Społeczeństwo

Czy istnieją prawa zwierząt?

Jest tajemnicą poliszynela, że sytuacja zwierząt w Polsce nie jest najlepsza. Jest tajemnicą poliszynela, że sytuacja zwierząt w Polsce nie jest najlepsza. Nathaniel Yeo / Unsplash
Nie ma wątpliwości, że kwestia przedmiotowego wykorzystywania zwierząt przez człowieka i granic tego procederu staje się coraz bardziej paląca i kontrowersyjna.

W 1615 r. odbyła się na uniwersytecie w Cambridge debata, której przysłuchiwał się król Jakub I. Problem dotyczył tego, czy psy myśliwskie stosują logikę w trakcie łowów, w szczególności tzw. prawo sylogizmu dysjunktywnego, w postaci: „A lub B, a więc jeśli nie-A, to B”. Przypuśćmy, że pies dociera do rozwidlenia dróg. Tropiona zwierzyna ucieka w prawo lub lewo. Pies ustala, że nie w lewo, a więc biegnie w prawo.

Debata miała bardzo poważny charakter i prawdziwie akademicką oprawę. John Preston (wykładowca w Queens’ College) bronił tezy, że psy stosują logikę, natomiast jego oponent Matthew Wren (z Pembroke College) argumentował, że kierują się węchem i tylko dlatego wybierają właściwy trop.

Debatę moderował Simon Reade (z Christ’s College). Gdy przyznał rację Wrenowi, król, który był zapalonym myśliwym i odwoływał się do własnego doświadczenia myśliwskiego, zauważył, iż oponent powinien jednak lepiej myśleć o psach, a nieco gorzej o sobie. Wren zręcznie wybrnął z sytuacji, powiadając, że psy królewskie w przeciwieństwie do innych są wyjątkowe, ponieważ polują na polecenie władcy. To kompromisowe rozwiązanie ponoć zadowoliło wszystkich.

Kant uważał, że ludzie powinni dobrze traktować faunę, gdyż pozytywnie rzutuje to na stosunki międzyludzkie. Innymi słowy, dobrostan, aby użyć współczesnego języka, zwierząt zapewniony im przez ludzi ma dobry wpływ moralny na nas samych. Nietzsche sądził, że ludzie powinni traktować siebie jak zwierzęta, zamiast uważać psy za małych przedstawicieli swego gatunku. Wcześniej Pitagoras wzywał, aby nie bić psów, ponieważ może się zdarzyć, że jakaś ludzka dusza zamieszkała w naszym ulubionym czworonogu.

Trzeba jednak też pamiętać, że zdecydowana większość myślicieli traktowała zwierzęta zgoła inaczej, tj. jako niższe istoty w stosunku do człowieka. Kartezjusz uważał je za maszyny pozbawione świadomości i jako takie niezdolne np. do bólu – krzyk zabijanej krowy był odbierany w tej perspektywie jako mechaniczny zgrzyt. Taka postawa uzasadniała traktowanie zwierząt jak królików (nomen omen) doświadczalnych m.in. w medycynie.

Czytaj też: Polska to raj dla sadystów

Dobrostan świata zwierząt

Istotne zmiany w poglądach na temat zwierząt przyniosła teoria ewolucji, oferując jednolity obraz świata zwierzęcego z włączeniem weń człowieka. Chociaż nie oznaczało to pomijania różnic pomiędzy poszczególnymi gatunkami, to znacznie stępiło tradycyjne przeświadczenie o absolutnej wyjątkowości Homo sapiens.

Teoria ewolucji wywarła olbrzymi wpływ na inne dziedziny, także na poglądy w sprawie stosunku człowieka do przyrody. Owocowało to wezwaniami do jej ochrony, dawniej raczej sporadycznymi. Pierwsze towarzystwo ochrony zwierząt powstało we Francji w 1845 r. z inicjatywy Dumonta de Monteux, ponoć pod wrażeniem okrucieństwa wobec koni, a pięć lat później Jacques-Philippe Delmas zgłosił w Zgromadzeniu Narodowym pionierski projekt prawa przeciwko przemocy wobec zwierząt.

Książka Harry’ego Salta „Prawa zwierząt z punktu widzenia postępu społecznego”, wydana w Stanach Zjednoczonych w 1892 r., podsumowała pierwszy etap usiłowań stworzenia ruchu na rzecz dobrostanu świata zwierzęcego. Była pisana z typowo ewolucjonistycznego punktu widzenia, stosowanego do socjologii ogólnej. Wiek XX przyniósł stopniowy wzrost zainteresowania zwierzętami i zagadnieniami na ich temat. Zaowocowało to także, a może przede wszystkim, powstaniem odpowiednich stowarzyszeń działających na rzecz zwierząt i ich praw oraz uregulowaniami legislacyjnymi.

Czytaj też: Jaką cenę za pandemię koronawirusa zapłaciły zwierzęta?

Weganizm już nie wystarczy

Kwestia podmiotowości zwierząt i ich praw staje się coraz popularniejsza. Ma to też związek z rozwojem badań przyrodniczych i psychologicznych na temat świata animalnego, co podważyło wiele tradycyjnych mitów na temat zwierząt. Mamy także do czynienia z negacją praw zwierząt lub przynajmniej postulatem dość znacznego ich ograniczenia. Benjamin Franklin miał powiedzieć, że może jeść ryby, skoro w trakcie ich patroszenia widzi małe rybki w brzuchu dużej. Może to być uznane za praktyczny wyraz tzw. szowinizmu gatunkowego, tj. postawy stawiającej interesy własnego gatunku ponad interesami innych gatunków. A ponieważ nasz gatunek, tj. Homo sapiens, jest wyróżniony ponad wszystko inne w świecie przyrody, ma prawo do dominacji, m.in. przejawiającej się w traktowaniu zwierząt jako dostarczycieli żywności, materiału doświadczalnego w produkcji lekarstw i kosmetyków czy uciechy w ogrodach zoologicznych i cyrkach.

Nie ma jednak wątpliwości, że kwestia przedmiotowego wykorzystywania zwierząt przez człowieka i granic tego procederu staje się coraz bardziej paląca i kontrowersyjna, ponieważ nie jest oczywiste, jak odpowiedzieć na pytanie o to, co wolno nam czynić, a czego nie w stosunku do zwierząt. Praktyki wegańskie i wegetariańskie na pewno już nie wystarczają.

Czytaj też: Czy zostanie stworzony nowy gatunek człowieka?

Prezes za futra nie będzie umierał

Jest tajemnicą poliszynela, że sytuacja zwierząt w Polsce nie jest najlepsza. Nader często pojawiają się doniesienia o dręczeniu zwierząt domowych czy okrucieństwie w stosunku do hodowlanych. Było parę afer, np. ta związana z ubojem rytualnym, która doszła aż do Trybunału Konstytucyjnego. Jego Ekscelencja p. Kaczyński niejednokrotnie wypowiadał się w obronie zwierząt, a jego wizerunek bywa ozdabiany wskazywaniem na głębokie uczucie do posiadanego kota.

Z tego wyrosła tzw. piątka dla zwierząt, a więc kilka pomysłów mających na celu ochronę zwierząt. Pan Kaczyński bardzo energicznie zabrał się do dzieła i nawet groził konsekwencjami dyscyplinarnymi wobec posłów, którzy głosowaliby przeciw. Projekt przeszedł przez Sejm, trafił do Senatu, tam został zmieniony, przede wszystkim w interesie hodowców zwierząt futerkowych, o co zadbały zjednoczone siły rozmaitych opcji politycznych z PSL na czele, wrócił do Sejmu i tam utknął, czyli, jak to ładnie brzmi w języku parlamentarnym, „nie jest dalej procedowany”. Cała sprawa odbywała się przy głośnym akompaniamencie protestów „rolników” – hodowców, którzy zapewniali, że dbają o dobrostan zwierzaków jak o nic innego na świecie. Jego Ekscelencja przestał zajmować się sprawą i najwyraźniej uznał, że nie będzie (politycznie) umierał za futra, skoro jego zadaniem jest zbawienie całego kraju.

Nie jest to moje pierwsze wystąpienie w sprawie praw zwierząt, nawet na łamach „Polityki”. Felieton ten, opublikowany 29 września 2020 r., zakończyłem tak: „Na demonstracji przeciw »ustawie futerkowej« jeden z jej uczestników doniósł, że jakieś LGBT, czyli terroryści, robią stronnicze filmy o hodowli norek. Oto konsekwencje gadek p. Kaczyńskiego, p. Dudy i innych dobrozmieńców (plus konfederaci) o ideologii, a nie o ludziach. Tylko czekać na to, że zamiast o zwierzętach będzie mowa o ideologii ich obrony”.

I prawie się tak stało w wydaniu p. Rzymkowskiego, wiceministra edukacji i nauki, człeka politycznie wszechstronnego i doświadczonego, bywałego w Ruchu Narodowym, endecji, Kukiz ’15, Unii Polityki Realnej i w końcu przybyłego do PiS. Pan Rzymkowski w ogólności nie lubi, gdy ktoś zwraca uwagę na ekologię. Gdy p. Thun wypowiedziała się negatywnie o przekopie Mierzei Wiślanej jako przedsięwzięciu zagrażającym Bałtykowi, rzeczony obieżyświat polityczny od razu skontrował: „Z jednej strony wpisuje się to w przyjaźń niemiecko-rosyjską. Tak aby to Rosjanie monopolizowali sytuację związaną z Mierzeją Wiślaną, aby nie pozwolić Elblągowi na normalne funkcjonowanie. Taki był też zamysł Józefa Stalina, bo wystarczyło przesunąć o 2 km na północ ten odcinek Mierzei Wiślanej, aby dostęp do Bałtyku był otwarty czy dla strony polskiej, czy dla strony wówczas sowieckiej. Taki był zamysł i można powiedzieć, że Róża Thun po części wpisuje się w rolę wykonawcy testamentu Józefa Stalina, jeśli chce, żeby to Rosjanie dalej decydowali, jaki statek może do Elbląga dopłynąć”. Krótko, węzłowato i narodowo trafnie.

Człowiek zrównany ze zwierzęciem

Pan Rzymkowski zajął się niedawno prawami zwierząt. Uczynił to w związku z fragmentami podręczników szkolnych na temat przypadków okrucieństwa wobec zwierząt i tak prawił (niżej kompozycja z jego kilku wypowiedzi):

„Informacja o tego rodzaju treściach w podręczniku dla najmłodszych bardzo mnie zaskoczyła, a zarazem zbulwersowała. Uważam, że szkoła nie powinna być miejscem ideologicznej indoktrynacji. (...) Według nauki prawo jest przypisane Bogu i ludziom. Jest prawo boskie, które nazywane jest także naturalnym, i to wynikające z systemów wartości, którymi żyje dane społeczeństwo. Z nich również wynikają pewne obowiązki, które człowiek ma względem zwierząt. Jak choćby to, że rolnik, który zajmuje się hodowlą, nie może zwierząt głodzić czy dręczyć. Ale zwierzę nigdy nie może być podmiotem praw. Pojęcie »prawa zwierząt« nie istnieje. (...) Podręczniki szkolne powinny zawierać elementy mówiące o zachowaniu dobrostanu zwierząt, o trosce młodego człowieka wobec zwierząt domowych, ale również wobec dzikich zwierząt. Powinny być przedstawione przykłady łamania prawa przez człowieka, bo to człowiek odpowiada za zwierzęta, a nie zwierzęta same za siebie. Natomiast w przywołanym podręczniku doszło do relatywizacji, (...) zestawiono czyn ewidentnie przestępczy, jakim jest kłusownictwo, z ustawowo legalną działalnością polegającą na hodowli i sprzedaży żywych karpi czy też wykorzystywaniu zwierząt w rekreacji. To nie są działania przestępcze. Oczywiście w pewnych skrajnych przypadkach, kiedy człowiek męczy zwierzę, dochodzi do łamania prawa. (...) Podręczniki szkolne nie mogą być areną walk ideologicznych. Nie ma takiego pojęcia jak prawa zwierząt, ponieważ zwierzęta nie mają zdolności do czynności prawnych. Mówienie o prawach zwierząt i eliminacji człowieka jest falsyfikacją rzeczywistości. To szkodzi zwierzętom i ich dobrostanowi. (...) Pojęcie praw zwierząt występuje wyłącznie w sferze publicystyki czy też pewnej skrajnie lewicowej koncepcji, gdzie zrównuje się człowieka ze zwierzęciem”.

Czytaj też: Zwierzętom też się należy emerytura

Maszyny i dzieci nie płacą podatków

Pani Zalewska, była minister (nie wypada mówić „była ministra” wobec jednej z pogromczyń gendera w szkole) edukacji narodowej, zaserwowała dość dobrotliwą krytykę p. Rzymkowskiego: „Drogi Tomku! Naprawdę bulwersuje Cię podręcznik mówiący, że nie wolno kłusować czy wykorzystywać zwierząt w cyrku? Polecam na czas wielkanocnej radości teksty św. Franciszka i ks. J. Twardowskiego”.

„Drogiego Tomka” wziął w obronę p. Czarnek i zapodał: „Proszę rzucić się również na mnie. Nie ma czegoś takiego jak prawa zwierząt. Zwierzę nie jest podmiotem prawa. Podmiotem prawa jest człowiek i ma obowiązki wobec zwierząt, ale nie ma praw zwierząt. Jeśli ktoś tak mówi, to fałszuje rzeczywistość”. W gruncie rzeczy nie ma znaczących różnic pomiędzy p. Rzymkowskim, p. Zalewską i p. Czarnkiem. Wszyscy łaskawie przyznają, że powinniśmy się dobrze odnosić do zwierząt. Różnice zdań dotyczą np. kłusownictwa i cyrków, ale zapewne nie „normalnego” polowania, także na oczach dziatwy.

Pan Szyszko, już w Krainie Wiecznych Łowów, zastanawiał się, jak ma wychować swojego wnuka bez zabierania go na odstrzał dzików. Wprawdzie czasem zdarzało się dopaść ciężarną lochę, ale to był jeno kształcący wypadek przy pracy, gdyż pokazywał, czego nie należy czynić. Wszystko jednak przebił p. Sośnierz, poseł, konfederata, wiceprezes partii KORWiN, który wyjawił: „Zwierzęta to tylko maszyny zrobione z mięsa. (...) Zwierzęta nie czują bólu. (...) Zwierzęta nie powinny mieć praw, ponieważ nie płacą podatków”.

Dwa pierwsze zdania są swoistym neokartezjanizmem. Trzeba jednak dodać, że o ile twórca filozofii nowożytnej miał dość ograniczoną wiedzę przyrodniczą i nie mógł mieć innej, o tyle p. Sośnierz nie powinien doznawać kłopotów z dostępem do bardziej współczesnych informacji o zwierzętach. Nie uczynił tego, co skłania do wniosku, że różni się jednak od Kartezjusza, co najmniej (to dość łagodna kwalifikacja) stosunkiem pomiędzy „jestem” i „myślę”. Dokładniej mówiąc, w jednym przypadku mamy „cogito, ergo sum”, a w drugim „sum, sed non cogito” (jestem, ale nie myślę). Zdanie ostatnie cytatu z p. Sośnierza, tj. o zwierzętach i podatkach, potwierdza ocenę p. Sośnierza jako podpadającego pod kategorię res non-cogitans, zważywszy że równie dobrze można by twierdzić o dzieciach jako pozbawionych praw, ponieważ nie płacą podatków.

Czytaj też: Dzikie zwierzęta weszły do miast. I już się nie wyniosą

Katolicy! Kogo wy wybieracie?

Zacytowane wypowiedzi p. Zalewskiej, p. Czarnka, p. Rzymkowskiego i p. Sośnierza są silnie zabarwione ideologicznie mimo deklaracji, że stanowią prawdy naukowe. Podłożem jest konserwatywny katolicyzm. Pamiętam konferencję o prawach zwierząt kilka lat temu, gdzie można było zaobserwować silną opozycję ze strony uczestników z KUL przekonujących, że skoro Pismo (a więc Słowo Boże) powiada: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”, to można robić z gatunkami pozaludzkimi, co się chce, byle z umiarem i humanitarnie.

Przyjmijmy nawet, że nazwy „prawa” da się używać rozmaicie, ale problem nie jest semantyczny. Ostatecznie można wprowadzić przepisy chroniące przyrodę (nie tylko zwierzęta) i ograniczyć się wyłącznie do obowiązków człowieka wobec środowiska, w którym żyje, bez mówienia o prawach. To ewentualnie wystarczy do walki z kryzysem ekologicznym (sprawa wycinki lasów np. w Polsce) czy coraz bardziej niebezpiecznymi praktykami hodowli zwierząt faszerowanych substancjami sprzyjającymi rozwojowi groźnych bakterii. To jednak za mało, gdyż potrzeba całkowicie nowej globalnej świadomości ekologicznej, ale nie można ukształtować takowej przez ograniczanie uprawnień wyłącznie do podmiotów mających zdolność do czynności prawnych lub płacących podatki.

Rzecz nie tylko w trafności już wspomnianego poglądu Kanta, że warto, aby ludzie humanitarnie traktowali zwierzęta, ponieważ to polepsza naszą świadomość moralną, ale w zrozumieniu, że źle traktowana przyroda może zemścić się na gatunku ludzkim, o ile jeszcze tego nie czyni. A dobrozmieńcy dalej swoje. Bajdurzą o lewackich inspiracjach ekologów i obrońców zwierząt oraz o relatywizacji absolutnych wartości ludzkich. Tak to już bywa, powtórzmy, że absolutyzm jest najgorszym relatywizmem, zwłaszcza gdy jest bezmyślny, np. podszyty głosem Ojca Interesariusza z Torunia: „Krowę gwałcą, jak ją doją! No głupie takie to… no ludzie, ratujcie. »Gwałt krowy«! Bo krowa to nie wiem co… My się śmiejemy, ale taka ideologia jest! To są te ideologie, przed którymi ostrzega ks. abp Marek Jędraszewski. Zobaczcie, jaki hejt światowy, jak go wyzywali. I to są ci politycy. Kogo wy wybieracie? Katolicy, kogo wy wybieracie? Zacznijcie używać rozumu, tak trochę oleum sobie dolać tutaj!”.

Dziwne, że nie dodał: „Wy wybieracie nas, my doimy krowę, broniąc jej przed zgwałceniem ze strony ideologii. I tak ma być – plus wasze datki na Lux Veritatis”.

Czytaj też: Gdzie szukać kontaktu z naturą

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wszechobecny Krzysztof Stanowski. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Wyrósł najwyraźniej na pierwszego dziennikarza w Polsce, którego koniecznie trzeba przekonać do swoich racji. Bo można się ze Stanowskim nie zgadzać, ale „trzeba go szanować”.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
13.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną