Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Świat

Szczyt kluczowych graczy. NATO robi zwrot ku Azji, F-16 bliżej Ukrainy

Przywódcy krajów tworzących G7 w sanktuarium Itsukushima w japońskiej Hiroszimie, 19 maja 2023 r. Przywódcy krajów tworzących G7 w sanktuarium Itsukushima w japońskiej Hiroszimie, 19 maja 2023 r. Stefana Rousseau / Forum
Nie ma wątpliwości, że gdy spotyka się G7, jest to szczyt kluczowych graczy kolektywnego Zachodu. Dziś bardzo zajętych nie tyle sobą nawzajem, co Ukrainą i Chinami. Rosja dla Stanów Zjednoczonych jest zagrożeniem aktualnym, ale uznawanym za przejściowe i do pokonania. Chiny są dla Ameryki zagrożeniem przyszłościowym i egzystencjalnym.

To ma być najdalsza dyplomatyczna wyprawa Wołodymyra Zełenskiego w czasie wojny. Jeszcze w czwartek podawano, że ukraiński prezydent osobiście pojawi się na szczycie przywódców najbogatszych krajów świata G7 w Hiroszimie. W piątek po południu z Kijowa popłynęły sygnały, że Zełenski może połączy się zdalnie. Zobaczymy, jak będzie. Symbolika przyjazdu do Hiroszimy byłaby wielowarstwowa (antynuklearna i antywojenna), ale w pierwszej kolejności to rewizyta. Premier Japonii Fumio Kishida w marcu zaskoczył wszystkich, pojawiając się w Kijowie jako jeden z pierwszych azjatyckich szefów rządów. Co ciekawe, a u nas słabo odnotowane, w Kijowie jeszcze wcześniej, w ramach przygotowań szczytu G20, był prezydent Indonezji Joko Widodo.

Po co Zełenski miałby planować taką wyprawę? Co będzie dla niego największym zyskiem z G7? Prezydent Ukrainy od dwóch tygodni znowu jeździ po Europie i apeluje o to samo – o więcej i lepszej broni, szybko. Efekty już uzyskał, i to jakie. Wielka Brytania przekazała pociski manewrujące powietrze–ziemia Storm Shadow, a Francja ich własny odpowiednik zwany Scalp. To pierwsza tak nowoczesna zachodnia broń o tak dużym zasięgu (250–300 km, a nawet więcej). Co ciekawe i istotne, nagle okazało się, że zachodnie uzbrojenie tego typu może być instalowane na samolotach radzieckiej konstrukcji bez wielkich kosztów i ceregieli. Ukraina jest nie tylko w tym zakresie poligonem doświadczalnym, ale wielką lekcją. Z Londynu Zełenski „wywiózł” też nieużywane w brytyjskich siłach zbrojnych, ale opracowane przez ich przemysł drony uderzeniowe dalekiego zasięgu, pozwalające razić tyły Rosjan, co jest niezwykle skuteczną taktyką. Na tym tle obietnice kolejnych czołgów Leopard i systemów przeciwlotniczych Gepard z Niemiec nie robią takiego wrażenia, ale w obliczu następujących niemal co wieczór bitew powietrznych i przed nadchodzącą ofensywą wszystko to się liczy.

A jednak nagroda z G7 ma być inna – taka, jakiej do tej pory Ukraina nie dostała. Tuż przed zapowiedzianym przyjazdem Zełenskiego Joe Biden ogłosił, że USA nie będą się sprzeciwiać uzbrojeniu ukraińskiego lotnictwa w samoloty F-16 przez sojuszników. Na razie deklaracja o ich przekazaniu przez Stany nie padła, ale zgoda na reeksport jest bardzo istotna. Uwalnia potencjalnie kilkadziesiąt samolotów F-16 wycofanych niedawno z europejskich sił powietrznych. W reakcji na zielone światło szefowa MON Niderelandów napisała, że w koalicji z Belgią, Danią i Wielką Brytanią „pracuje nad szczegółami”. Wśród potencjalnie zainteresowanych są jeszcze Norwegowie, którzy do tej pory bardzo ostrożnie wypowiadali się o dostawach myśliwców na Ukrainę. Brytyjski RAF w tej układance miałby rolę szkoleniową, bo nie używa F-16, ale ma pełne kompetencje, by szkolić pilotów na odrzutowcach Hawk. Reporterka CNN Natasha Bertrand ujawnia, że szkolenie ma się odbywać w Europie, ale decyzja, kto ostatecznie przekaże Kijowowi samoloty, jeszcze nie zapadła.

Nowoczesne lotnictwo bojowe jest Ukrainie bardzo potrzebne, a Zełenski od początku apelował właśnie o F-16. Choć wśród wojskowych ekspertów trwa dyskusja, czy akurat ten typ samolotu byłby najbardziej użyteczny, biorąc pod uwagę polowe warunki stacjonowania i obsługi, to jednak postęp w przekonywaniu zachodnich sojuszników jest niewątpliwym zwycięstwem Kijowa.

Czytaj też: Liderzy G7 radzili, jak ukarać Rosję. Ale jedności nie widać

Japoński zwrot

Kraje G7 – USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Japonia i Kanada – tworzą trzon zachodniego, demokratycznego wsparcia dla Kijowa. W ramach grupy spotyka się więc swego rodzaju dyrektoriat zachodniego świata, który formalnie nie ma żadnej władzy decyzyjnej, ale może ustalać wspólną politykę. Co prawda to nie te czasy, gdy najbogatsze kraje świata (zachodniego) tworzyły 70 proc. globalnego PKB, ale wciąż tworzą go prawie połowę i na pewno zachowały olbrzymie wpływy. Po wykluczeniu w 2014 r. Rosji grupa G7 (G8 istniała od 1997) stała się na powrót blokiem zachodnich demokracji, z udziałem przedstawiciela Komisji, a później Unii Europejskiej (przewodniczącego Rady).

Nie ma więc wątpliwości, że gdy spotyka się G7, jest to szczyt kluczowych graczy kolektywnego Zachodu. Dziś bardzo zajętych nie tyle sobą nawzajem, co Ukrainą i Chinami.

Gospodarz spotkania Japonia dokonała w ostatnich latach radykalnego zwrotu – z kraju mniej zaangażowanego przeistoczyła się w jednego z czołowych obrońców światowego porządku ukształtowanego po II wojnie światowej. Pokonana i podbita przez Amerykę przyjęła narzucony jej model i dokonała demokratycznej transformacji, która przyniosła bezprecedensowy sukces gospodarczy, dziś nieco przyćmiony przez inne azjatyckie tygrysy i chińskiego smoka, ale jeszcze niedawno wyznaczała kierunki rozwoju technologicznego i najwyższy poziom jakości. Nie tylko Polska była pod wrażeniem i chciała budować drugą Japonię, nikomu się nie udało.

Dziś Japonia dokonuje jeszcze jednego zwrotu, odchodzi od powojennego pacyfizmu i rozpoczyna bezprecedensowe inwestycje obronne. Finansowo rzecz jasna ma z czego, a technologicznie nigdy nie przestała być liderem, który celowo ograniczał własne apetyty i możliwości w imię pokojowej ideologii. Ale nawet z tym samoograniczeniem Japonia była razem z Izraelem najbliższym partnerem zbrojeniowym USA w najbardziej zaawansowanych dziedzinach. Żaden inny kraj nie wytwarzał własnych wersji amerykańskich myśliwców ani nie budował wraz z USA pocisków przechwytujących średniego zasięgu, żaden inny nie był tak mocny w technice tak potrzebnej wojsku: elektronice, optyce, łączności, napędach. Ideologia pokojowego rozwoju wytrzymała długo, lecz gdy Chiny, a wcześniej Korea Płn., zdecydowały się wyłamać z pacyficznego pax-Americana, Japonia śmielej postawiła na zbrojenia i aktywniej zaczęła występować po stronie Zachodu.

Czytaj też: Spór o Kuryle i wojna w Ukrainie. Rosja mści się na Japonii

Rosja groźna teraz, Chiny zawsze

Zbiegło się to z rosnącą na Zachodzie świadomością, że bezpieczeństwo północnej półkuli, a w sumie całego świata, nie uznaje sztucznego podziału globu. To, co ma wpływ na bezpieczeństwo w obszarze północnoatlantyckim, oddziałuje na Pacyfik – a na odwrót wpływ ten jest jeszcze większy, bo bezpośrednio przenosi się na zaangażowanie wojskowe, ekonomiczne i polityczne USA. O zwrocie ku Azji zaczęło się co prawda mówić ponad 10 lat temu, ale z dzisiejszego punktu widzenia deklaracje administracji Baracka Obamy to bajki dla grzecznych dzieci. Problem Chin został w Ameryce uznany za strategiczne wyzwanie numer jeden dopiero za Donalda Trumpa, a Joe Biden nie tylko wzmocnił tę deklarację, ale bardzo wyraźnie przekierował myślenie wojskowych i dyplomatów na Pacyfik.

Nawet wojenny kryzys w Europie i potężne – jak na kontynentalną skalę – zaangażowanie Ameryki po stronie Ukrainy nie zmieniło tego kursu. Rosja dla Stanów Zjednoczonych jest zagrożeniem aktualnym, ale uznawanym za przejściowe i do pokonania. Chiny są dla Ameryki zagrożeniem przyszłościowym i egzystencjalnym, bo nawet jeśli nie dążą do śmiercionośnej wojny, mają potencjał takiego wpływania na światowy porządek, od którego zależy poziom życia Amerykanów. A ponieważ Amerykę od Chin dzieli cały ocean, taki sojusznik jak Japonia, będący jednocześnie samodzielnym graczem podzielającym wspólne dążenia, jest szczególnie ważny, bezcenny. Obawa przed konsekwencjami rosnącej potęgi militarnej, ekonomicznej i politycznej Chin kaskadowo przelała się w ostatnich latach z USA na Unię Europejską i NATO, a w związku z tym i zainteresowanie Japonią i innymi przyczółkami „zachodniości” we wschodniej Azji, jak Korea Południowa, Tajwan (bezpośrednio przez Chiny zagrożony) czy Australia.

Przywódcy NATO w nowej koncepcji strategicznej z 2022 r. potraktowali Chiny dużo poważniej – jako „systemowe wyzwanie”. W tych latach też niesamowicie rozwinęły się relacje europejsko-atlantyckiego sojuszu z azjatycko-pacyficznymi partnerami: Australią, Nową Zelandią, Koreą Południową i Japonią. Wszystkie te kraje to sojusznicy Stanów. Australia i Nowa Zelandia, Kanada, Wielka Brytania i USA uczestniczą w ścisłym porozumieniu wywiadowczym „pięciorga oczu”. Z kolei Canberra, Waszyngton i Londyn dwa lata temu zawiązały technologiczno-zbrojeniowy układ AUKUS, a na terytorium Japonii i Korei Płd. stacjonują największe w Azji kontyngenty wojsk USA. Daleka Japonia staje się coraz bliższa euroatlantyckiemu bezpieczeństwu nie tylko poprzez amerykański łącznik. W końcu od Europy Japonię oddziela tylko jeden kraj.

Nowa agresja Rosji w Europie przypomniała w Tokio o nierozwiązanym od dekad problemie Wysp Kurylskich, prowadzącego z Hokkaido na Kamczatkę łańcucha wulkanicznych wysepek, z których cztery najbardziej na południe wysunięte zostały zaanektowane przez ZSRR i są od II wojny światowej terytorium spornym. Scenariusz wojenny może nie jest wprost rozważany przez którąkolwiek ze stron, ale potencjał do destabilizacji istnieje. Próby rozwiązania sporu podejmowano kilkukrotnie, ale bez powodzenia. Ostatnio kwestię kurylską zdominowały werbalne eskalacje i zbrojne demonstracje (agresywne ćwiczenia, czasowe rozmieszczanie systemów antyrakietowych przez Rosję, patrole morskie i powietrzne). Wybuch wojny w Europie skłonił Japonię do wbicia Rosji szpili: premier Kishida dwa tygodnie po napaści na Ukrainę powiedział, że „terytoria północne [tak je nazywa Tokio] są suwerenną częścią Japonii”. W reakcji Moskwa wycofała się z rozmów o traktacie pokojowym, które – choć dawno ugrzęzły – wciąż formalnie trwały. W odpowiedzi Japonia zmieniła nazewnictwo regionu, uznając, że jest ono „pod czasową, nielegalną okupacją” tak jak ukraiński Krym i Donbas. Dyplomatycznych i wojskowych prowokacji było jeszcze kilka, ucierpieli na nich głównie rybacy i mieszkańcy wysp.

Relacje Tokio–Moskwa uległy w ostatnim roku błyskawicznemu pogorszeniu nie tylko przez Kuryle, ale też zbliżenie Japonii z NATO, wsparcie dla Ukrainy i głośno wyrażany sprzeciw wobec agresji. Japończycy walczyć potrsfią, Rosja dobrze o tym wie.

Czytaj też: Japonia zrywa z pacyfizmem

Wzburzenie Pekinu

Ta walka dziś toczy się głównie na pieniądze, technologie, handel, zasoby i surowce, od których importu Japonia jest mocno uzależniona. Rekordy bije import ryb, małży, krabów i innych skorupiaków morskich, które Tokio wyłączyło z sankcyjnych zakazów, generalnie je respektując. Ale gremia takie jak G7 służą m.in. temu, by wspólnie znajdować sposoby na redukcję uzależnienia surowcowego od Rosji czy ograniczać finansowanie polityki Kremla przez inne kierunku importu. Zanim na japońskiej ziemi wyląduje lub połączy się online Wołodymyr Zełenski, który niespodziewanie zrobił przystanek w saudyjskiej Dżeddzie na rozmowy z Ligą Arabską, Ukraina już dostała polityczne wsparcie ze szczytu G7. „Nie będzie pokoju bez całkowitego i bezwarunkowego wycofania rosyjskich wojsk z Ukrainy” – oświadczyli zgromadzeni w Hirozhimie i zapewnili o wsparciu finansowym, humanitarnym, wojskowym i dyplomatycznym dla Kijowa tak długo, jak będzie to konieczne. Przywódcy zobowiązali się też do kolejnego zacieśnienia sankcji wobec Rosji, choć nie zdecydowali się na proponowany przez Wielką Brytanię zakaz kupowania rosyjskich diamentów. Jak widać, są równie ważne jak kraby.

Ale pojawienie się Zełenskiego – fizyczne czy zdalne – będzie mieć przede wszystkim kontekst bezpieczeństwa i współpracy obronnej. Mówił o tym japoński premier w niedawnym wywiadzie w CNN. „To, co dzieje się w Europie Wschodniej, nie ogranicza się wyłącznie do tego regionu i ma wpływ na sytuację na Pacyfiku. Dlatego współpraca krajów wschodnioazjatyckich z NATO staje się tak istotna” – wyjaśniał Kishida geopolityczny link. Obecny premier Japonii jako pierwszy w historii uczestniczył w szczycie NATO w Madrycie i będzie zaproszony też do Wilna wraz z liderami Korei Południowej, Australii i Nowej Zelandii. Japonia chce iść dalej niż tylko okazjonalna wymiana poglądów na szczycie. Kishida zadeklarował, że Sojusz utworzy w Japonii biuro odpowiedzialne za kontakty dwustronne, a rozmowy w tej sprawie trwają. To nie będzie żaden wstęp do rozmów o członkostwie, ale podniesienie na nowy, najwyższy w regionie poziom współpracy z NATO. Rozszerzenie Sojuszu na kraje azjatyckie ogranicza nie tylko traktatowy opis jego granic, zamykający się w obszarze północnego Atlantyku. Przyjęcie Japonii czy innego kraju wschodniej Azji byłyby politycznie trudne, a militarnie trudno wykonalne, gdy wziąć pod uwagę gwarancje kolektywnej obrony. Ale wskazanie Japonii jako czołowego partnera europejskiego sojuszu obronnego jest kolejnym sygnałem, że NATO na Azję musi patrzeć i z Azją współpracować nie tylko z powodu Chin, Korei Północnej czy Rosji. Destabilizacja wschodniej Azji zagraża istnieniu świata, jaki NATO uosabia, więc Sojusz nie może stać z boku.

Wniosek taki na własną rękę wyciąga coraz więcej krajów europejskich. Prym wiodą tradycyjne potęgi morskie, kraje zdolne w jakiś sposób zamanifestować obecność wojskową i siłę na olbrzymich dystansach. Wielka Brytania już w 2021 r. wysłała w rejs do Japonii swój nowy lotniskowiec HMS „Queen Elizabeth” z sojuszniczą obstawą okrętów eskortowych. Zanim Royal Navy była w stanie posłać do Azji lotniskowiec, byli tam Francuzi na jednym z mistrali, a w 2020 r. w Japonii gościł francuski atomowy okręt podwodny. Japonię omija, choć Pacyfik przecina i uwzględnia ćwiczenia z japońskimi okrętami, tegoroczny globalny rejs francuskiej flotylli z okrętem desantowym i fregatą rakietową. Na 2025 r. ponowny rejs lotniskowca do Japonii zapowiedział brytyjski premier Rishi Sunak.

Ale do brytyjsko-francuskiego wyścigu na Pacyfik dołączają też Niemcy. W 2021 r. po raz pierwszy od 20 lat Deutsche Marine wysłała do Japonii fregatę „Bayern”, co było solą w oku Chińczyków, przekonanych o niezaangażowaniu militarnym Berlina na swoim podwórku. Wzburzenie Pekinu było jeszcze większe, gdy w powietrznym „pokazie mocy” niemieckie eurofightery dotarły do Japonii w drodze do jeszcze dalszej Australii. Japonia rewanżuje się siłami morskimi, które posiada duże i zdolne do operowania na znacznych odległościach. W 2022 r. dwa okręty uczestniczyły we wspólnych z NATO manewrach na Morzu Śródziemnym. Ale rzadko zapuszczają się tak daleko na zachód, częściej spotykają morskie misje NATO czy Unii Europejskiej na Morzu Arabskim, u Rogi Afryki. Symbolika symboliką, ale kontrola szlaków komunikacyjnych (Japonia jest całkowicie uzależniona od handlu morskiego) musi mieć geograficzny sens. Europejczycy mogą prezentować flagę na Pacyfiku, a Japonia na wodach europejskich, ale zanim ta współpraca doprowadzi do interoperacyjności, minie wiele lat.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Nauka

Kleszcz: pospolity, łąkowy, afrykański. Dlaczego nam grożą i jak się ich pozbyć

Wiktoria Romanek z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego opowiada „Polityce” o tym, jak rozróżnić kleszcze, o Narodowym Kleszczobraniu oraz tym, co robić, gdy znajdziemy kleszcza wbitego w nasze ciało lub ciało naszego czworonożnego przyjaciela.

Maciej Jaźwiecki
16.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną