Historia

Opór w Litzmannstadt Ghetto

Marian Turski opowiada, jak broniło się łódzkie getto. Najpierw była akcja PP: pracuj powoli

11 minut czytania
Dodaj do schowka
Usuń ze schowka
Wyślij emailem
Parametry czytania
Drukuj
W ramach akcji oporu „Pracuj powoli” słomiane buty na front pleciono tak, aby się rozszczelniały pod wpływem wilgoci. 4 W ramach akcji oporu „Pracuj powoli” słomiane buty na front pleciono tak, aby się rozszczelniały pod wpływem wilgoci. Universal Images / Getty Images
Ostatni transport Żydów z Łodzi ruszył do Auschwitz-Birkenau 29 sierpnia 1944 r. Jak funkcjonowało i jak broniło się łódzkie getto, zanim je zlikwidowano?
Polityka

Artykuł w wersji audio

Getto było hermetycznie odizolowane. Co zatem było celem ruchu oporu w takim miejscu? Ujmując rzecz banalnie – przeciwstawienie się zamiarom niemieckim. Jeżeli Niemcy dążą do upodlenia, eksploatacji, wyniszczenia, zagłady fizycznej Żydów, zniszczenia ich duchowości, tożsamości, godności – to wszystko, co pozwala zachować którąś z tych kategorii, jest ruchem oporu.

Pracuj powoli

Pierwszą formą oporu była akcja PP – „Pracuj powoli”. Akcja zawierała w sobie wewnętrzną sprzeczność i stawiała uczestników przed ogromnym dylematem. Mianowany przez Niemców jako Judenältester, tj. przełożony Starszeństwa Żydów w getcie Mordechaj Chaim Rumkowski, „król żydowski”, jak go nazwał Adolf Rudnicki, operował argumentem: „Unser einziger Weg ist Arbeit” – „Jedyną naszą drogą [w domyśle: do przeżycia] jest praca”. Nie było to nieprawdziwe! Praca dla Niemców była często jedyną możliwością Żydów pozostania przy życiu, a jednocześnie oznaczała czynne przyczynianie się do wzmacniania potencjału okupantów.

Akcję PP prowadzono na kilka sposobów: zwiększając zużycie materiałów, regularnie oddając maszyny do remontu i powodując przestoje, domagając się obniżenia norm pracy z powoływaniem się na niskie przydziały żywności i brak sił. Stosowano również sabotaż. Michał Chęciński twierdzi, że w fabryce, w której pracował, w resorcie (zakładzie pracy) metalowym, dzięki sabotażowi wykonano 10 tys. złącz wagonowych mniej. Być może liczba ta jest przesadzona, ale faktem jest, że takie działania podejmowano. W kuźni źle hartowano noże do heblarek, aby się szybciej uszkadzały. W resorcie butów słomianych, w okresie kiedy potrzebne były dostawy na front wschodni, pleciono buty tak, aby się rozszczelniały pod wpływem wilgoci. W resorcie rymarzy i siodlarzy robotnicy wykonywali ledwo widoczne rysy na siodłach i popręgach, które następnie pokrywano lakierem, aby w trakcie użytkowania szybciej się rozpruwały i niszczyły. Paweł Rozdział opowiadał, że u niego w zakładzie wytwarzającym zbiorniki na benzynę z blachy cynkowej kontrolerzy wielokrotnie stwierdzali nieszczelność, aby zużywać do ponownego lutowania dodatkową cynę, będącą wówczas dla Niemców na wagę złota.

Halina Najduchowska, po wojnie socjolog i asystentka prof. Jana Szczepańskiego, która w getcie pracowała w resorcie metalowym, wspominała: „Uczyli mnie ustawiać maszynę, ostrzyć noże, uczyli frezować i podpowiadali, ile sztuk należy zrobić dobrze, aby zdobyć zaufanie kierownictwa, a ile można popsuć. (…) a więc psułam. Obudziła się widocznie we mnie żyłka rzemieślnika, bo zawsze, nim popsułam, pokazywałam gotową, dobrze wykonaną sztukę Szmulkowi [Olsztajnowi] i Chonkowi [Werebejczykowi]. Gdy pochwalili, że dobrze, sztabka wracała na frezarkę i zdejmowałam jeszcze jeden milimetr”.

