Kiedy sto milionów obywateli ma zasadniczo inne zdanie o tym, co dobre dla ich kraju, niż drugie sto milionów, wtedy nie ma już mowy o debacie publicznej. Wygrana staje się nieprzewidywalna i jest zaskoczeniem dla każdej ze stron.
„Gdyby ich chociaż lepiej i piękniej kuszono...”.
– Co pan tam mruczy wierszem do telefonu? – przerwała mi sąsiadka rozmowę z niebieskimi i czerwonymi słupkami.
– No nie potrafię pojąć, jak można chcieć na prezydenta człowieka z tak chamskimi manierami i równie okropną fryzurą – odpowiedziałem, nie podnosząc oczu.
– Pan jak zwykle krytykuje demokrację, kiedy wynik nie jest po pańskiej myśli – zadrwiła.
– Wcale nie! Ale chciałbym, żeby kandydaci byli lepszą wersją swoich wyborców – odparłem bezradnie.
– Ten, kto obstawia konia w wyścigach, sam nie musi być koniem – skończyła bez miejsca na replikę.
Polityka
47.2024
(3490) z dnia 12.11.2024;
Felietony;
s. 98