Polityka UE wobec Izraela była we wtorek jednym z tematów obrad szefów dyplomacji wszystkich państw UE w Luksemburgu. Hiszpański premier Pedro Sánchez kilka dni temu wezwał Unię do zawieszenia umowy stowarzyszeniowej z Izraelem, przywołując działania w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu, w Libanie oraz niedawne zaostrzenie przepisów o karze śmierci – w praktyce skrojone, jak podkreśla również izraelska opozycja, wyłącznie pod palestyńskich terrorystów. Do apelu oficjalnie dołączyły dziś Belgia i Słowenia, ale stanowczej decyzji sprzeciwia się m.in. Berlin.
Unia zaostrzy kurs wobec Izraela?
„Zawieszenie umowy stowarzyszeniowej wymaga jednomyślności, dziś nie było takiego poparcia. Mamy już na stole kilka projektów, które wymagają kwalifikowanej większości. Rozważamy także działania, które wymagają tylko większości kwalifikowanej. Aby ją osiągnąć, niektóre kraje musiałyby zmienić stanowisko. Dziś tego nie zaobserwowaliśmy” – powiedziała szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas po obradach.
Dotychczas Węgry były jedynym państwem sprzeciwiającym się sankcjom – obejmującym zamrożenie majątku i zakaz wjazdu do UE – przeciw grupom osadników z Zachodniego Brzegu winnym aktów przemocy wobec Palestyńczyków. Bruksela spodziewa się, że po przejęciu władzy przez rząd Pétera Magyara restrykcje będą mogły wejść w życie. Ponadto zapewne zwiększą się szanse na sankcje wobec skrajnie prawicowych ministrów z rządu Beniamina Netanjahu – Itamara Ben-Gwira oraz Becalela Smotricza, a także wobec niektórych organizacji wspierających agresywnych osadników.
Jednak najbardziej sporną z propozycji, które Kallas wstępnie przedłożyła już we wrześniu, jest pełne lub częściowe zawieszenie handlowej części umowy stowarzyszeniowej UE–Izrael, do czego potrzeba większości co najmniej 15 z 27 krajów, reprezentujących 65 proc. ludności Unii. Dotychczas zadeklarowana mniejszość blokująca w tej sprawie opierała się na Niemczech, Włoszech, Węgrzech oraz Czechach, co pozwalało paru innym krajom unikać zajmowania jednoznacznego stanowiska w tej sprawie.
Niemcy nadal są i zapewne na długo pozostaną przeciwne, pomimo zaostrzającej się publicznej krytyki kanclerza Friedricha Merza wobec działań Netanjahu. To oznacza, że politycznie oraz arytmetycznie (ze względu na dużą populację, co zwiększa wagę głosu w Radzie UE) rozstrzygnięcie pozostaje przede wszystkim w rękach Włoch. Giorgia Meloni – pod presją opinii publicznej, która jest coraz bardziej niechętna Izraelowi i wspierającego go Donaldowi Trumpowi – zdecydowała o zawieszeniu umowy o współpracy obronnej z Jerozolimą. Pomimo to na razie nie jest gotowa do sankcji handlowych.
Francja i Szwecja przed obradami szefów dyplomacji zaapelowały do Komisji Europejskiej o rozważenie restrykcji handlowych (za pomocą ceł i licencji importowych) wobec osiedli żydowskich na okupowanym Zachodnim Brzegu. Umowa stowarzyszeniowa UE–Izrael ich nie obejmuje, więc zasadniczo ich produkty nie powinny być w UE sprzedawane z etykietą „made in Israel”, ale Bruksela dotychczas odmawiała wprowadzenia dodatkowych ograniczeń. Podczas wtorkowego spotkania nie sformułowano jednak żadnych nowych zaleceń w tej kwestii.
Czytaj też: Trump i Netanjahu: dwa bratanki
Krytycy i obrońcy
Szczególnym obrońcą Izrael pozostają Niemcy. W 2008 r. kanclerka Angela Merkel publicznie uznała jego bezpieczeństwo za niemiecką rację stanu, a historyczna odpowiedzialność za Zagładę nadal mocno powściąga krytykę państwa żydowskiego ze strony partii głównego nurtu. Pomimo to Friedrich Merz już w zeszłym roku ogłosił zawieszenie sprzedaży Izraelowi broni, która mogłaby być użyta w wojnie w Strefie Gazy. Decyzja została wsparta przez koalicyjną SPD, ale wywołała duże spory w chadecji, z której wywodzi się obecny kanclerz. W rezultacie Merz, choć nie zrezygnował z tych ograniczenia, musiał głośno zadeklarować, że Niemcy pozostają sojusznikiem Izraela.
Na drugim biegunie jest Irlandia, niezwykle krytyczna wobec Izraela. Jej główne siły polityczne wskazują na domniemane analogie między walką niepodległościową Palestyńczyków i Irlandczyków. Obecnie najmocniej ukarania Izraela domaga się Pedro Sánchez. Jego antytrumpizm, ujmowanie się za Palestyńczykami oraz promowanie sankcji wobec Jerozolimy konsolidują hiszpańską lewicę, ale premier używa ich także do mobilizowania globalnego ruchu progresywnego, którego zjazd odbył się w ostatni weekend w Barcelonie.
Hiszpania uznała niepodległość Palestyny w maju 2024 r., czyli ponad rok przed Francją i Wielką Brytanią. Odeszła tym samym od standardowej zasady polityki zagranicznej Madrytu, by nie uznawać jednostronnych deklaracji niepodległości – jak w przypadku Kosowa – z obawy przed precedensem dla Katalonii. Sánchez posługuje się pojęciem ludobójstwa w kontekście działań Izraela w Strefie Gazy.
Koniec wyrozumiałości dla Netanjahu?
Na konflikt izraelsko-palestyński od dekad nakładane są na Zachodzie spory ideologiczne (m.in. prawica–lewica, atlantycyzm–antyamerykanizm), które zapewniają dużą uwagę opinii publicznej, ale jednocześnie często utrudniają ocenę rzeczywistych wydarzeń na Bliskim Wschodzie.
Sojusz z Ameryką, a zwłaszcza ideologiczne więzy z ruchem MAGA, przynajmniej do niedawna łączył się w Europie z dużą wyrozumiałością dla Netanjahu. Jednak niewykluczone, że to zaczyna się zmieniać, czego przykładem jest stopniowe odchodzenie Meloni od linii proizraelskiej.