Miło ją poznać! Pięć notatek na gorąco z występu Taylor Swift w Warszawie
1. Taylor Swift jest tryhardką. Czyli osobą, która się bardzo stara. Podczas trwającego 3 godziny 20 minut występu – pierwszego z trzech zaplanowanych koncertów w ramach „The Eras Tour” na PGE Narodowym – unosiła się nad sceną atmosfera perfekcjonizmu. Wszystko, co się tu dzieje, nawet dwa czy trzy momenty wzruszająco spontaniczne – jak ten, kiedy gwiazda wyjmuje z uszu słuchawki, żeby usłyszeć, jak wielkie są owacje publiczności – wydaje się starannie zaplanowane, ma swoje miejsce w spektaklu.
Co więcej, ta kobieta pracująca – to hasło mogłoby się Swift podobać, w końcu od koncepcji po choreografię sceniczną i wykonanie robi tu wszystko – poznała przed koncertem więcej słów po polsku niż zespoły i wykonawcy wracający tu przez lata. Choć oczywiście złośliwie można je zamknąć w tryptyku: Cześć, Miło was poznać oraz Kocham was. Publiczność mogła być pewna, że artystka wie, gdzie i dla kogo gra. Choć odwołań do powstańczej rocznicy nie było. Trudno by je było zresztą zmieścić w tej starannie obmyślonej formule widowiska.
Czytaj też: Taylor Swift na godzinę „W”