Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Historia

Kto wyrąbie więcej ode mnie? Wincenty Pstrowski, tytan pracy

Wincenty Pstrowski. Pomnik w Zabrzu Wincenty Pstrowski. Pomnik w Zabrzu Waldemar Kompala / Agencja Wyborcza.pl
75 lat temu Wincenty Pstrowski wezwał towarzyszy rębaczy z innych kopalń: kto wyrobi więcej ode mnie? To był początek stachanowskiego współzawodnictwa pracy w Polsce. Dlaczego padło na niego?

„Cóż z tego, że mamy całe pudełko zapałek, a tylko jedna dobra zapałka w tym pudełku” – zauważył kard. Stefan Wyszyński w kwietniu 1948 r. w kazaniu wygłoszonym w Bronowicach k. Krakowa, odnosząc się do śmierci Wincentego Pstrowskiego i współzawodnictwa pracy.

W „Liście otwartym do górników w Polsce” Wincenty Pstrowski, rębacz w zabrzańskiej kopalni „Janina”, wezwał towarzyszy rębaczy z innych kopalń do współzawodnictwa: kto wyrobi więcej ode mnie? Tym samym 27 lipca 1947 r. przeszedł do historii. Potem zmieniono czasownik „wyrobi” na „wyrąbie”, bo lepiej i trafniej oddawał sens górniczej pracy i ówczesnej technologii wydobycia. Wwiercić się w ścianę węgla, założyć ładunki, odstrzelić, bryły porąbać kilofami, załadować na wózki, zabudować przodek – i znowu odpalić dynamit. Rębacz i ładowacz byli najważniejszymi postaciami w procesie wydobycia węgla. Dzisiaj wynoszeni byliby pod niebiosa, bo fedrowali węgiel gruby – do pieców.

Czytaj też: W sprawie węgla dzieje się w PiS coś niepokojącego

Rębacze i ładowacze

Odnosząc się do realiów Polski przedwojennej – a będzie to ważne w kształtowaniu się postawy Pstrowskiego, który przed emigracją do Belgii pracował w kopalni w Sosnowcu – rębacze i ładowacze zarabiali odpowiednio do 400 i 300 zł miesięcznie. Średnia płaca górnika pod ziemią wynosiła wtedy 250 zł. Przeciętne zarobki robotników w innych branżach objętych ubezpieczeniem emerytalnym kształtowały się tak: dla mężczyzn – ok. 105 zł, dla kobiet – ok. 55. W tym samym czasie robotnicy rolni za dniówkę dostawali 1,7 zł, czyli niecałe 50 zł miesięcznie.

Mały Rocznik Statystyczny, który ukazał się w pierwszej połowie 1939 r., podaje ceny z lat 1935–37 obejmujące miarę 1 kg: chleb żytni – 0,35 gr, ziemniaki – 10 gr, masło – 4 zł, cukier – 1 zł, szynka gotowana – 4,50 zł, kiełbasa wieprzowa – 2 zł, wieprzowina – 1,5 zł, 15 jaj – 1,60 zł, litr mleka – 0,30 gr, a zeszyt szkolny – 0,10 gr.

Tona węgla grubego pierwszej klasy – 22 zł, para półbutów męskich – 25 zł. Aby było też coś dla ducha, to w tym samym czasie w warszawskiej restauracji Victoria – podobnie w katowickich, które należały do najdroższych w Polsce – można było dostać talerz zupy rakowej za 80 gr, sandacza po polsku lub szczupaka smażonego za 3 zł, tak jak pół kaczki z mizerią. Butelka piwa jasnego kosztowała 1,20 zł, pół litra wódki wyborowej – 6 zł, a tyle samo luksusowej – 9 zł. Oczywiście w knajpie, a nie w sklepie monopolowym.

W powojennych miesiącach 1945 r. połowa górniczych załóg pamiętała przedwojenne zarobki w kopalniach i ceny w sklepach. Także kamrat Wincenty pamiętał kopalniane realia lat 30. Wojna się skończyła, zrujnowana Polska była w potrzebie. Wybuchają patriotyczne apele o zwiększenie wydobycia węgla, a więc o współzawodnictwo ku chwale partii, ku chwale nowej socjalistycznej ojczyzny, zwycięstwa komunizmu i ku pogardzie wrażym kapitalistom – którym na pohybel! Te nowe priorytety musiały zderzyć się z pamięcią minionych lat, z wartościami. Zarobkami i cenami.

Czytaj też: Dopłaty do węgla, którego nie ma. PiS walczy o stołki

Ikona pracoholizmu

Kiedy Wincenty Pstrowski rzucił hasło: „kto wyrobi więcej ode mnie?”, miał 43 lata. Z jego wezwaniem wiąże się początek stachanowskiego współzawodnictwa pracy w Polsce. Dlaczego padło na niego?

Może trudno dzisiaj uwierzyć, ale to przypadek uczynił z Pstrowskiego ikonę ówczesnego pracoholizmu. Jakiś dotychczas nieznany, choć znakomity w swoim fachu górnik-rębacz zaczął nagle domagać się godziwego wynagrodzenia. A czynił to upierdliwie i nachalnie, mając wciąż w pamięci paski wypłaty z przedwojnia i te, które dostawał w kopalniach belgijskich. Chciał zapewnić rodzinie bezpieczeństwo socjalne i domagał się szacunku dla górniczego trudu.

A szacunek nierozerwalnie wiązał się z zarobkiem. Na dodatek wkurzało go wszystko, co dookoła widział. W sporcie nazywa się to złością sportową, a Pstrowski kipiał złością górniczą – i tę jego wściekłość władze umiejętnie wykorzystały. Okrzyknięto go przodownikiem, socjalistycznym bohaterem i patriotą pracy. Górniczą awangardą. Dzisiejszym lepszym sortem. Wydawało się, że stachanowska rywalizacja pracy także w Polsce stanie się przełomowym odkryciem niezbadanych pokładów robotniczego potencjału. I choć Pstrowski nie nadawał się na symbol socjalistycznego wyścigu pracy, to tej machiny nie można już było zatrzymać. Ku uciesze socjalistycznej władzy, której Pstrowski spadł z nieba, choć twierdziła, że nieba nie ma.

Polska Partia Robotnicza, która miała Pstrowskiego w swoich szeregach, już wcześniej inicjowała i podgrzewała na wzór radziecki tę dziwaczną konkurencję, jaką było współzawodnictwo pracy. Celem było podwyższenie norm dla wszystkich, a przy okazji wykreowanie z wyścigowców nowej komunistycznej elity robotniczej. Opływającej zresztą w dostatki i profity dostępne wówczas na tamtym biednym i reglamentowanym rynku.

Wzorem dla Pstrowskiego i jemu podobnym miał być, oczywiście, niedościgniony Aleksiej Stachanow, także rębacz. Miał 28 lat, kiedy w ostatnich dniach sierpnia 1935 r. zaczął bić w Doniecku rekord Związku Radzieckiego w fedrowaniu węgla metodami ręcznymi. Zaczął od... 1500 proc. normy! Wyczyn ten dał 102 tony węgla. A potem rąbał jeszcze więcej. I więcej.

Wincenty Pstrowski kopał wtedy węgiel w Polsce i miał prawo nie słyszeć o Stachanowie. Ale nawet po powrocie do kraju w 1946 r. ogarniał go pewnie pusty śmiech na wieść o takich wynikach w górnictwie. Można przyjąć, choć trudno to rzeczowo dowieść, że Pstrowski nie uczestniczył w tak reżyserowanym wyścigu pracy. Zresztą prawdziwe, zinstytucjonalizowane współzawodnictwo pracy ruszyło już po śmierci Pstrowskiego, a motorem tego procederu stał się kongres zjednoczeniowy PPR i PPS, rozpoczęty 15 grudnia 1948 r.

Trzymajmy się jednak mitu naszego podziemnego herosa. Do czynu przedkongresowego przystąpiło ponad pół miliona przodowników pracy wespół ze wspierającymi ich zespołami i brygadami. Z wyselekcjonowanymi, najczęściej młodymi bohaterami, uzbrojonymi we właściwe hasła, strzelające proletariackimi celami i treściami. Temu arsenałowi patronował Pstrowski, choć trzeba pamiętać, że akurat on był indywidualistą i preferował pracę na własny rachunek.

W tym czasie w ZSRR wyścig pracy przekształcił się w długofalowe zobowiązania produkcyjne. Brzmienie było inne, lecz wychodziło na jedno. To stare rozwiązanie w nowej werbalnej formie zostało przeszczepione na polski grunt w 1950 r. za sprawą apelu górnika Wiktora Markiewki z kopalni „Polska” w Świętochłowicach. Zobowiązania produkcyjne dominowały we współzawodnictwie pracy aż do gorącego lata 1980. Za wschodnią granicą, w radzieckiej rzeczywistości, znakomicie wykpił je Wieniedikt Jerofiejew w poemacie „Moskawa – Pietuszki”, który w 1970 r. ukazał się w wydaniu podziemnym, a w 1989, już za Gorbaczowa, w oficjalnym. Oto smakowity fragment:

„Co miesiąc myśmy wysyłali socjalistyczne zobowiązania, a nam dwa razy na miesiąc przysyłali pieniądze. Pisaliśmy na przykład tak: Z okazji nadchodzącego stulecia zobowiązujemy się zlikwidować przestoje produkcyjne. Albo tak: Z okazji chlubnej setnej rocznicy uczynimy wszystko, ażeby co szósty z nas kształcił się zaocznie na wyższej uczelni. Ale jakie tam przestoje i uczelnie, jeżeli my poza sieką (rosyjska gra karciana w durnia – JD) świata bożego nie widzimy, a razem jest nas tylko pięciu!”.

Czytaj też: Węglowa derusyfikacja Polski

Pensja w jeden dzień przepita

Współzawodnictwo masowe, które masowe było tylko w ujęciu socjalistycznej propagandy, zapoczątkowane zostało w sierpniu 1945 r. we włókienniczej Łodzi na wezwanie Związku Walki Młodych do podejmowania „Młodzieżowych Wyścigów Pracy”. Inicjatywę musiały podchwycić inne branże. I tak już rok później miało w niej uczestniczyć 40 tys. młodych górników, którzy walczyli o miano przodującej kopalni i przodującego zjednoczenia przemysłu węglowego. Ale wyniki nie miały tu nic do rzeczy – zwycięzców wskazywały władze według własnego klucza.

Nie były to wtedy akcje ani powszechne, jak to przedstawiano, ani masowe. Napotykały opór – szczególnie robotników z przedwojennym jeszcze stażem, nawet tych z partyjnymi legitymacjami, nauczonych uczciwie pracować i pamiętających maksymę, że za dobrą robotę należy się dobra wypłata. Nie było w tym założeniu żadnej filozofii, żadnej wzniosłej idei – tylko prosta zależność. W Archiwum Akt Nowych zachowały się stenogramy z zebrań partyjnych poświęconych wynagrodzeniom. Dotyczą wprawdzie lat 1951–52, ale należy przypuszczać, że w latach 40. było jeszcze gorzej. Stenogramy świadczą o szerokim rozdźwięku pomiędzy tym, co głosiła i czym kusiła partia, a realiami.

Oto fragment relacji z partyjnych zebrań w zabrzańskiej kopalni „Ludwik”: „Jako pierwszy w dyskusji głos zabrał tow. Szeliga, który mówił, że studiował teorię Marksa, z której nauczył się, że ze wzrostem pracy powinien wzrosnąć zarobek robotników, a »ja widzę inaczej, bo pracuję coraz więcej, a zarobek jest stale mniejszy, obecnie zarabiam 15 zł na dniówkę (było to już po wymianie pieniędzy – JD), a za to nie idzie wyżyć« (…). Towarzysz Oleś Karol oświadczył, że »przed wojną zarabiał 400 zł, za które mógł sobie kupić nie wiadomo ile wódki, a dzisiaj miesięczną pensję może za jeden dzień przepić«”.

„A tymczasem Pstrowski był tym, który chciał zwyczajnie dobrze pracować i dobrze zarabiać za bardzo ciężką robotę – jak w Belgii, gdzie w 1946 r. był jednym z najlepiej opłacanych górników” – mówił prof. Zygmunt Woźniczka, historyk z Uniwersytetu Śląskiego, zmarły niedawno badacz najnowszej historii Śląska i Zagłębia.

Ze strzępów życiorysów publikowanych w partyjnych wydawnictwach wyłaniał się tytan pracowitości. Łasy na pieniądze, chociaż propaganda z oczywistych względów to przemilczała.

Czytaj też: Powrót do węgla? Serio? Wojna nie cofnie biegu historii

Przodownik z Belgii

Nasz przyszły przodownik pochodził spod Jędrzejowa, ze wsi Desznia na Kielecczyźnie. Już jako dziecko poszedł na służbę, kiedy ojciec, wyrobnik folwarczny, zginął przywalony drzewem. Wincenty tułał się tu i tam, wydzierał nielegalnie węgiel z biedaszybów w Zagłębiu Dąbrowskim, w końcu związał się zawodowo z górnictwem. W wydanej w 1949 r. „Biblioteczce Współzawodnika” czytamy: „W biedzie i w nędzy wyrasta mały Wincenty Pstrowski. Jeszcze nie rozumie on krzywdy społecznej, jaka mu się dzieje, ale już ją dotkliwie odczuwa”. Tej akurat części życiorysu nie trzeba było naciągać dla późniejszego propagandowego wizerunku górnika-rębacza. Była prawdziwa.

W kopalni „Mortimer” w Zagórzu, który dzisiaj jest dzielnicą Sosnowca, został ładowaczem. Praca prosta, ale bardzo ciężka. Dla mężczyzn żylastych. Takim był Pstrowski. Zapamiętano, że na zmianie ładował 70 wózków węgla, z których każdy mieścił ponad pół tony węgla lub tonę skały płonnej, towarzyszącej węglowym pokładom, podczas gdy inni górnicy z trudem dobijali do 30 wagonów. Ten epizod w jego oficjalnym życiorysie po wojnie pomijano, być może dlatego, że od 1934 r. Pstrowski należał do patriotycznej Polskiej Partii Socjalistycznej. Nie wypadało też robić ludziom wody z mózgu, że już w kapitalistycznej, podłej Polsce Pstrowski był... przodownikiem pracy. Dla niego liczyły się pieniądze.

W 1937 r. II Rzeczypospolita była jeszcze w okowach kryzysu gospodarczego. Pstrowski wyemigrował do Belgii, gdzie znalazł pracę w kopalni w Mons. W życiorysie ma adnotację o członkostwie w Komunistycznej Partii Belgii i w Związku Patriotów Polskich. Miał brać udział w walce belgijskiego ruchu oporu, ale szczegóły nie są bliżej znane. Po powrocie do kraju od razu wstąpił do PPR.

Jak na wymogi historycznej roli, która za chwilę na niego spadnie – piękna sprawa! Przymknięto nawet oko na wybryk jego syna Feliksa, który po wyzwoleniu Belgii wstąpił w 1944 r. do oddziałów gen. Stanisława Maczka. Potem jednak karnie wrócił z ojcem do kraju – razem płakali na granicy na widok biało-czerwonej – i wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego; służbę zakończył w stopniu pułkownika (zmarł w 2013 r.).

W tygodniku „Panorama” z lipca 1974 r. tak opisywano moment powrotu Pstrowskiego: „I wrócił głuchy na wszystkie podszepty i plotki, głuchy także na głosy belgijskich sztygarów, którzy obiecywali mu wyższą płacę, bo żałowali go bardzo, tak był pracowity i rzetelny”. Pstrowski zarabiał wówczas po 1300 franków miesięcznie i wśród belgijskich górników należał do finansowej elity. Przodował.

Trudno kwestionować patriotyczne motywy jego powrotu w maju 1946 r. do kraju, ale decydujące znaczenie miało chyba przeświadczenie, że umiejętności i imponująca siła fizyczna pozwolą mu na wyrąbanie sobie w nowej Polsce dostatniego życia. Przynajmniej porównywalnego z belgijskim. „Bardzo szybko zaczął żałować swojej decyzji, ale droga powrotu była zamknięta” – powiedział prof. Woźniczka.

W Polsce pojawił się z trzema walizkami dobytku i akordeonem kupionym przed wyjazdem. Dla syna.

Czytaj też: Zimno a wojna. Czy Polsce wystarczy gazu? Robi się nerwowo

Szlifowanie diamentu

Pracę dostał w kopalni „Jadwiga” w Biskupicach, dzisiejszej dzielnicy Zabrza, w której było już sporo podobnych reemigrantów z Belgii i Francji. Rozpuszczony tym, co zostawił na Zachodzie, rozczarował się nędznym mieszkaniem przydzielonym w familoku dla pięcioosobowej rodziny. Pokojem z kuchnią, wychodkiem na podwórku, wodą na półpiętrze. Najbardziej doskwierała mu marna pensja za dniówkę w systemie brygadowym, która wynosiła ok. 70 zł. Można było za to kupić butelkę wódki. Według rocznika statystycznego kilogram chleba żytniego kosztował wtedy 34–37 zł, kilogram ziemniaków 7–17 zł, a za kilogram mięsa wieprzowego z kością trzeba było zapłacić 250–298 zł.

Pstrowski początkowo nie włączał się jakoś szczególnie do wyścigu pracy, tylko starał się pracować solidnie – jak w Belgii. W kronikach kopalni „Jadwiga” odnotowano, że w drugiej połowie 1946 r. wyrabiał prawie 200 proc. normy wydobycia! Ale i to nie starczało na godziwe zarobki, bo jego normą dzieliła się cała brygada. Głośno narzekał, że „jeden pracuje, reszta się opierdala, a pieniądze są dzielone po równo”.

Chciał pracować na własny rachunek, bez brygady obiboków koło siebie. Chciał dobrać sobie ładowacza i pokazać, co potrafi. Chciał mieć pod dostatkiem drewna do obudowy wyrobiska i odpowiednią liczbę ładunków wybuchowych do kruszenia węglowej ściany. I żeby do ściany, którą rąbał, dochodziło świeże powietrze. Jak w Belgii. I żeby inni się od niego odpieprzyli.

Indywidualizm nie był wtedy w modzie, więc w zakładowym komitecie PPR najczęściej całował klamki. „Był wyśmiewany, a nawet straszony bezpieką za swoje pomysły” – mówił prof. Woźniczka. Kapitalistyczne pomysły! Na zebraniach partyjnych pytał: kto da więcej niż ja? Ale nikt nie chciał podnieść rękawicy. Nie dał się jednak zbić z pantałyku i swoimi upierdliwymi propozycjami zmiany organizacji pracy powoli zarażał Komitet Miejski PPR w Zabrzu. Woźniczka: „Tam też początkowo traktowano go lekceważąco, dopiero gdy któryś z towarzyszy zorientował się, że być może rodzi się rodzimy Stachanow, pozwolono na eksperymenty”.

Odkryto, że Pstrowski to diament pracowitości, który dla propagandowych potrzeb należy tylko podszlifować. Maksymilian Kaczmarczyk, były ładowacz węgla pracujący w duecie z Pstrowskim, wspominał w lipcu 1977 r. w „Trybunie Robotniczej” swojego mistrza: „Był człowiekiem niezwykle zdyscyplinowanym, umiejętnie wykorzystywał czas spędzony w przodku. Za jednym zamachem wiercił sześć otworów: trzy odstrzelił zgodnie z ówczesnymi przepisami, a następne trzy miał gotowe na później. Umiał współdziałać z ładowaczem, kiedy odstrzelił i wyrąbał swoje – chwytał łopatę”. Dla innych rębaczy – wówczas górniczej śmietanki – był to dyshonor i policzek.

Andrzej Kuryłowicz, ówczesny sekretarz generalny Komisji Centralnej Związków Zawodowych – późniejszej Centralnej Rady Związków Zawodowych – tak wspominał rozmowę z bohaterem pracy socjalistycznej w czasie delegacji do Moskwy na 30. rocznicę rewolucji październikowej: „Towarzysz Pstrowski, gdy dyskutowaliśmy między sobą, nie rozumiał, co to jest współzawodnictwo pracy. Mówił: tyle lat pracowałem w kopalniach belgijskich, przyjechałem z wielkim doświadczeniem i patrząc, jak nasi górnicy pracują, ze swoimi metodami przyszedłem i łatwo wydobyłem tę zwiększoną wydajność pracy. Jak mnie który dopędzi, powiedział tow. Pstrowski, to ja go dopędzę, to skoczę znowu o 100, 200 proc., bo ja znam nowe metody, których jeszcze nie zastosowałem. Tak przedstawiał sobie współzawodnictwo pracy”.

Czytaj też: Kraina węgla i stali

Ważny apel bez okazji

Wyniki przekładały się na pieniądze; Pstrowski zaczął zarabiać dziennie (zmiana trwała siedem godzin) po 700–800 zł! Już dało się jakoś żyć. Partia potrzebowała więcej takich Pstrowskich.

Stąd 27 lipca 1947 r. w „Trybunie Robotniczej”, organie PPR, ukazał się „List otwarty do górników w Polsce”: „Ja, Pstrowski Wincenty, przyjechałem do Polski w maju ub. r. z Belgii, gdzie pracowałem jako górnik w Mons. Wróciłem do Ojczyzny po dziesięcioletniej tułaczce za kawałkiem chleba u obcych. Wróciłem do niej, aby przyczynić się do jej odbudowy po tak strasznych zniszczeniach wojennych. Wiem, że ta Polska jest nową Polską, której gospodarzem jest naród. Od maja ub. r. pracuję jako rębacz w kopalni »Jadwiga« w Zabrzu. W lutym wykonałem normę w 240 proc., wyrąbując 72,5 m chodnika. W kwietniu wykonałem 273 proc., wyrąbując 85 m chodnika, a w maju dałem 270 proc. normy, wyrąbując 78 m chodnika. Pracuję w chodniku o 2 m wysokości, a 2,5 m szerokości. Wzywam do współzawodnictwa towarzyszy rębaczy z innych kopalń. Kto wyrobi więcej ode mnie?”.

Warto zauważyć, że nie wezwał do współzawodnictwa w ogóle, tylko w konkretnych, porównywalnych warunkach górniczych. Można powiedzieć, że chciał się ścigać na tych samych dystansach.

Po latach nie można jednoznacznie ustalić, czy wezwanie Pstrowskiego było jego samodzielną inicjatywą, czy powstało z inspiracji jednego z partyjnych komitetów – do samej publikacji na pewno przyczynił się KM PPR w Zabrzu. Zresztą jakie to ma dzisiaj znaczenie, kto jest prawdziwym autorem listu. W przedwojennej książeczce wojskowej Pstrowskiego z 1926 r. widnieje zapis „umie czytać i pisać”, ale wiadomo też, że z tymi umiejętnościami kiepsko sobie radził. W przygotowaniu odezwy na pewno pomagał mu najstarszy syn Feliks, rozpoczynający wówczas służbę w ludowym wojsku.

Apel ukazał się jakby bez okazji. Ani w przeddzień 1 maja czy 22 lipca, ani z okazji urodzin Stalina lub Bieruta, ani ku czci Lenina – jak to bywało z tysiącami podobnych odezw „ku czci”. Chodziło jednak o węgiel, podstawowy produkt dla ojczyzny po przejściach. W połowie lipca 1947 r. do Hilarego Minca, ministra przemysłu i handlu, wpłynęła notatka o fatalnej sytuacji w górnictwie.

Było kiepsko, plan się walił: „W okresie I, jak i II kwartału br., a szczególnie w ciągu pierwszej dekady lipca miało miejsce wydobycie dzienne węgla poniżej planowanego. O ile przyczynę niedostatecznego wydobycia w I kwartale stanowiły silne mrozy, a w miesiącu lipcu szereg awarii w kilku kopalniach, które zbiegły się w tym czasie, o tyle niedostateczne wydobycie (…) było wynikiem przede wszystkim niedostatecznej ilości efektywnych robotnikodniówek”.

Chodziło więc o pilne „wyrąbanie” rodzimego skarbu. Stąd właśnie w następnych, powielanych wersjach apelu Pstrowskiego to określenie zastąpiło pierwotne „wyrobienie”.

Z węglem bowiem było źle, tak samo zresztą jak ze wszystkim. Dwa lata wcześniej skończyła się wojna; gospodarcza sytuacja Polski była wciąż dramatyczna. Wszędzie ruiny, zgliszcza i ogromne straty. W przemyśle i rzemiośle szacowano je na 30 proc. majątku narodowego w powojennych granicach kraju; w rolnictwie na 35 proc., w transporcie – blisko 60 proc., w handlu – prawie 65 proc. Dochód narodowy był o ponad 60 proc. niższy niż w 1938 r.

Okaleczony naród leczył rany. Dyscyplina pracy była pod psem. W górnictwie węglowym wydajność oceniano w pierwszych miesiącach 1945 r. na 30 proc. przedwojennej, podobnie było w innych branżach. I sekretarz KC PPR Władysław Gomułka grzmiał na partyjnej naradzie: „Jeżeli nie rozwiążemy zagadnienia wydajności pracy, to nie rozwiążemy żadnego z zagadnień stojących przed nami!”.

Partia postanowiła więc, wzorem bratniego ZSRR, pogonić robotników do współzawodnictwa pracy. Akcję nazwano „racjonalizacją procesów produkcyjnych”. PPR złożyła współzawodnictwo na barki podporządkowanych jej związków zawodowych. Już w marcu 1945 r. na plenum Wydziału Wykonawczego Komisji Centralnej Związków Zawodowych uchwalono odezwę do robotników, wzywającą do wzmożenia dyscypliny, podniesienia wydajności pracy i do przekraczania planów produkcyjnych.

Pierwsza dała odzew Huta Pokój w Rudzie Śląskiej, której związkowcy wnieśli płomienną petycję do wszystkich hutników o zwiększenie wydajności o 25 proc. Włókniarze nie pozostali w tyle i już w sierpniu członkowie Związku Walki Młodych z Łodzi zwarli szeregi do Młodzieżowego Wyścigu Pracy. Poszło!

Później, już po apelu Pstrowskiego, zawierano dziwaczne układy (pierwszy w sierpniu 1947 r.) o współzawodnictwie pracy np. między górnikami i włókniarzami. Pierwsi rąbali ile mogli, drudzy prześcigali się w obsłudze coraz większej ilości krosien. Gdzie Rzym, gdzie Krym? Podstawowym kryterium tej rywalizacji był „procent wykonania państwowego planu produkcyjnego”.

Czytaj też: Z szacunkiem do węgla, czyli jesteśmy globalnym żartem

Przed Pstrowskim

W powojennym województwie śląsko-dąbrowskim apele o więcej i więcej węgla pojawiły się dużo wcześniej. Pod koniec kwietnia 1945 r., kiedy kończyły się walki o Berlin, na I Ogólnopolskim Zjeździe Pracowników Przemysłu Węglowego w Katowicach wystąpił przedstawiciel Armii Czerwonej gen. porucznik D. G. Miłowski z radzieckiej komendantury wojskowej województwa. Podziękował za węgiel, który poszedł na zaopatrzenie frontowych linii kolejowych, i wezwał: „Lecz wróg nie złożył jeszcze broni. Należy go dobić i dlatego Armia Czerwona prosi was, górników polskich, byście wytężyli wszystkie swoje siły, aby z powodzeniem wypełnić majowy plan wydobycia i załadowania węgla!”.

Prośba byłaby najzupełniej zrozumiała w ostatnich dniach wojny, gdyby nie miała perfidnego i tragicznego tła. Otóż od lutego 1945 r. rozpoczęły się deportacje Górnoślązaków do ZSRR, które trwały do końca kwietnia. Według badań IPN wywieziono w przeciągu trzech miesięcy 35–45 tys. osób (niektóre źródła podają 90 tys.), w większości wykwalifikowanych robotników: górników, hutników i kolejarzy. Do wagonów trafiały całe wyjeżdżające po dniówce zmiany. Jeszcze w roboczych ubraniach. W bytomskich kopalniach „Bobrek” i „Szombierki” jednego dnia z tej śląskiej przestrzeni znikało po 200–300 górników. Pierwsze pociągi zatrzymywały się w Donbasie w Ukrainie, kolejne w Kazachstanie i dalej. Ocenia się, że jedna trzecia deportowanych nie przeżyła niewolniczej pracy w ZSRR.

Szacuje się, że połowę deportowanych stanowili górnicy. W tamtym czasie kilka śląskich kopalń musiało z dnia na dzień przerwać wydobycie – i to na parę miesięcy. Później braki kadrowe zastąpiono jeńcami wojennymi, więźniami politycznymi i kryminalnymi. Jeżeli nawet ci pierwsi motywowani byli jeszcze wyjazdem do Niemiec, to drudzy nie mieli żadnych powodów do normalnej nawet pracy. W kolejnych latach do fedrowania węgla zaprzęgnięto wojsko. W takich to realiach wykluwał się socjalistyczny wyścig pracy. Przynajmniej w kopalniach.

Nagłówki gazet z tamtego okresu krzyczały: „Polska nie może sobie pozwolić na niewykonanie planu produkcji węgla!”. W maju 1945 r. pierwszy do wyścigu pracy i współzawodnictwa wezwał listem otwartym do górników Józef Zając, rębacz z kopalni „Grodziec” w Będzinie. Apel przeszedł bez większego echa. Może dlatego, że nie było wówczas pomysłu na zmotywowanie robotników, w większości niechętnych narzuconemu ustrojowi. Jak porwać do czynu załogi, w sporej części składające się z niemieckich jeńców wojennych i więźniów obozów pracy? Jest tajemnicą poliszynela, że te dwie ostatnie grupy górników (a ocenia się ich na 30–40 tys.) przygotowywały front robót wyścigowcom pracy. Nie doszukano się jednak sugestii, żeby z takiej pomocy korzystał Pstrowski.

Rekordy śrubowano wówczas na różne sposoby. Dodawano wyniki dwóch zmian, żeby wyszła jedna rekordowa... Na poczet wyścigowców zaliczano pracę jeńców i więźniów. Różnie zresztą w tej konkurencji kombinowano. Zdaniem prof. Woźniczki Pstrowski statystyk nie naciągał i nigdy nie przepracował na dole nawet kilku minut dłużej, niż trwała szychta. Był odporny na propagandę. Do kopalni zwożono aktyw partyjny z innych zakładów, żeby podpatrywał styl i metody pracy przodownika. Przodownik czuł się jak małpa w zoo. Pstrowski znosił cierpliwie te wycieczki, aż któregoś dnia ryknął: brać do ręki łopaty i ładować węgiel! I wycieczki przestały go odwiedzać.

Czarodziejską różdżką, która zwykłych robotników przemieniała w przodowników pracy, nie były słowa – były nią pieniądze i dostęp do niedostępnych dóbr. W czerwcu i lipcu 1947 r. Pstrowski zarobił w sumie ok. 40 tys. zł. – a wówczas średnie płace rębaczy wynosiły trochę ponad 14 tys. zł. Za sierpień, a więc miesiąc po tym, jak stał się sławny, zainkasował 28 tys. zł.

Później nie było to już nic takiego nadzwyczajnego – słynni bracia Bernard i Rudolf Bugdołowie, którzy pierwsi podnieśli rzuconą rękawicę, zarabiali na początku 1948 r. po 70–80 tys. zł miesięcznie. Tę parę przegonił z kolei Czesław Zieliński, który za wykonanie w czerwcu tegoż roku blisko 700 proc. normy dostał ponad 90 tys. zł!

Połowę zarobków uczestnicy tego wyścigu otrzymywali w gotówce, resztę w naturze i w formie przydziałów kartkowych. Oprócz kartek żywnościowych typowymi nagrodami były początkowo rowery, aparaty radiowe, zegarki, odzież, kupony materiałów i wczasy – w Czechosłowacji, później w NRD. W następnych latach doszły talony na motocykle i samochody. Nagrodami były także awanse polityczne i zawodowe. Przodownicy zostawali członkami najwyższych gremiów partyjnych, posłami i dyrektorami – m.in. Bernard Bugdoł objął stanowisko dyrektora kopalni „Wujek” w Katowicach.

Czytaj też: Nierentowne kopalnie w Polsce będą zamykane, i słusznie

Śmierć rębacza

Wincenty Pstrowski zmarł w krakowskiej klinice 18 kwietnia 1948 r. w niecały rok po wystosowaniu listu do górników. Podano, że na białaczkę. Spekulowano też, że przyczyną choroby mogło być zakażenie krwi po usunięciu kilku zębów naraz – wszak uśmiech herosa, który pojawiał się na plakatach, nie mógł być skażony niedoskonałością uzębienia... Mówiło się też, że po operacji, która miała poprawić jego fizyczny wizerunek, zbyt szybko wrócił do pracy, gdzie zatruł się poeksplozyjnymi gazami. Śmierć przodownika pracy zaskoczyła, a nawet zadziwiła partyjny kolektyw. Jak to, Pstrowski? Opuścił swoje stanowisko pracy?

Domysły o zatruciu okazały się nieprawdą. Przyczyną śmierci był nowotwór krwi. Próbowano go ratować za wszelką cenę. Samolotem sprowadzono lekarzy z Francji, przeprowadzono pierwszą w Polsce całkowitą wymianę krwi. W zabiegu uczestniczył prof. Julian Aleksandrowicz, który wspominał po latach: „Władze podjęły szybkie decyzje, kompania wojska wmaszerowała do kliniki przy ul. Kopernika 15. Byli to honorowi krwiodawcy”. W sumie przetoczono Pstrowskiemu 20 l krwi! Nic to nie pomogło.

Szybko pojawiły się spiskowe teorie na temat jego śmierci. Trudno się nawet dziwić, bo kilka miesięcy wcześniej, pytany na jednym ze spotkań o sens wyścigu pracy i o to, czy aby nie naraża zdrowia swego i wszystkich, których do tego zachęca, odpowiedział: „Czy ja wyglądam na takiego, który pracuje na krótką metę? Przecież mam żonę, tych dwóch synków i małą córeczkę. Więc muszę obliczyć siły na kilka lat pracy”.

W pogrzebie Pstrowskiego wzięło udział ponad 100 tys. osób. Jego imieniem ochrzczono Politechnikę Śląską w Gliwicach i zabrzańską kopalnię, w której po wojnie pracował. Był pierwszym górnikiem, który stanął na cokole pomnika, i pierwszym, który zamieszkał w encyklopedii. W setkach polskich miast doczekał się swoich ulic. Fale mórz pruł rudowęglowiec „Wincenty Pstrowski”. Pośmiertnie przyznano mu Order Budowniczych Polski Ludowej – najwyższe odznaczenie PRL – z numerem drugim. Numer pierwszy otrzymał, też pośmiertnie, gen. Karol Świerczewski.

Mimo wszystko z propagandowego punktu widzenia był postacią niefortunną. „Władze miały z nim kłopot po śmierci, bo ludzie ocenili, że był ofiarą wyścigu pracy” – powiedział prof. Woźniczka. Stał się przedmiotem żartów. O jego rekordach mówiono przy piwie: „Chcesz się udać na Sąd Boski, to pracuj jak górnik Pstrowski” albo: „Wincenty Pstrowski, górnik ubogi, przekroczył normę, wyciągnął nogi”. Na późniejszych przodowników pracy partia namaszczała już ludzi młodych, z natury skłonnych do rywalizacji: na boisku, na bieżni, w pracy. „Jeżeli szły jeszcze za tym wymierne korzyści materialne, to nietrudno było pozyskać chętnych do współzawodnictwa” – komentował historyk.

Pstrowski stał się, chcąc nie chcąc, ikoną współzawodnictwa, choć jak wspomniałem, prawdziwy wyścig pracy ruszył już po jego śmierci. Mimo propagandowych zabiegów wiadomo było, że znakomita większość zawodników startuje dla pieniędzy. Różnie można oceniać ekonomiczne efekty. Na pewno wyścig powodował podwyższenie norm i rodził konkluzję – owszem, to przedsięwzięcie wymaga multum wysiłku, ale nie jest niemożliwe. Bo jeśli jeden potrafi wyrąbać czy wyrobić 300–600 proc. normy, to dlaczego inni nie mają zrobić czegoś podobnego?!

Przytoczony na wstępie kard. Wyszyński miał rację co do zasady współzawodnictwa pracy, ale akurat Pstrowski, tak mi się wydaje, był od niej wyjątkiem. W jego pudełku wszystkie tony węgla były dobre.

PS Szalejąca w ostatnich latach dekomunizacja przestrzeni publicznej prawie całkowicie wyczyściła pamięć po Wincentym Pstrowskim. Prawie. Pozostał bowiem w centrum Zabrza pomnik po przodowniku odsłonięty na początku 1978 r. – dzieło prof. Mariana Koniecznego.
„Jest to postać mężczyzny o niewątpliwie silnej budowie ciała, ubrana w kachol (koszulę), z wyeksponowaną klatką piersiową jako wyrazem męskiej siły, w gumiokach na nogach, w galotach. Stoi na wysokim cokole, z napisem na froncie »Wincenty Pstrowski«, poprzedzony grubym podestem, podparty ułożonymi kaskadowo płytami w postaci schodów” (za: Polskaniezwykla.pl).

Przez lata stał się rozpoznawalnym symbolem miasta. Stąd uchwałą radnych, również z PiS, plac i monument przekazano Muzeum Górnictwa Węglowego. Z cokołu znikła informacja, komu wdzięczni mieszkańcy województwa katowickiego fundują pomnik. Teraz jest to pomnik upamiętniający Brać Górniczą. W tym, rzecz jasna, Wincentego Pstrowskiego.

Czytaj też: Czy największe śląskie kopalnie podzielą los Turowa?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną