Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Izrael odzyskał ciało ostatniego zakładnika. Czy to koniec wojny? Na miejscu czuć ulgę i niepokój

Do Izraela wróciło ciało ostatniego zakładnika. Do Izraela wróciło ciało ostatniego zakładnika. Moti Milrod / Reuters / Forum
W Izraelu wyraźnie czuć ulgę, ale i niepewność co do kolejnych faz porozumienia z Hamasem. Ich realizacja może być trudniejsza, niż do tej pory zakładano.

Służący w policyjnej jednostce taktycznej Yasam starszy sierżant Ran Gwili 7 października przebywał na urlopie zdrowotnym, bo miał złamany bark. Kiedy rozeszły się wieści o ataku Hamasu, wsiadł na motocykl i ruszył do kibucu Alumim. Zginął tu, a jego ciało zostało porwane do Strefy Gazy. Śmierć sierżanta potwierdzono w styczniu 2024 r.

Zaproponowany przez Donalda Trumpa 20-punktowy plan porozumienia z Hamasem przewidywał odzyskanie wszystkich żywych i martwych zakładników w 72 godziny. Warunek ten nie został spełniony. Były obawy, że ciało Gwilego nigdy nie zostanie odnalezione, ale jakiś miesiąc temu jeden z członków Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu w areszcie wyjawił przypuszczalne miejsce pochówku.

W weekend izraelska armia ogłosiła poszukiwania, choć zwykle informuje o tym po fakcie. Izrael najpewniej w końcu zgodził się na otwarcie przejścia w Rafah, za blokadę którego zbierał cięgi od Amerykanów. W sobotę przyleciał na miejsce Jared Kushner ze Stevem Witkoffem.

Czytaj też: Naftali Bennett: następca Netanjahu? Do polityki wrócił z mottem: „naród lwów, żałosne przywództwo”

Strefa Gazy: koniec wojny i co dalej?

Ciało Gwilego zostało odnalezione w 250-osobowej mogile na cmentarzu we wschodniej części miasta Gaza i zidentyfikowane w poniedziałek. Po 843 dniach wróciło do domu. We wtorek w Meitar na Negewie, w rodzinnym mieście Rana, odbył się pogrzeb. „Pierwszy do wyjścia, ostatni powraca. Nasz bohater” – mówiła jego matka Talik Gwili.

To historyczny dzień dla Izraela. Dopiero teraz możemy uznać, że wojna naprawdę się skończyła – przyznaje Itamar z kibucu na pustyni Negew. Te odczucia podziela wielu Izraelczyków. Ale i pytają, co dalej i czy to naprawdę koniec. – U nas zawsze jakaś wojna wisi w powietrzu, nie wiadomo tylko, kiedy wybuchnie – słyszę od znajomego Palestyńczyka z Ramallah.

Jak podkreślił w poniedziałek w Knesecie premier Beniamin Netanjahu, powrót ostatniego zakładnika nie oznacza, że teraz rozpocznie się odbudowa Gazy – najpierw musi nastąpić etap rozbrojenia Hamasu i demilitaryzacji terenu. Ale sytuacja daleka jest od tego, co zakładało porozumienie. Hamas ma nadzieję (nie bezpodstawną), że będzie w stanie przetrwać, choćby jako siła polityczna. Wciąż kontroluje połowę Gazy za tzw. Żółtą Linią, do jego kasy wpływają podatki ze wszystkich wwożonych tu towarów. Zarówno Turcja, jak i Katar odegrają dużą rolę dla przetrwania tej organizacji. Nie bez powodu oba kraje zostały zaproszone do Rady Pokoju – przy wymownym braku zaproszenia dla przedstawicieli Palestyńczyków.

Do rozwiązania jest jeszcze wiele kwestii, w tym zasadnicza: czy Hamas naprawdę się rozbroi, czy odda całą broń, czy też – jak zapowiadał – zostawi sobie karabiny i pistolety. Czy przekaże plany tuneli? Po drugiej stronie padają pytania o to, czy Izrael będzie skłonny umożliwić pracę palestyńskiemu komitetowi, który ma administrować w Gazie. Pojawiają się scenariusze, jak to przekazanie władzy miałoby wyglądać. Hamas chce, by w 20-tys. palestyńskim korpusie policjantów służących pod nadzorem Międzynarodowych Sił Stabilizacyjnych znalazło się 10 tys. obecnych oficerów hamasowskich, a z czasem do nowej administracji miałoby dołączyć 40 tys. urzędników pracujących w Gazie do tej pory. Pytanie, na ile to realne. Z jednej strony Izrael będzie się temu sprzeciwiał, z drugiej wiadomo, czym kończy się odsuwanie od władzy (i pieniędzy) lojalistów poprzedniej ekipy. Obserwowaliśmy to w Iraku po obaleniu Saddama Husajna.

Czytaj też: Izraelski dziennikarz Gideon Levy: Albo będzie demokracja, albo apartheid. Trzeciej drogi nie ma

Kto za to odpowie

Te kwestie są połączone i będą wymagały zaangażowania Trumpa, który wydaje się jedyną osobą na świecie, której Netanjahu boi się sprzeciwić. Premier jest też poddawany presji, głównie ze strony radykalnych koalicjantów, którym nie w smak zakończenie walk w Gazie, a może również rychłe wycofanie się wojsk, co przecież zakłada druga faza porozumienia.

To wszystko ma ogromne znaczenie polityczne, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych. – Netanjahu sprytnie przekonał wielu Izraelczyków, że nie on ponosi odpowiedzialność za to, co się stało 7 października. Odsunął wszystkich, którzy w tamtym czasie mieli wpływ na wojsko czy służby, ale on sam trwa – mówi Zehava Galon, była przewodnicząca lewicowej partii Merec.

Dla Izraelczyków to ważne, żeby 7 października nigdy się nie powtórzył. Kiedy, jeśli nie teraz, należałoby wyciągnąć wnioski z porażki i opracować plany na przyszłość?

Na razie w Izraelu ważą się losy państwowej komisji, która miałaby zbadać okoliczności wydarzeń z 7 października. Nie jest jasne, czy Izraelczycy poznają kiedyś pełną i prawdziwą wersję tego, co się stało tamtego feralnego dnia.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Świat

Lęk przed drugą Jałtą. Trzech drapieżców gra już nowy koncert mocarstw? Trudny czas dla Europy i Polski

Amerykańska interwencja w Wenezueli i zapowiedzi Donalda Trumpa o zagarnięciu Grenlandii zapowiadają inny porządek świata. Fatalny dla takich krajów jak Polska.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
13.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną