Głos z musu
Obywatele zmuszeni do głosowania. Czy to ma sens? Spójrzmy na Urugwaj, Chile i Brazylię
Demokracja w wielu krajach straciła tradycyjne urządzenia nawigacyjne. Autorytarny dryf obserwowany na różnych kontynentach – przede wszystkim wygrana Donalda Trumpa w USA – sprawił, że obudziło się zainteresowanie dla rozwiązania, które stosuje niewiele krajów: głosowania obowiązkowego. W Stanach głosowało trzech na pięciu uprawnionych; w wielu demokracjach frekwencja na poziomie poniżej 50 proc. nie budzi już zdziwienia.
Taką bierność obywateli – tu rozumianą jako brak zainteresowania procesem demokratycznym – można by przewrotnie odczytywać jako zadowolenie ze status quo: „jest dobrze, nie musimy się martwić, politycy załatwiają nasze sprawy, absencja w wyborach niczego nie zepsuje”. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, że za pasywnością obywateli, manifestującą się m.in. absencją przy urnach, stoją raczej frustracja, rozpacz, a na pewno niewiara w to, że demokracja może poprawić los tu i teraz. Od tej niewiary do nadziei/iluzji, że przyjdzie silny człowiek, który zrobi porządek i upomni się o „milczącą większość”, dystans bywa niezwykle krótki.