Nie mogłem patrzeć na słabość Joe Bidena w ostatnich miesiącach. A już największą udrękę sprawiały mi zapętlone obrazy jego pozorowanej sprawności: te niby autoironiczne podbiegi na sztywnych nogach, teatralnie tęgie miny, ustawiony coraz rzadziej gromko głos.
Ale mazgaj – oceniła sąsiadka płaczącego chłopca, który bezskutecznie próbował założyć łańcuch w rowerze.
– Może mu pomogę – zaproponowałem, źle się czując w pozycji gapia.
– Niech pan nie próbuje – powstrzymała mnie stanowczo. – Musi się nauczyć, że trzeba być twardym albo zaradnym. Jak nie umie, niech poprosi o pomoc. Pan sobie wypłakał swoje stanowisko? – podsumowała mnie retorycznie.
– Ale przecież to dziecko – zaprotestowałem – jeszcze zdąży…
– Chodź mały, założymy go razem – przerwała mi sąsiadka, ruszając w stronę beksy, który usiadł zrezygnowany na krawężniku obok leżącego roweru.
Polityka
32.2024
(3475) z dnia 30.07.2024;
Felietony;
s. 88