Wyłanianie kandydatów, którzy w maju zawalczą o prezydenturę Polski, samo w sobie było fascynującym spektaklem. Z jednej strony w KO Radosław Sikorski rzucił rękawicę Rafałowi Trzaskowskiemu, co doprowadziło do listopadowych prawyborów (i zdecydowanej wygranej prezydenta stolicy), z drugiej – Nowogrodzka sondowała, badała, knuła i obmyślała. Jarosław Kaczyński szukał kandydata „młodego, wysokiego, okazałego, przystojnego”, do tego „obytego międzynarodowo”, który będzie „mieć rodzinę, bardzo dobrze znać język angielski, a najlepiej dwa języki”. Jednocześnie miał to być „drugi Duda”. Ostatecznie stanęło na Karolu Nawrockim, kandydacie dla niepoznaki nazywanym „obywatelskim”. Przemysław Czarnek, Tobiasz Bocheński czy Mariusz Błaszczak musieli obejść się smakiem i włączyć w kampanię prezesa IPN. Ten zaś postawił na specyficzny styl prekampanii, który bardziej przypomina wyścig o fotel głównego wuefisty kraju niż głowy państwa (co ostatnio sparodiował Trzaskowski).