Przesiedleni
Ukraińcy wyrzuceni na bruk. Pilnie szukają dachu nad głową, polski system ich zawiódł
Albina Levchenko żyła na ulicy przez 18 dni. Spała na Dworcu Zachodnim w Warszawie i na klatce schodowej na Mokotowie. Wraz z nią pięcioro jej dzieci: najstarsze ma 13 lat, najmłodsze – Zuza – niedawno skończyło rok. Do Polski trafiła w marcu 2022 r., zaraz po tym, jak pierwsze bomby spadły na Pokrowsk, gdzie żyli. Wolontariusze z Ukrainy wsadzili ją i dzieciaki w pociąg do Przemyśla. Zatrzymywali się w różnych zakątkach Polski w tzw. 40+, czyli ośrodkach dla mniej niż 10 osób albo w prywatnych mieszkaniach ludzi, którzy za zakwaterowanie i wyżywienie jednej osoby z Ukrainy dostawali 40 zł dziennie.
Ostatnie takie lokum mieli na Mokotowie, niemal w centrum Warszawy; nie mogli narzekać. Aż 1 lipca właścicielka oznajmiła Albinie, że zmieniło się prawo i nie mogą u niej dłużej zostać. Zapakowała ich z dobytkiem do taksówek i wysłała do jakiegoś pensjonatu pod Warszawą. „Tam na pewno wam pomogą” – mówiła. Ale nie pomogli. Albina nie do końca zrozumiała dlaczego. Prawdopodobnie przez brak dokumentów, które ukradziono jej kilka miesięcy wcześniej.