Ważne, żeby przyszły polski prezydent miał nie tylko poważanie w Europie, ale mógł być także łącznikiem między Unią i USA. Czyli, mówiąc krótko: Trzaskowski i Sikorski (kogokolwiek wskażą koalicyjne prawybory) – tak; antyunijny, trumpisowski „LizUS” – nie.
Ameryka wybrała sobie króla. Donald Trump nie tylko uzyskał dużą przewagę w głosach elektorskich (312 do 226), ale też wygrał głosowanie powszechne (50,5 do 48 proc.), jego Republikanie zdobyli większość w Senacie, utrzymują przewagę w Izbie Reprezentantów, a nominaci Trumpa kontrolują Sąd Najwyższy. Rzecz jednak nie w samej kumulacji władzy, bo to się w historii USA zdarzało, ale w monarchicznej osobowości powtórnego (45. i 47.) prezydenta USA. Amerykanie powołali na najwyższy urząd państwa i świata modelowego wręcz narcyza, egocentryka przekonanego o własnej wyjątkowości, a nawet bożym posłannictwie („Bóg mnie oszczędził nie bez powodu” – mówił w noc wyborczą).
Polityka
47.2024
(3490) z dnia 12.11.2024;
Przypisy;
s. 6