Jak Niemcy mogli to tolerować? Przede wszystkim te działania sabotażowe należało przeprowadzać niezwykle dyskretnie i fachowo. A nawet jeśli Niemcy mogli mieć jakieś podejrzenia, często woleli nie zawiadamiać Kripo (Policji Kryminalnej). Hans Biebow, niemiecki zarządca getta, nie chciał tego robić. Wolał, żeby wokół tej żyły złota, jaką stanowiło dla niego getto łódzkie, było jak najmniej szumu. Nie chciał dostarczać argumentów ludziom Himmlera, żeby wtrącali się w jego interesy. Przecież Biebow nie chciał iść na front…

Hans Biebow, niemiecki zarządca getta4Universal Images/Getty ImagesHans Biebow, niemiecki zarządca getta

Zupa, podstawa wyżywienia

Kolejna forma oporu to strajki. Z biegiem czasu zmieniały one swój charakter. W początkowym okresie, od 1940 do początku 1941 r., strajkujący domagali się zatrudnienia dla ludzi, którym brakowało pieniędzy, żeby wykupić bony żywnościowe. Strajki wybuchały przede wszystkim na tle zbyt niskich norm żywieniowych lub zbyt wysokich norm wydajności pracy. Były też strajki, w których upominano się o godność pracowników. Jeden przypadek szczególnie zapadł w świadomości gettowej. W resorcie krawieckim zatrudniano głównie młodocianych (od 10–11 do 15–16 lat), co stanowiło formę chronienia ich przed wysyłką przez zapewnienie im kart pracy. Kiedy pewnego dnia majster uderzył jednego z chłopców w twarz, młodzież zareagowała najwyższą formą protestu – strajkiem głodowym. Kilkuset młodych ludzi odmówiło przyjęcia przydziałowej zupy, a była to podstawa wyżywienia dziennego. To był najgłośniejszy dzwonek alarmowy, pokazujący, jak bardzo ludzie są zdesperowani. W efekcie wytworzył się wielki ruch solidarnościowy (sam oddawałem z przydziałowej zupy dwie–trzy łyżki, chleba – 1 dag).

Strajki podnosiły świadomość i dawały ludziom poczucie godności, a także wzmacniały wspólnotową solidarność, co w dużej mierze było jednym z najważniejszych celów ruchu oporu. Chodziło o to, by człowiek nie czuł się osamotniony, by wiedział, że cokolwiek będzie – są z nim inni, którzy mu w jakiś sposób pomogą. Strajki powodowały również represje. Trzeba przyznać, że bardzo rzadko zdarzało się, aby Rumkowski wzywał na pomoc Niemców. On też się bał i chciał udowodnić, że sam daje sobie radę. Niemcy mieli na usługach także innych kolaborantów – szefów Oddziału Specjalnego Żydowskiej Służby Porządkowej Dawida Gertlera i Marka Kligiera – którzy cały czas stanowili dla Rumkowskiego konkurencję. Z powodu tej rywalizacji Rumkowski unikał odwoływania się do Niemców. Stosował własne metody represji. Przywódcą wspomnianego strajku w resorcie krawieckim był m.in. mój przyjaciel, 15-letni wówczas Romek Bojmelgrin. Został wysłany do wywozu fekaliów, co stanowiło jedną z najgorszych prac. Do stosowanych wówczas kar należało również zesłanie na kilka dni do więzienia bądź wysłanie na ciężkie roboty drogowe w getcie. W skrajnych przypadkach mogło się skończyć tragicznie. Biebow zaskoczył kiedyś konspiracyjną masówkę pierwszomajową w resorcie przy ul. Łagiewnickiej 63. Widząc, że robotnicy nie pracują, zabił pierwszego z brzegu uderzeniem klucza francuskiego – był to Aaron Wajntraub.

Podnieść ludzi na duchu

Niezwykle ważnym elementem budowania świadomości społecznej było podnoszenie ludzi na duchu. Zwiększanie ich woli przeżycia i nadziei. Lea Hochberg z Gordonii wspominała: „Śpiewanie było jedyną rzeczą, która pozwalała nam przetrwać. Głód fizyczny nie był tak dotkliwy jak głód psychiczny. Jest oczywiste, że głodny nie odczuwa głodu w żołądku, lecz w głowie. Bez wątpienia śpiew był naszym ratunkiem”. To banalne, ale powtarza się w każdej organizacji: bundowskiej, syjonistycznej, chalucowej, lewicowej, wszyscy to podkreślają.

Ważną dźwignią były wiadomości i informacje. W getcie były nielegalne radioodbiorniki. Na rolę informacji zwracał uwagę Jurek Becker, po wojnie uznany niemiecki pisarz, osadzony w getcie łódzkim. W książce „Jakub Łgarz” opowiedział historię człowieka, który udawał, że ma aparat radiowy, i wymyślał dobre wiadomości, aby podnieść na duchu kolegów. Moja organizacja, konspiracyjna Lewica Związkowa (założona przez działaczy komunistycznych), też miała radioodbiornik. Ale znalazł się prowokator, Sankiewicz, który wydał grupę słuchającą radia i przekazującą wiadomości z nasłuchu. Jeden z członków tej grupy, kantor Mosze Tafel, został aresztowany i zamordowany przez Kripo – nie wydał nikogo. Inny, Chaim Natan Widawski, popełnił samobójstwo w obawie przed aresztowaniem i tym, że nie wytrzyma tortur. Ale Sankiewicz też źle skończył. Kiedy podczas wysiedlenia zdarzyła się dogodna sytuacja, ludzie, którzy tworzyli paramilicję organizacyjną, okrutnie go zamordowali.

Mordechaj Chaim Rumkowski, przełożony Starszeństwa Żydów w łódzkim getcie4Bilderwelt/East NewsMordechaj Chaim Rumkowski, przełożony Starszeństwa Żydów w łódzkim getcie

W getcie łódzkim funkcjonowały też kółka literackie, na których czytano utwory i dyskutowano o nich, wymieniano poglądy, recytowano. To dodawało ludziom otuchy – rzecz wówczas trudna do przecenienia. Odpowiedzią na ogromny pęd do nauki były kółka samokształceniowe. Każda organizacja miała własną bibliotekę, przepisywaliśmy także książki ręcznie, bo nie było dostępu do maszyn do pisania ani hektografów. Wszyscy wtedy pochłanialiśmy lektury na ogromną skalę. Nigdy nie czytałem tak dużo jak w getcie.

Ludzie szukali swojej domeny, swojego miejsca… Prof. Anna Kuligowska-Korzeniewska, która opisała historię teatru w getcie łódzkim, rozmawiała z plastykiem Pinkusem Szwarcem (po wojnie nazywał się Pinchas Shaar). Ten wybitnie uzdolniony uczeń Władysława Strzemińskiego mówił, że przeżył dzięki temu, iż mógł zajmować się scenografią, przygotowywał scenografię dla teatru gettowego. Działał bowiem teatr rewiowy, odbywały się też w getcie koncerty. Moja organizacja bojkotowała obie te instytucje. Wychodziliśmy z założenia, że kiedy panują powszechny głód i nieszczęście – nie należy chodzić na koncerty ani do teatru. Dziś myślę, że to był błąd. Autor słynnego dziennika Dawid Sierakowiak, który umarł w getcie z głodu i wycieńczenia, wspominał koncerty jako jasny promyk w podłym życiu. Odpowiednikiem znanego barda z getta warszawskiego – Rubinsteina – był w getcie łódzkim Jankiel Herszkowicz. Niesłychanie ubarwiał nasze życie i również podnosił na duchu.

Autorka monografii o piosenkach getta łódzkiego Gila Flam tak opisała Jankiela Herszkowicza: „Mały, czarny Żyd, który stoi na stołku, otoczony setkami słuchaczy, jest jak wieczna ulewa. Każdego dnia spada bowiem na getto nowa piosenka. Artysta śpiewa nowe piosenki, a one natychmiast stają się tematem dnia i piosenką dnia. O czym on nie śpiewa? Śpiewa o dziesięciu markach. [To były zasiłki na jedzenie dla bezrobotnych – M.T.]. I śpiewa o policji. A policja stoi i słucha tej krytyki. Od czasu do czasu policjant chce aresztować poetę, gdyż obraził Starszego – Rumkowskiego. Ale tłum otacza śpiewaka i nie pozwala policjantowi zbliżyć się do niego i aresztować. Poeta pozostaje wolny. Po każdej piosence wykrzykuje: »Nowa piosenka za 10 fenigów i ani feniga mniej!«. Tłum przeszukuje kieszenie, daje żądane 10 fenigów, i wtedy poeta zaczyna znów śpiewać”.

Kuchnie partyjne

Kolejny element tego, co nazywam ruchem oporu, to szykowanie kadr na okres powojenny. Robiły to wszystkie organizacje, choć przyświecały im różne cele. Ruchy syjonistyczne: Ha-Szomer ha-Cair, Gordonia, Hitachdut tworzyły tak zwane hachszary lub kwuce, które miały w przyszłości tworzyć kibuce w Izraelu. Uczyli się hebrajskiego, czytali literaturę hebrajską, uczyli się piosenek, uczyli się uprawiania roli. Był w getcie łódzkim całkowicie opuszczony, zachwaszczony obszar – Marysin, który przekształcili w pola uprawne i ogrody. Dostarczali nawet pewną część produktów na rynek gettowy. W mojej organizacji koncentrowaliśmy się na samokształceniu, nauce marksizmu. Czytaliśmy Kautskiego, Plechanowa, Lenina. Szykowaliśmy też milicję na okres powojenny, z myślą, by chronić majątek gettowy i fabryki przed rozkradzeniem po wyzwoleniu. Myśleliśmy więc o tym, co będzie po wojnie, jak należy się do tego przygotować.

Na początku getta działały też kuchnie partyjne. Każda organizacja miała swoją, która była nie tylko elementem wspomagania, ale również miejscem spotkań. Tam toczyło się życie towarzyskie. W mojej organizacji zrezygnowano z tego z obawy przed dekonspiracją.

Chronić ludzi, chronić aktyw

Ostatnia sprawa, ale najważniejsza, to fizyczna ochrona ludzi. Początkowo mobilizowaliśmy się do walki o wyrównanie norm żywnościowych i likwidację przywilejów, przeciwko nadmiernym normom pracy. Od 1942 r. głównym celem stała się próba uniknięcia wysiedlenia. Z początku nie wiedzieliśmy, jaki jest jego cel. Ale powoli, od maja zaczęły docierać informacje i stawało się jasne, że jest to wysiedlenie na zagładę. Najważniejsze więc było, by uchronić się przed wysiedleniem. Jak można było temu przeciwdziałać? Co robiła moja organizacja? Po pierwsze, nakłaniano ludzi do niezgłaszania się na wyjazd. To może się wydać paradoksem, bo kto w takiej sytuacji chciałby dać się wysiedlić? Jednak początkowo, wiosną 1942 r., wiele osób dobrowolnie zgłaszało się do przesiedlenia w nadziei na polepszenie warunków życia. Głównie Żydzi wysiedleni do getta z Luksemburga, z Austrii i z Niemiec. Sierakowiak przez jakiś czas zastanawiał się, czy jednak się nie zgłosić, bo może dadzą więcej jedzenia.

Starano się rejestrować ludzi w resortach, aby otrzymać karty pracy – odpowiednik tego, co w getcie warszawskim nazywano „numerkami na życie” – czyli potwierdzenie, że jest się potrzebnym. Tworzono także stanowiska pracy dla dzieci. I niezależnie od ogólnej oceny Rumkowskiego trzeba przyznać, że w swoim czasie wykazał on w tej sprawie bardzo wiele dobrej woli.

Staraliśmy się wreszcie chronić nasz aktyw. Zabiegaliśmy o wykreślenie jego członków z list osób do wywiezienia. Tu pojawiają się znaki zapytania i moralne wątpliwości. Michał Chęciński pisał we wspomnieniach – i jest to chyba trafne – że mimo iż Rumkowski wiedział, że Lewica Związkowa jest wrogo przeciwko niemu nastawiona, to nie wysiedlił nas, tak jakbyśmy mieli stanowić dla niego alibi – i my to wykorzystywaliśmy. Pytanie, na które nie mam odpowiedzi i które pozostaje kwestią sumienia każdego z nas: w jakim stopniu dana społeczność powinna chronić swój aktyw, który – w zamierzeniu – ma w przyszłości pokierować społeczeństwem, narodem, państwem, przemianami społecznymi?

Niezwykle skomplikowanym zagadnieniem jest udział i rola judenratów w ruchu oporu. Zazwyczaj mówimy o kolaboracji, której rzeczywiście nie wolno przemilczać. Sądzę jednak, że mamy również obowiązek zmierzyć się z pytaniem, jaką rolę odegrały judenraty wtedy, kiedy można było część ludzi ocalić. Powstaje pytanie, czy powinniśmy się w ogóle zajmować takim problemem: czy sukcesem jest próba przedłużenia życia o dwa lata w warunkach gettowych, po którym to czasie nastąpi „ostateczne rozwiązanie”?

Gdzie jest granica?

Inne pytanie: gdzie jest granica między kooperacją konieczną do administrowania życiem żydowskim a kolaboracją – szczególnie gdy się uczestniczy w wysyłaniu ludzi na śmierć? Czy są sytuacje takie jak w tragedii greckiej, że nie ma dobrego wyjścia? Kiedy nie wystarczy krytykować, a trzeba brać na siebie odpowiedzialność za najgorsze decyzje?

Wypomniałem Rumkowskiego. Potępiamy go za jego słowa z 4 września 1942 r., kiedy na zgromadzeniu na placu strażackim powiedział: „Getto otrzymało potężny cios. Żąda się od niego tego, co najcenniejsze – dzieci i starców. (…) Ja muszę przeprowadzić tę ciężką i krwawą operację, ja muszę odjąć członki, by ratować ciało. Muszę wziąć dzieci, bo jeśli ich nie wezmę, zabrani zostaną, uchowaj Boże, także inni… (…) Wyciągam ku wam moje złamane, drżące dłonie i błagam: złóżcie tę ofiarę na moje ręce, by dzięki niej uchronić innych, by ocalić społeczność 100 000 Żydów. Tak mi obiecano – jeśli sami dostarczymy ofiary, będzie spokój”.

Zakończę pytaniem: czy w takich sytuacjach nawet partie opozycyjne nie powinny również brać na siebie współodpowiedzialności? Nie mam na to odpowiedzi. Mogę natomiast stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że ludzie, którzy przeżyli getto łódzkie, którzy przeszli przez ten ruch oporu, umieli się po wojnie spełnić. Zarówno ci, którzy wyjechali do Izraela i tam tworzyli kibuce, jak i ci, którzy zostali w Polsce, ponieważ uważali, że jako socjaliści czy komuniści powinni poprzeć Polskę Ludową i przyczynić się do jej odbudowy. Rzadkie były wypadki, żeby ludzie, którzy przeszli przez ten ruch oporu, ześwinili się – obojętnie, z której byli strony politycznej.

***

Artykuł jest skróconym tekstem wykładu wygłoszonego na międzynarodowej konferencji w Muzeum POLIN.

Więcej o administracji Rumkowskiego i życiu codziennym do przeczytania w kolejnej „Polityce” na stronach poświęconych 80. rocznicy likwidacji getta łódzkiego.

Polityka 35.2024 (3478) z dnia 20.08.2024; Historia; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Opór w Litzmannstadt Ghetto"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Jan Englert dla „Polityki”: Już nie ma Polski. Przynajmniej takiej, o jakiej myśli PiS

Już nie ma Polski. Przynajmniej takiej, o jakiej myśli PiS. Nie robimy wszystkiego dla ojczyzny – mówi Jan Englert, aktor i reżyser, wieloletni dyrektor artystyczny Teatru Narodowego.

Janusz Wróblewski
29.03.2025
Reklama