Gdyby 11 listopada Polska zgłosiła się na terapię, na pytanie o powód wizyty mogłaby wskazać wielką pustą przestrzeń – naszą przestrzeń publiczną, w której najpierw długo nie dzieje się nic, a potem wlewa się w nią brunatna stonoga: Marsz Niepodległości.
Gdyby Polska była osobą i ta osoba uznałaby, że potrzebuje psychoterapii, idealnym momentem na rozpoczęcie leczenia byłby dla niej 11 listopada. Bo właśnie tego dnia objawy choroby, na którą Polska cierpi, wykwitają na jej zbiorowym ciele w najbardziej spektakularnej, a przez to i najłatwiejszej do uchwycenia postaci. „Z czym pani przychodzi?” – zapytałby ją terapeuta, a ona podeszłaby do okna i bez słowa wskazała pejzaż kulturowy rozciągający się za oknem pośród resztek opadłego listowia.
Polityka
48.2024
(3491) z dnia 19.11.2024;
Felietony;
s. 97