By zacząć, nie potrzeba wiele. Wystarczy znaleźć okoliczny klub (tych jest w Polsce kilkadziesiąt, funkcjonują w niemal każdym większym mieście), wyciągnąć z szafy dres i wydać kilkadziesiąt złotych na bambusowy miecz (shinai) – lub pożyczyć z klubu. Tyle wystarczy, by móc zapoznać się z zasadami etykiety (reiho), nakazującej przed wejściem na salę (dojo) pokłonić się, czy podziękować po treningu starszym stopniem, oraz przyswoić kilka podstawowych cięć. W kendo, jak przystało na dyscyplinę sportową, zdobywa się punkty – w tym przypadku, trafiając w konkretne części ciała: głowę (men), dłoń (kote), tors (do) i krtań (tsuki). By obyło się bez ofiar, krytyczne miejsca chroni wzorowana na samurajskiej zbroja (bogu), która w połączeniu z grubą bawełnianą bluzą (keikogi) i szerokimi spodniami (hakama) tworzy zestaw absorbujący większość trafień i przydający ćwiczącemu szyku i powagi.
Zobacz nowe wydanie specjalne!
Jeśli chcielibyśmy podejrzeć przyszłość, powinniśmy zwrócić oczy na Wschód – koniecznie ten daleki. Korea Płd. i Japonia od lat rządzą wyobraźnią Zachodu. Z kolei Chiny i Indie niepokoją rosnącą potęgą gospodarczą. Sprawdźmy, co jest prawdą, a co jedynie fantazją o Azji.
Treningi (keiko) w zbroi są esencją kendo, a przy tym punktem praktyki, w którym wielu początkujących daje za wygraną. Nie dość że ogranicza ona ruchy i widoczność, to dodatkowo utrudnia oddychanie, co jest odczuwalne przy intensywnym wysiłku. Kendocy mają na to sposób – przy każdym ataku wydają głośny okrzyk (kiai), czym pobudzają swego ducha i dodatkowo się dotleniają. Odgłosy z sali treningowej wiernie oddają więc atmosferę prawdziwego pola bitwy, szczęśliwie zbroja tłumi także hałasy.
Jest więc głośno, pot leje się litrami, a na głowie ćwiczącego co chwila ląduje bambusowe ostrze partnera. A jednak warto. Poza oczywistą poprawą sprawności ciała kendo oferuje też poważne walory wychowawcze, stanowiąc obowiązkowy punkt edukacji szkolnej w Japonii.