Twoja „Polityka”. Jest nam po drodze. Każdego dnia.

Pierwszy miesiąc tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Xi zyskuje, Putin szuka poparcia, Modi narzeka. Co przyniósł szczyt BRICS?

Xi Jinping na szczycie BRICS w Johannesburgu, 24 sierpnia 2023 r. Xi Jinping na szczycie BRICS w Johannesburgu, 24 sierpnia 2023 r. Alet Pretorius / Reuters / Forum
Podczas konferencji w Johannesburgu przywódcy Brazylii, Rosji, Indii, Chin i RPA bez wątpienia ugruntowali pozycję grupy jako znaczącego reprezentanta interesów Globalnego Południa. Ale do pełnej przeciwwagi wobec Zachodu jeszcze im trochę brakuje.

Kluczową informacją jest decyzja o przyjęciu do dotychczas pięciopaństwowego grona sześciu nowych członków: Iranu, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Argentyny, Etiopii oraz Egiptu. To i tak niewielkie rozszerzenie BRICS, bo akces do grupy zgłaszały na różnych etapach negocjacji aż 23 państwa. Grono było niesamowicie zróżnicowane, od kluczowych eksporterów zasobów naturalnych (Algieria, Nigeria), przez państwa o kapitale głównie demograficznym (Bangladesz), aż do autorytarnej Białorusi i nieuznawanej przez większość krajów członkowskich ONZ jako suwerenne państwo Palestyny. Skończyło się na wspomnianej szóstce, chociaż to samo w sobie i tak grono mocno kontrowersyjne.

Chiny bliżej Bliskiego Wschodu

Przyjęcie do BRICS Arabii Saudyjskiej to kolejny dowód na zmieniający się geopolityczny układ sił na Bliskim Wschodzie. Rijad był – i w dużej mierze nadal pozostaje – kluczowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w regionie, ale Pekin od dawna robi podchody, żeby dominację Zachodu przełamać. Już w 2020 r. Chiny zajęły miejsce Unii Europejskiej jako główny partner handlowy szóstki krajów zrzeszonych w Radzie Współpracy Zatoki Perskiej (Kuwejt, Oman, Emiraty, Bahrajn, Katar, Arabia Saudyjska). Dwa lata później odbył się pierwszy szczyt China i krajów arabskich, rosło też zaangażowanie finansowe Państwa Środka. Jak wyliczyli Mohammad Eslami oraz Maria Papageorgiou na łamach „Georgetown Journal of International Affairs”, w 2022 r. na Bliski Wschód popłynęło aż 23 proc. wszystkich środków inwestycyjnych przeznaczonych na inicjatywę Pasa i Szlaku, gigantyczny projekt polityczno-infrastrukturalny mający zwiększyć globalne znaczenie Chin jako imperium. Rok wcześniej odsetek ten wynosił 16,5 proc. – wzrost jest więc wyraźny. Teraz, po dołączeniu Arabii Saudyjskiej, z Pekinu nad Zatokę Perską będzie jeszcze bliżej.

Wejście do grupy Iranu ma potencjał, by tę układankę dalej komplikować. Po pierwsze – utrzymana zostanie oś współpracy Teheranu z Moskwą, i tak wzmocniona przez ostatni rok eksportem irańskich dronów i technologii wojskowej do Rosji oraz korzystaniem przez Kreml z usług tamtejszych instruktorów militarnych na froncie ukraińskim. Funkcjonowanie Iranu i Arabii Saudyjskiej pod wspólnym parasolem BRICS też samo w sobie jest wydarzeniem bezprecedensowym, bo oba kraje wcześniej były do siebie nastawione antagonistycznie, ale zbliżyła je wspólnota interesów. Dla Teheranu ważne jest rozszerzenie wpływów handlowych w celu omijania amerykańskich i unijnych sankcji. Do tego kluczowe jest bliskie partnerstwo z Chinami, które z kolei próbują stworzyć alternatywny system globalnego handlu oparty na juanie zamiast na dolarze amerykańskim. Tu akurat współpraca jest dwustronna, bo Chińczycy używają Iranu jako jednej ze swoich głównych bram do regionu, natomiast dzięki wsparciu Pekinu Teheran – jak donosi magazyn „Foreign Policy”, będzie próbować wcielić w życie swoją strategię rozszerzenia wpływów na kraje azjatyckie ze znaczącym odsetkiem obywateli wyznających islam. W tej grupie znajduje się m.in. Malezja, jeden z celów dyplomatycznej ofensywy Iranu – dlatego niewykluczone, że tamtejszy minister spraw zagranicznych Hossein Amir-Abdollahian niedługo uda się na tournée po krajach południowoazjatyckiej wspólnoty ASEAN.

Czytaj też: Jak się rodzą współczesne satrapie

Najwięcej zyskał Pekin

Podobnie antyamerykańskie zabarwienie ma przystąpienie do BRICS Etiopii i Zjednoczonych Emiratów Arabskich – choć z różnych przyczyn. Dubaj chce się uniezależnić, zwiększyć swoją rolę brokera interesów strategicznych. Stąd chociażby zaangażowanie w konflikty w Jemenie i ostatnio w Sudanie oraz otwartość na mediowanie pomiędzy Ukrainą a Rosją. Jednym z krajów, w których Emiraty chcą mieć więcej do powiedzenia, jest z kolei właśnie Etiopia, która również chce odejść od bycia zależną od Waszyngtonu. Po niedawnej wojnie domowej o region Tigray etiopski rząd potrzebuje zastrzyku finansowego w wysokości 20 mld dol., by odbudować straty – donosi „New York Times”. Chętni do zapłacenia przynajmniej części tego rachunku są właśnie politycy z Dubaju, którzy zresztą w Tigray zaangażowali się również militarnie.

Poza tym rząd w Addis Abebie ma też powody czysto pragmatyczne, by sprzymierzać się z krajami oryginalnej piątki BRICS. Po pierwsze – nie licząc Unii Europejskiej jako całości, Chiny i Indie są już teraz największymi partnerami handlowymi Etiopii, a indyjskie firmy w ostatnich latach masowo wykupują działki pod inwestycje w tym kraju. Po drugie, Etiopia jest właśnie w trakcie negocjacji pakietu pożyczkowego z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, a wsparcie całej grupy, jak również jej indywidualnych członków, może podnieść pozycję negocjacyjną Addis Abeby. Po trzecie – to szansa na podniesienie swojego znaczenie geopolitycznego po plamie na wizerunku jaką jest Tigray. W konflikcie dokonano wielu naruszeń praw człowieka, co spotkało się z krytyką ze strony Brukseli i Waszyngtonu. Etiopia może więc kalkulować, że wejście do BRICS zmusi Zachód do podejścia bardziej pragmatycznego i przymknięcia oka na zbrodnie wojenne w imię odzyskania ścieżek współpracy – tylko po to, by Addis Abeba nie weszła zbyt głęboko w orbitę Rosji i Chin.

Słuszny jest więc wniosek, który wyciągnąć można na podstawie samego rozszerzenia – że najwięcej na szczycie w Johannesburgu zyskał Pekin. Nie tylko zresztą w rozmowach z nowymi członkami. Obok głównych negocjacji Xi Jinping spotkał się m.in. z prezydentem Kuby Miguelem Diaz-Canelem, określając wzajemne stosunki Hawany i Pekinu jako „najlepsze w historii”. Złożył też dość poważną deklarację, obiecując Diaz–Canelowi, że Chiny będą „trwale wspierać Kubę w obronie swojej suwerenności oraz walce z zagraniczną ingerencją w sprawy kraju i blokadami handlowymi”. To jednoznaczny i bardzo śmiały cios w pozycję Stanów Zjednoczonych, którym po kryzysie z czasów prezydentury Donalda Trumpa nie udało się przywrócić dobrych stosunków z Hawaną. Chińczycy natomiast od wielu lat czują się na wyspie doskonale, dwa miesiące temu dziennik „Wall Street Journal” doniósł, że od dawna mają tam swoją bazę z instalacjami szpiegowskimi, a w czasie pandemii koronawirusa to właśnie z Państwa Środka płynęło na Kubę najwięcej szczepionek. Teraz jednak relacje obu krajów weszły na inny poziom i to w Waszyngtonie na pewno zostało zauważone.

Czytaj także: Pekin odgryza rękę. Rywalizacja Chin i USA przenosi się w kosmos

Szczyt BRICS bez Putina

Szukać poparcia dla swoich działań wojennych na froncie ukraińskim przyjechali z kolei Rosjanie, reprezentowani osobiście przez szefa MSZ Siergieja Ławrowa. Władimir Putin łączył się z uczestnikami szczytu zdalnie za pomocą transmisji wideo. Po raz kolejny obwinił Zachód o wybuch wojny na Ukrainie, dorzucając przy okazji odpowiedzialność za fiasko porozumienia umożliwiającego eksport ukraińskiego zboża przez Morze Czarne. Z nieoficjalnych doniesień prasowych z Johannesburga wynika, że Ławrow włożył sporo wysiłku w znalezienie partnerów do prowadzenia dalszej walki, ale rezultaty były co najwyżej umiarkowane. Głównie dlatego, że żaden z pozostałych członków BRICS, zwłaszcza Indie i Brazylia, nie chce jednoznacznie opowiedzieć się po stronie Moskwy. Obawiają się reperkusji ze strony Zachodu, pogorszenia swojej sytuacji handlowej, a do tego – poszerzenia wpływów Pekinu. Wojna to jedna z głównych osi podziału wśród państw założycielskich, co w Johannesburgu wybrzmiało bardzo mocno – i nie zmiękczy tego nawet fakt, że kolejny szczyt BRICS ma odbyć się w rosyjskim Kazaniu.

Ostrożny w swoich politycznych deklaracjach starał się być przede wszystkim premier Indii Narendra Modi, który swój pobyt w RPA zaczął od dyplomatycznej miniawantury. Zaraz po wylądowaniu nie chciał wyjść z samolotu, poczuł się bowiem urażony, że na powitanie przyjechał zaledwie wiceprezydent kraju Paul Mashatile, a nie głowa państwa. Zwłaszcza że prezydent Cyril Ramaphosa pofatygował się, by osobiście przywitać lądującego o 3 nad ranem Xî Jinpinga. Potem Modi miał pretensje, że dziennikarze nie poświęcają wystarczająco dużo miejsca udanemu lądowaniu indyjskiego łazika na dotychczas kompletnie nieznanym ludzkości południowym biegunie Księżyca. Mówił o tym sukcesie na każdym kroku, jednak wyłącznie w kategoriach nacjonalistycznych, opisując go jako „triumf nowych, rodzących się właśnie Indii”. On z RPA wyjeżdża prawdopodobnie zaniepokojony, bo jak zauważa cytowany przez stację CNN indyjski politolog Manoj Kewalramani, zmienia się tożsamość BRICS – i to nie w kierunku, który zadowalałby Indie. New Delhi ma przecież konflikt zbrojny z Chinami o swoje strefy przygraniczne, wybijanie się Pekinu na niezależność wpycha Indie w bliższy sojusz z USA, a coraz więcej krajów blisko związanych z Chinami handlowo to naturalny hamulec dla podobnych ambicji Modiego.

Czytaj także: Czy smok zje niedźwiedzia

Pomysł wspólnej waluty

To właśnie z tego powodu indyjski premier sceptycznie podchodzi do pomysłu wspólnej waluty dla krajów BRICS, który niczym bombę wrzucił do debaty prezydent Brazylii Lula da Silva. Organizatorzy szczytu zapewniali później, że kwestia unii walutowej nie znajduje się w oficjalnym programie obrad, jednak Lula nie ustawał w swoich staraniach na rzecz przełamania dominacji dolara, argumentując, że kraje Południa nie powinny być skazane na wahania jednej tylko waluty, w dodatku zależnej od działań Białego Domu. Do tego jeszcze daleka droga, ale zwłaszcza Narendra Modi patrzy na takie ruchy z niepokojem – bo odejście od dolara oznaczałoby natychmiastowe wzmocnienie Chin, a tego Indie chcą uniknąć.

Nie ma wątpliwości, że szczyt BRICS w Johannesburgu był wydarzeniem o ogromnym znaczeniu dla światowej geopolityki. Układ pionków na szachownicy zmienia się na Globalnym Południu od jakiegoś czasu, ale teraz zmiany nabrały przyspieszenia. Wyraźnie widać, że krótko– i długoterminowy interes w osłabieniu Zachodu ma coraz więcej krajów, choć często są to motywacje wzajemnie sprzeczne. Póki co to właśnie brak wewnętrznej spójności chroni Amerykę i Unię Europejską przed wyhodowaniem sobie silnego rywala. Nawet jednak szeroki kontekst pokazuje, że pozycja liberalnego Zachodu słabnie. Dowodem na to jest chociażby niedawny zamach stanu w Nigrze, coraz większa niechęć wobec francuskich wpływów w Afryce, ekspansja Grupy Wagnera i szerzej – Rosji – w Sahelu. Na Globalnym Południu dzieje się bardzo wiele. Co z tego ostatecznie wyniknie, oczywiście dzisiaj jeszcze nie wiadomo. Ale chętnych do wywrócenia stołu przybywa. Waszyngton i Bruksela nie mogą tego przespać.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Kraj

Sondaż „Polityki”: Jak Polacy oceniają 8 lat rządów PiS. Czy te wyniki dają nadzieję?

Nasz sondaż pokazuje, że pewna grupa elektoratu opozycji tkwi w specyficznym politycznym półśnie: może by i chcieli, aby PiS stracił władzę, ale się przy tym nie upierają. Stale trzeba im wysyłać nowe impulsy, uzmysławiać ekscesy władzy (ostatnio afera wizowa), aby wyrwać ich z przekonania, że „jest tak jak zawsze i lepiej nie będzie”. Natomiast PiS już obudził swoich wyborców-śpiochów.

Mariusz Janicki
20.09.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną