Frytkowanie
Z życia europosła. O czym politycy rozmawiają w słynnych brukselskich frytkarniach?
Najpierw muszą znaleźć jakieś lokum na czas posłowania (prawdziwa katorga, wiadomo – ma być luksusowo i tanio), jak najszybciej nauczyć się lokalizacji rozrzuconych po mieście unijnych urzędów i planu miasta, poznać sieć brukselskiej komunikacji, wybadać, gdzie mogą smacznie i w miarę tanio zjeść „służbowy” lunch na mieście. No i oswoić się z kakofonią języków.
W domu mogli się popisywać elokwencją, prześcigać w wieloznacznych metaforach, zapędzać przeciwników w kozi róg celnymi ripostami. Tu, w Brukseli, najpierw nabiorą wody w usta i zaniemówią. Miną całe tygodnie, zanim odzyskają mowę i jaką taką pewność siebie. Mimo że każdy europoseł ma prawo występować w ojczystym języku, niektórzy i tak pozostaną niemowami przez całą kadencję.
Czy ktoś to zauważy? Wątpliwe. Podczas debat w izbie europoseł ma tylko minutę na ujawnienie swoich oratorskich talentów, musi mówić krótko i precyzyjnie, a to wielka sztuka. Od początku wie, że nie przekona wcale adwersarzy, jego słowne interwencje adresowane są wyłącznie do rodzimych odbiorców, popisuje się tylko dla nich.