Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Świat

Atak Izraela na Iran był, ale jakby go nie było. Można się rozejść? Nie tak prędko

Spokój na ulicach Teheranu, 19 kwietnia 2024 r. Spokój na ulicach Teheranu, 19 kwietnia 2024 r. AFP / EAST NEWS
Trzy strony konfliktu: Izrael, Iran i Ameryka, po tym tygodniu pełnym napięć i aktów przemocy wydają się ukontentowane. Akcja Iranu, reakcja Izraela oraz hegemoniczna postawa Ameryki ujawniły się wystarczająco dobrze i nie powinno dojść do kontynuacji walki. Tyle polityczna logika wojny. A pozostaje jeszcze sfera emocji, prestiżu i urażonej dumy.

Atak Izraela na Iran był, ale jakby go nie było. Miała być zemsta za pierwszy w historii i tak znaczny atak lotniczy wyprowadzony z irańskiego terytorium, ale niczego nie zniszczono, nikogo nie zabito. Izrael miał zlikwidować raz i na zawsze irański program nuklearny, ale rakiety uderzyły w bezpiecznej odległości od ośrodków atomowych. Słyszano eksplozje w Isfahanie i Tebrizie, ale pociski i drony ominęły Teheran.

Fajerwerki nad Iranem

Co zrozumiałe, Izrael się do uderzenia nie przyznał. Irańskie media informowały o eksplozjach zdawkowo, bardziej skupiając się na bohaterskiej i skutecznej obronie przeciwlotniczej niż samym ataku. Propaganda, pełna zwykle buńczucznych i malowniczych obrazów srogiej pomsty na „małym szatanie”, czyli Izraelu, tym razem wstrzemięźliwie donosiła o „serii małych eksplozji” w wyniku upadku szczątków dronów, a nie trafienia w cel. Anonimowy irański dyplomata skwapliwie zapewnił agencję Reutera, że Iran nie ma zamiaru odpowiadać zbrojnie. Poza tym, dodał, „nie ma żadnych dowodów na to, że atak przeprowadzono z zewnątrz” i dyskusja w rządzie w Teheranie toczy się raczej wokół tego, że jakieś nieznane siły wewnątrz kraju przeprowadziły ostrzał Isfahanu. Były minister spraw zagranicznych Jawad Zarif określił ostrzały jako „fajerwerki”, politycy irańscy mówili, że atak był „śmieszny”.

Również Amerykanie, którzy frenetycznie w ostatnim tygodniu namawiali Beniamina Netanjahu do wstrzemięźliwości, w piątek nabrali wody w usta. Antony Blinken, szef departamentu stanu, nie skomentował samego ataku, tylko tradycyjnie zapewnił, że Stany Zjednoczone są zobligowane do obrony Izraela, ale nie uczestniczyły w żadnych ofensywnych operacjach poza jego terytorium. Spokój pierwszego dyplomaty Ameryki wydaje się zrozumiały, w końcu USA zostały uprzedzone przez Tel Awiw o akcji i jej niewielkiej skali.

Nic ciekawego, można się rozejść, wojny na Bliskim Wschodzie nie będzie?

Czytaj też: Iran kontra Żelazna Kopuła, proca Dawida i Arrow. Jak działa słynny izraelski system obrony

Wojny z tego nie będzie. Na razie?

Odpowiedź na obecnym etapie może wydać się zaskakująca, zważywszy na temperaturę wieloletniego sporu i skalę okrucieństw, jakich doświadczyły w ostatnich miesiącach Izrael z rąk Palestyńczyków i Strefa Gazy z rąk Izraelczyków: tak, wojny z tego nie będzie. Uczestnicy konfliktu, który śmiało można nazwać matką wszystkich wojen: sporu Iranu z Izraelem i USA, najwyraźniej doszli do wniosku, że są za słabi na militarną konfrontację.

Izrael ma niedokończoną wojnę w Gazie i musi żonglować jednocześnie: potrzebą zniszczenia Hamasu, słabnącym poparciem USA i Zachodu, ba, otwartą krytyką działań w Gazie, wewnętrznymi problemami rządu Netanjahu czy wreszcie słabnącą gospodarką pozbawioną siły roboczej (pracownicy poszli do wojska, turyści omijają Izrael). Przynajmniej na razie nie musi pokazywać mocy ponad dotychczasowe działania. Atak nie na irańskie ośrodki nuklearne w pobliżu Isfahanu (jak Natanz na północ od miasta czy ośrodek konwersji uranu w Zardanjan), ale w pobliżu, wydaje się wystarczająco sugestywny. Izrael pokazał, że może zagrozić najcenniejszym celom w Iranie, i to na razie wystarczy.

Iran nagle też wojny nie chce

Dla Iranu sprawa powinna również przynajmniej na razie zostać zamknięta. Po pierwsze dlatego, że jego atak z 14 kwietnia poniósł spektakularną klęskę: niemal wszystkie z ponad 300 różnych środków rażenia wystrzelonych równocześnie zostało strąconych. Iran najwyraźniej usiłował dronami i rakietami powtórzyć lekcję Rosjan w Ukrainie: wysłać tak dużo napadu powietrznego, by zmylić i pokonać obronę przeciwlotniczą. Widowiskowo i ku satysfakcji Izraela i USA się to nie powiodło – dzięki koordynacji i prawdziwie wielowarstwowemu systemowi obrony, jaki Izrael sobie zbudował, i dzięki sojusznikom.

Teraz Iran musi na nowo wymyślić sposoby rażenia Izraela, jeśli w przyszłości będzie chciał go zaatakować. Inwazja lądowa nie wchodzi w rachubę: Arabia Saudyjska i Jordania przyłączyły się do koalicji zestrzeliwującej drony i wojsk nie przepuszczą, a syryjskie przywództwo, mimo sympatii do Teheranu, jest na tyle przytomne, by nie antagonizować Tel Awiwu i Waszyngtonu zbyt mocno. Wojny lądowej więc nie będzie. Iranowi pozostaje na razie robić to, w czym jego służby specjalne się wyspecjalizowały: płacić poplecznikom w Iraku, Libanie i Syrii za nękanie Izraela.

Jest jeszcze jedno wytłumaczenie nagle ujawnionej niechęci Iranu do wojny. Jeśli faktycznie, jak piszą niektóre media irańskie, atak na Isfahan wyszedł z samego Iranu, a nie z zagranicy, oznaczałoby to, że działają w kraju grupy dywersyjne, które Izrael może łatwo uruchomić. Ajatollahom konfrontacja się więc nie opłaca, dopóki nie zrozumieją, co się właściwie wydarzyło w piątkowy poranek.

Izraela bronić, ale nie używać siły

Trzecia strona konfliktu, Ameryka, z oczywistych i jasno zadeklarowanych powodów również wojny w regionie nie pragnie. Biały Dom w obliczu klęski humanitaryzmu w Gazie pokazał bezradność i nie może na Izraelu do tej pory wymusić wstrzemięźliwości w walce z Hamasem. Joe Biden jest w trakcie kampanii wyborczej, w której polityka bliskowschodnia zaczęła grać zdecydowanie ponadmiarowo wielką rolę. Tracił poparcie „postępowych demokratów”, zwłaszcza młodych, wielkomiejskich i z uniwersyteckich kampusów, za postrzegane przez nich jako bezgraniczne poparcie dla Izraela.

I nagle udana akcja amerykańskich samolotów w zestrzeliwaniu irańskich rakiet okazała się zwycięstwem wizerunkowym. Biden, wyraźnie ukontentowany, podzielił się nagraniami rozmów z dowódcami amerykańskich eskadr, które tak skutecznie niszczyły nadlatujące drony, i pochwałami, jakich im udzielił. Do wyborców poszły obrazy – nareszcie – pozytywnej amerykańskiej potęgi, która Izraela broni, ale jednocześnie okazuje się niezastąpionym stabilizatorem i siłą pokoju w regionie. Zatem wzięcie aktywnego udziału w kolejnych stadiach konfliktu byłoby dla Ameryki i Bidena osobiście nieopłacalne. A przede wszystkim niezgodne z jego politycznymi przekonaniami i życiorysem. Podpowiadają mu one: Izraela bronić, ale rolę Ameryki na Bliskim Wschodzie opierać na dyplomacji i potencjale siły, nie na samej sile.

Trzy strony konfliktu: Izrael, Iran i Ameryka, po tym tygodniu pełnym napięć i aktów przemocy wydają się ukontentowane. Akcja Iranu, reakcja Izraela oraz hegemoniczna postawa Ameryki ujawniły się wystarczająco dobrze i nie powinno dojść do kontynuacji walki.

Tyle polityczna logika wojny. Pozostaje jeszcze sfera emocji, prestiżu państw, urażonej dumy i próbowania przez aktorów bliskowschodniego dramatu, ile jeszcze jest możliwe do osiągnięcia na tym etapie rywalizacji. No i czekanie na kolejny etap wojny, dla której nie ma końca. Wojna bliskowschodnia przetrwa i Netanjahu, i Chameneiego, i Bidena.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kraj

Duda nie wypełnia obowiązku. Ktoś się łudził?

PiS i Andrzej Duda dostarczyli przekonującego dowodu, że powoływani przez nich ambasadorowie byli, ogólnie rzecz biorąc, marnej jakości. Konflikt prezydenta z rządem Tuska na tym tle właśnie się pogłębił.

Marek Ostrowski
13.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną