Coś się Francuzom udało. I wiedzieliśmy o tym od razu – jeszcze podczas ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Paryżu, skonstruowanej tak, żeby poszczególne sceny wypełniły gotowe internetowe memy i żeby w ramach rozgrzewki przed zawodami podgrzać dyskusje w środku lata. W demonstracji kontrolowanego dystansu do własnej kultury Paryż konkurował z Londynem z 2012 r.: śpiewającą ściętą głową Marii Antoniny z metalowym zespołem Gojira w tle, a do tego – jak zachwycali się komentatorzy – otwartością; całkiem międzynarodowym gronem gwiazd.
Co prawda francuski episkopat (o którego istnieniu przy tej okazji sobie przypomnieliśmy) wyraził oburzenie, że widowisko „drwiło z chrześcijaństwa”, jednak w mediach nad Sekwaną (której oczyszczanie stało się na dwa tygodnie tematem żartów) przeważały nastroje triumfalne. „Spektakl okazał się sukcesem” – pisała Dominique Nora na łamach „Le Nouvel Obs”, a przepytywany przez ten tygodnik wybitny historyk Georges Vigarello przeniesienie widowiska ze stadionu nad rzekę uznał za ilustrację nowej wrażliwości: „To nie jest zmiana dekoracji, to zmiana kulturowa”. Kiedy już pierwsi sportowcy ruszali do rywalizacji, a znicz zapłonął (albo raczej został zapalony, w końcu był elektryczny), francuscy publicyści utwierdzali się w przekonaniu, że tamtejsza soft power może znowu błyszczeć.
Mieliśmy swój udział w tym kulturowym sukcesie. Jakub Józef Orliński, śpiewak i breakdancer, popisywał się oboma swoimi talentami w strugach deszczu. Szybko okrzyknięto go naszym pierwszym złotym medalistą. Jak się okazuje, pokazał tylko część z tego, co było zaplanowane przez twórców ceremonii (szczegóły zdradza sam