji i utraty majątku.

Do Unii czy do Rosji?

Niepokój czy niezrozumienie budzą też relacje Tbilisi z Moskwą. Od wojny w 2008 r., kiedy Gruzja straciła ostatecznie kontrolę na Abchazją i Osetią Południową, kraje nie utrzymują relacji dyplomatycznych. Mimo to rząd jeszcze długo po napaści na Ukrainę nie nazywał Rosjan agresorami. Do dziś premier Garibaszwili, gdy wspomina o wojnie, nie życzy Ukrainie zwycięstwa, mówi tylko o zakończeniu konfliktu.

Gruzja nie tylko nie przystąpiła do sankcji (tylko do finansowych nałożonych przez USA), ale według instytucji ekonomicznych może odgrywać istotną rolę w omijaniu restrykcji przez Rosję. O handlu między Gruzją a Rosją wspominał w lutym w swojej analizie Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Mowa w niej o „dramatycznym spadku eksportu z UE i Wielkiej Brytanii do Rosji oraz znacznym wzroście eksportu do takich krajów jak Armenia, Gruzja, Kazachstan i Kirgistan”. Rozwija się tzw. handel pośredni, w ramach którego towary z Zachodu są eksportowane do krajów Kaukazu Południowego i Azji Środkowej, a następnie sprzedawane do Rosji.

Kiedy Moskwa ogłosiła mobilizację, Gruzja chętnie przyjmowała Rosjan uciekających przed wojskiem. Na ślub znajomych przyjechała tu także bez problemu córka samego Siergieja Ławrowa, ministra spraw zagranicznych Rosji. Z wjazdem do kraju mają problemy tylko krytyczni wobec Kremla rosyjscy blogerzy i dziennikarze.

10 maju Władimir Putin przywrócił połączenia lotnicze z Gruzją, których sam zakazał cztery lata wcześniej. Tbilisi zapewnia, że była to jednostronna decyzja Moskwy, ale gruzińskie media dobrze udokumentowały zasługi w tym obszarze Gruzińsko-Rosyjskiego Centrum Publicznego im. Jewgienija Primakowa. To jedno z narzędzi soft power i element machiny propagandowej Kremla, działający przy aprobacie władz.

Kraj Bidziny Iwaniszwilego

To nie jest gruziński rząd, ale rosyjski. Mamy np. nagrania rozmów Bidziny Iwaniszwilego z objętym sankcjami rosyjskim oligarchą Władimirem Jewtuszenkowem, w których mowa o praniu pieniędzy w Gruzji. To wszystko już po ataku Rosji na Ukrainę – mówi Lewan Chabeiszwili, lider Zjednoczonego Ruchu Narodowego. Rozmawiamy w siedzibie jego partii, czekając na publikację raportu Komisji Europejskiej. – To nie jest mój wymysł. Potwierdził to Waszyngton, choćby poprzez sankcje nałożone na byłego prokuratora generalnego. Nazwał go „agentem rosyjskiego wpływu w Gruzji”. Liderzy partii rządzącej i ministrowie nigdy nie mówią negatywnie o Putinie, ale atakują zachodnie i ukraińskie władze – dodaje.

Bidzina Iwaniszwili to najbogatszy człowiek w Gruzji, który dorobił się na prywatyzacji w Rosji. Ponad dekadę temu postanowił odsunąć od władzy ówczesnego prezydenta Micheila Saakaszwilego i jego Zjednoczony Ruch Narodowy. Założone przez niego Gruzińskie Marzenie wygrało wybory w 2012, a rok później wprowadziło swojego kandydata do pałacu prezydenckiego. Sam Iwaniszwili w fotelu premiera wytrzymał tylko rok. W 2013 stwierdził, że woli być biznesmenem, ale faktycznie to on do dziś rządzi Gruzją. Kluczowi członkowie rządu to jego byli współpracownicy, na czele z premierem Garibaszwilim, którego praktycznie cała kariera związana jest z biznesem miliardera.

To nie jest po prostu zły rząd. To autorytarny system wspierany przez Rosjan. Iwaniszwili jest oligarchą. Jego majątek pochodzi z Rosji. Nie chodzi o narodowość konkretnej osoby, ale narodowość pieniędzy – tłumaczy Nika Gwaramia, szef Mtawari, największej antyrządowej telewizji. Za krytykę Gruzińskiego Marzenia i Iwaniszwilego zapłacił wysoką cenę – więzieniem. Był jednym z dwóch Gruzinów, obok Saakaszwilego, określanych na arenie międzynarodowej więźniem politycznym. Jego uwolnienie było jednym z warunków Unii. W czerwcu Gwaramia został ułaskawiony przez prezydentkę Salome Zurbabiszwili.

Taki Viktor Orbán na Węgrzech to polityk, który potrzebuje pieniędzy, by utrzymać się u władzy, a oligarcha, taki jaki Iwaniszwili, wykorzystuje politykę, by się bogacić – tłumaczy Gwaramia. – Gruzja powinna otrzymać status kraju kandydującego z warunkami, które dadzą szanse na uczciwe wybory w 2024 r. Ale to może też utrzymać Gruzińskie Marzenie u władzy przez kolejne cztery lata. Rząd będzie ciągle powtarzał: dostaliśmy status, to dowód, że nie jesteśmy prorosyjscy. To nie jest tylko wewnętrzna sprawa Gruzji, to kwestia kierunku, jaki Gruzja obierze jako kraj. Czy to będzie Rosja, czy Zachód – podsumowuje.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Nauka

Czy istnieją miasta idealne? Nowa Huta warunki spełnia. Warto przyjrzeć się jej bliżej

75-lecie Nowej Huty to okazja do rachunku sumienia dla urbanistów, decydentów i deweloperów. A dla nas – do refleksji, gdzie naprawdę chcielibyśmy mieszkać.

Marcin Skrzypek
09.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną