Kultura

W kulturze najlepiej się udała sztuka... dzielenia

Cztery lata rządów PiS: W kulturze najlepiej się udała sztuka... dzielenia

Piotr Gliński Piotr Gliński Forum
Piotr Gliński przejdzie do historii jako figura ministra kultury, który uparcie centralizował, rządził sprawnie, a dzielił najskuteczniej.

Kadencja ministra kultury i – co w istotny sposób poszerzało jego kompetencje – wicepremiera Piotra Glińskiego należała do intensywnych. Częściej niż poprzednicy sprowadzał kulturę na pole polityki, nie ukrywał potrzeby zmiany polityki historycznej i otwarcie mówił o kształtowaniu nowych elit. Swoje rządy rozpoczął od kilku ruchów, które sygnalizowały kierunki kadencji.

Pierwszym była ostra reakcja na spektakl „Śmierć i dziewczyna” (wrocławski Teatr Polski) – z protestem przeciwko zapowiadanemu zaangażowaniu aktorów porno. Ta interwencja wyprzedziła późniejsze gesty komentowania przez ministra – na niespotykaną dotąd skalę – samych pomysłów artystycznych. Kolejnym był atak na krytykę Kościoła w „Klątwie” Olivera Frljicia (Teatr Powszechny w Warszawie).

Obu spektakli minister nie widział i w obu przypadkach krytyczne gesty zamienił w urzędnicze krucjaty. Ta przeciwko Teatrowi Polskiemu zakończona została wymianą dyrektora, a w konsekwencji – większości zespołu teatru (placówkę opuściło 29 osób). I praktyczna destrukcja tej ważnej sceny. Ta wymierzona przeciwko Frljiciowi zmierzała do torpedowania przez ministerstwo wszelkich działań, w które angażowano chorwackiego reżysera – włącznie z odebraniem wcześniej przyznanej dotacji festiwalowi Malta w Poznaniu. Efektem była polaryzacja całego środowiska teatralnego – Narodowy Stary Teatr w Krakowie po interwencjach ministra Glińskiego (szybka wymiana dyrektora Jana Klaty na Marka Mikosa) próbuje dziś ratować aktorska rada artystyczna.

Czytaj także: 100 lat polskiej kultury w 100 scenach

Nieufny jak minister

Drugim leitmotivem rządów Glińskiego była nieufność w stosunku do poprzedników. Na pierwszej konferencji usłyszeliśmy zapowiedź audytów w podległej mu sieci instytucji kultury. Bez względu na ich wyniki minister odwołał ze stanowisk szefów Instytutu Adama Mickiewicza (Paweł Potoroczyn zastąpiony Krzysztofem Olendzkim, a ostatnio Barbarą Schabowską), Instytutu Książki (Grzegorz Gauden zastąpiony Dariuszem Jaworskim) i Narodowego Centrum Kultury (Krzysztof Dudek, zastąpiony ostatecznie przez Rafała Wiśniewskiego), doprowadził do połączenia Narodowego Instytutu Audiowizualnego z Filmoteką Narodową (co pozwoliło na zastąpienie Michała Merczyńskiego, szefa NInA, Dariuszem Wieromiejczykiem), odwołał też przed upływem kadencji dyrektorkę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (Magdalena Sroka, ostatecznie zastąpiona przez Radosława Śmigulskiego).

Obraz wymian kadrowych – niespotykanych w polskiej kulturze w takim natężeniu – dopełniła zmiana na stanowisku dyrektor Instytutu Teatralnego (Dorotę Buchwald zastąpiła Elżbieta Wrotnowska-Gmyz) oraz osadzenie na stanowisku dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie prof. Jerzego Miziołka, do którego pierwszych decyzji należały ingerencje w wystawę polskiej sztuki współczesnej. Konsekwencji i zdecydowania ministrowi brakuje, gdy chodzi o kandydatury politycznie bardziej niezależne – prof. Dariusz Stola, dyrektor Muzeum Polin, wybrany przez komisję konkursową na kolejną kadencję, od maja czeka na formalne zatwierdzenie przez ministra.

Kadrowe zmiany i odwołania stały się powodem całego szeregu procesów sądowych, które ministerstwo kultury przegrywa. Opisywaliśmy je szerzej w osobnym tekście na łamach „Polityki”.

Wielka centralizacja

Prof. Gliński dość rzadko uczestniczył w premierach – być może dlatego, że w sytuacjach spotkań z szeroką publicznością został parokrotnie wygwizdany i wybuczany – ale za to z dużą skutecznością administrował i wprowadzał zmiany kursu. Mimo protestów (list ponad 500 naukowców) i gróźb procesów udało mu się podporządkować kształtowane od ośmiu lat gdańskie Muzeum II Wojny Światowej nowemu Muzeum Westerplatte – tak by na koniec zmodyfikować stałą ekspozycję tej pierwszej placówki, dostosowując ją do rządowej narracji.

Gliński miał na realizację swoich pomysłów nieco więcej pieniędzy niż poprzednicy. To za jego kadencji stopniowo rosnące wydatki na kulturę po raz pierwszy przekroczyły w 2017 r. magiczną granicę 1 proc. budżetu. Trzeba też przyznać, że dysponował tymi funduszami w sposób pewny i zaskakująco odważny. Flagowym – choć bardzo kontrowersyjnym – przykładem stał się zakup za 100 mln euro kolekcji sztuki Czartoryskich ze słynną „Damą z gronostajem” Leonarda Da Vinci. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego próbowało też odkupić od koncernu Warnera sprzedaną mu w procesie upadłościowym wytwórnię płytową Polskie Nagrania. 800-mln linia kredytowa uruchomiona dla oskarżanej o stronniczość TVP to gest czysto polityczny, jeszcze mocniej wiążący publicznego nadawcę z rządem, ale wykonany błyskawicznie i sprawnie – w przeciwieństwie do niemrawych prób zreformowania mediów publicznych przez poprzedników.

W ciągu swoich rządów Gliński objął współprowadzeniem przez MKiDN ponad 30 muzeów i instytucji kultury w całej Polsce. Dla nich stanowi to cenne zabezpieczenie finansowe, czasem gwarancję przetrwania, a resortowi daje większą kontrolę nad tym, co się dzieje w kulturze, także na poziomie lokalnym. Umowy o współprowadzenie wicepremier podpisał m.in. z Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce, Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej w Przemyślu, Teatrem Polskim w Warszawie, Filharmonią Łódzką oraz zespołami pieśni i tańca Mazowsze i Śląsk.

Jest to też zgodne z centralizacyjną myślą, jaka od początku przyświecała rządom PiS w kulturze. Ta spełnienie znalazła w ostatnich tygodniach. Minister Gliński właśnie dokończył zaplanowaną centralizację kinematografii, likwidując system autorsko prowadzonych zespołów filmowych i łącząc je w jedno studio produkcyjne pod szyldem Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych i pod opieką dotychczasowego dyrektora Wytwórni Włodzimierza Niderhausa.

Złośliwi opisują ten proces jako próbę przeniesienia na polski grunt idei Mosfilmu – bo za planami ministerstwa czai się cień propagandy politycznej, już teraz realizowanej przez TVP. Może to być również droga do celu wyznaczonego przez wciąż niespełniony wielki sen ministra, czyli realizację narodowych superprodukcji o polskich bohaterach, dzięki którym moglibyśmy przekonać świat do naszej historycznej perspektywy. Do tego potrzebne są budżety, o jakich zespoły filmowe nie mogły marzyć, a dotychczasowe doświadczenia ministra z superprodukcjami – rozpoczęte narodowym wsparciem dla filmu „Smoleńsk” – ocierały się raczej o koszmar.

Rejs narodowy

Opisany na wstępie konflikt ministra ze środowiskiem teatralnym rozlał się szybko na inne dziedziny kultury. Po zmianach w Instytucie Teatralnym protestowali literaci (m.in. Wiesław Myśliwski, Julian Kornhauser, Olga Tokarczuk). Środowisko filmowe wzburzyła decyzja o tym, by finansowo zależna od ministra Glińskiego TVP projekcję filmu „Ida” Pawła Pawlikowskiego poprzedziła polemiczną wobec scenariusza dyskusją historyczną.

Ministerstwo broniło się przed pogłoskami o istnieniu czarnej listy artystów, którzy na skutek krytycznych wobec władzy wypowiedzi czy zachowań trafili na czarną listę i stracili wsparcie. O ile jednak istnienia „czarnej listy” w przybudówkach MKiDN nie udało się udowodnić, o tyle same wypowiedzi zaogniały konflikt.

Oldze Tokarczuk minister wyrzucał, że nie rozumie polskiego społeczeństwa i polskiej wspólnoty. Komentując Paszporty POLITYKI i Nagrodę Literacką Nike w mediach prawicowych, użył sformułowania: „Sorry, ale nie zadekretujemy braku istnienia tych ludzi”. „Że czerwona? To się zgodzę” – pisał o Agnieszce Holland na Twitterze, zaczepiony na temat uprzedzeń do kilkorga polskich filmowców. Z kolei ministerialny współpracownik Glińskiego, delegowany do nowo utworzonej Polskiej Fundacji Narodowej Maciej Świrski, utrzymywał, że film Pawlikowskiego „może wywołać w widzach fałszywe przeświadczenie, że to Polacy wymordowali europejskich Żydów”. A na temat Olgi Tokarczuk spekulował, że może być „słaba na umyśle”.

PFN jest przy tym, o ironio, instytucją powołaną do budowania polskiej marki na świecie. Do tej pory główne kierunki tej promocji obejmowały zapraszanie na gościnne występy sportowców i celebrytów z zagranicy oraz zakup jachtu (opatrzonego hasłem „I love Poland”) za ok. 4 mln zł. Zamiast kultury był więc rejs.

Właśnie zmarnowanie potencjału, jaki niosły przez ostatnie cztery lata duże sukcesy polskiej kultury na świecie, to jeden z największych zarzutów, jakie można wysuwać pod adresem prof. Piotra Glińskiego. Skoncentrowane na budowaniu narracji patriotycznej obchody 100-lecia niepodległości, choć miały zdecydowanie jasne punkty (związane przede wszystkim z zamierzoną promocją polskiej sztuki i muzyki awangardowej), nie wpłynęły znacząco na wizerunek Polski za granicą.

W tym samym czasie, gdy ministerstwo realizowało ten cykl obchodów, nie było woli politycznej, by rozdmuchiwać to, co realnie się udaje. A Polacy notowali niemałe sukcesy – od Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie dla Małgorzaty Szumowskiej, przez nagrodę Bookera dla Olgi Tokarczuk, po nagrodzoną w Cannes „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego.

Z punktu widzenia promocyjnego niewykorzystanie takich okazji to nie błąd, to grzech. Także dlatego po czterech latach ministerstwo zostawia środowisko skłócone wewnętrznie, podzielone mocniej i głębiej niż przedtem (symboliczne były dwa osobne zjazdy – obywatelski Kongres Kultury w 2016 r. i ministerialna Ogólnopolska Konferencja Kultury rok później) i styl władzy polegający na wyrównywaniu dotychczasowych nierówności poprzez odbieranie funduszy jednym, a przyznawanie innym. Często według prostego podziału na lepsze i gorsze elity, a czasem na proste „my” i „oni”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Dzieła Fangora biją rekordy cen na aukcjach. Skąd ta moda?

W ostatni wtorek w domu aukcyjnym Polswiss Art odbyła się nietypowa aukcja – licytowano dzieła tylko jednego twórcy. Mogłoby się wydawać, że aukcja monograficzna to pomysł ryzykowny. Ale nie w przypadku Wojciecha Fangora.

Aleksander Świeszewski
22.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną